Witam Was wszystkich serdecznie.Od razu na wstępię chciałam zaznaczyć,że ta historia nie jest moja,ale mojej bardzo bliskiej przyjaciółki.Po długich rozmowach,rozmyślaniach,rozstrzyganiu "za" i "przeciw",postanowiłam za jej zgodą umieścić tą historię tutaj.
Historia jakich wiele,ale jednocześnie każdy przeżywa to na swój własny,indywidualny sposób.Bardzo bym chciała,żebyście się wypowiedzieli,bo być może ja (albo moja przyjaciółka Wiktoria) przeoczyłyśmy coś w jej historii.Brak nam obiektywizmu w tej sprawie...Wydaje się,że nie widzimy rozwiązań pośrednich,możliwych,do "wypróbowania".
Do rzeczy-moja przyjaciółka,lat 27 (moja rówieśniczka),jej facet-lat 30,para od niemal 7 lat (różni nas miesiąc w stażu).
Początki ich bycia razem-zauroczenie,zakochanie,motyle w brzuchu,ekscytacja,euforia,świat jest piękny,słowem-pełnia szczęścia...Z czasem (bodajże po 3 m-cach)postanowili wyemigrować za granicę,tam się ustawić,ułożyć sobie życie,założyć rodzinę.Ona-wesoła,towarzyska,otwarta,kochająca życie i ludzi,energiczna,żywiołowa,pomocna,bezinteresowna,empatyczna,wrażliwa,pracowita,szczera.To takie jej "główne" cechy charakteru. On-pracowity,uczciwy,szczery,wierny,konsekwentny,człowiek z zasadami,bystry,błyskotliwy.To też jego "główne" cechy.Opinia moja i wspólnych znajomych.Byli uważani za niemal idealną parę-stali za sobą murem,kiedy jedno z nich było przez kogokolwiek atakowane (rodzina,znajomi,przyjaciele,przełożeni,itd).Wszystko było pięknie do czasu...
Przez pierwsze 3 lata ich związku słyszałam z jej strony same "ochy" i "achy".Były kłótnie,ale ona w tym związku się spełniała,ta radość biła po oczach..Do momentu,kiedy w rezultacie mocno przytyła...Miała trochę nieprzyjemnych sytuacji,zajadała stres,nie dbała o zdrowie (teraz nad tym pracuje po raz kolejny).I z jej opowieści wynika,że...Pan X przestał w niej widzieć kobietę-atrakcyjną,zadbaną,uśmiechnięta...Pomimo tego,że jej tak nie postrzegał,to jednocześnie nic nie wskazywało,że chce to zmienić,słowem się nie odezwał,nie próbował jej pomóc..I tu pierwszy zgrzyt-Ona poczuła się osamotniona,zostawiona z tym problemem sama.Próbowała różności-diety,regularny wysiłek,badania lekarskie,kontrolowanie się.Udało jej się sporo zrzucić,cieszyła się...Później kolejna kłoda od losu-znów zajadała stres...Kilogramy wrócily.Jej życie erotyczne umarło-Pan X wolał wieczorami sycić oczy paniami z filmów dla dorosłych,zaspokając siebie sam.Ją odstawił,ilekroć ona inicjowała to było-"jutro","nie chce mi się" albo "jest późno,idę spać"..Jak już do czegokolwiek dochodziło,to na zasadzie-przepraszam za powiedzenie.."dwa ruchy i wór suchy"...a pani była pozostawiona sama sobie ze swoimi żądzami i pragnieniami.Wiki przepłakała wiele nocy-próbowała rozmawiać,wyciągnać od niego jakieś informacje-czy jemu nie przeszkadza,że ona się męczy,że szuka wsparcia w walce,że jest kobietą,ma swoje potrzeby,że potrzebuje jego zainteresowania,bycia przy niej..On zbywał to śmiechem,nie widział problemu...Pomimo bólu,ktory jej zadawał,kochała go bardzo mocno,nie dawała złego słowa powiedzieć..obwiniała siebie za taki stan rzeczy....Wspierała go wszędzie,jak tylko mogła-kiedy stracił pracę,robił prawo jazdy,miał złe relacje ze swoją rodziną,leczył się (robiła za tłumacza,siedziała po godzinach w pracy,szukała jemu pracy,umawiała na spotkania,pilnowała,żeby opanował materiał,załatwiła mu bezpłatne leczenie,towarzyszyła mu w sprawach urzędowych,uspokajała go,zapewniała o swojej miłości)...Oczywiście Pan X też częściowo się wykazał,ale to ona była głównym napędem tego wszystkiego)...
W końcu pogroziła rozstaniem-wtedy przemyślał sprawę,okazywał wiecej wsparcia,ale nadal nie potrafił ręka w rękę z nią przejść przez to wszystko.Ilekroć ona chciała z nim porozmawiać o możliwościach lepszej wersji siebie,jego,ich związku-zawsze kończyło się jej płaczem i jego śmiechem i słynnym "co ty kobieto znów wymyślasz".Pan X zaczął bardzo dbać o siebie.Miał do tego kompanów-siłownia,ponadto zdrowe jedzenie,itd...Przyznaję,bardzo się "wyrobił",ale robił to przecież dla siebie...Jak ona chciała robić zakupy pod "jej potrzeby"-"a po co ci to","najpierw trochę zrzuć,a później wymyślaj"...Zaczęła z nim trenować i zrezygnowała-on nie rozumiał,że na przykład but ją uwierał,dąsał się,że ściemniam,dopiero jak pokazała mu całą piętę we krwi,to zrezygnował i powiedział,że nawet butów nie umie sobie dobrać.Może i racja,ale ona nadal chciała biegać,ale on już wolał sam.
Gdzieś po drodze coś w niej pękło w środku i wtedy zaczęła romansować przez internet...Powiedziała,że zwyczajnie potrzebowała się wygadać,w internecie nikt jej nie widział,nie oceniał wyglądu.Zaczęła się zmieniać-świat wirtualny dał jej to,czego nie dał jej świat realny.W necie była tryskającą humorem dziewczyną,mężczyźni byli zachwyceni jej inteligencją,wiedzą...Ale czy musiało aż do tego dojść,żeby szukać akceptacji w świecie nierealnym? Jej frustracja sięgała zenitu,dlatego tak robiła.W końcu postanowiła zawalczyć o siebie raz jeszcze-ale mając w głowie już innych mężczyzn.I znów jej się udało-znów promieniała,kwitła.Pan X zaczął się o nią wtedy bardziej starać,zauważył zmianę.
No i ona wtedy uświadomiła sobie,że tak naprawdę to jej już przestaje na nim zależeć,na związku,nie obchodzi jej zbytnio,czy ona mu się podoba czy nie...Ale postanowiła dać mu szansę się wykazać,stwierdziła,że gdzieś tam na dnie jeszcze go kocha.Pan X był rewelacyjny,wszystko się ponownie układało..do następnego zgrzytu,ale tu już nie chodziło o wygląd.Chodziło o pieniądze.Wiki miała owszem,lekką rękę do wydawania,ale była obowiązkowa-nigdy nie zrobiła sobie zakupów kosztem rachunków,zawsze była chętna pomóc.Zwłaszcza swojej rodzinie,którą bardzo kocha.No i Pan X stwierdził,że Wiki jest wykorzystywana,manipulowana,że on nie pozwoli,żeby ktoś na ich krwawicy się dorabiał.Bardzo często pytał,ile wydała,ile ma na koncie,dysponował swoimi jak i jej pieniędzmi.Ona się buntowała,że też pracuje,też ma prawo sobie kupić coś,żeby się od jej konta trzymał z daleko.Wracjąc do pożyczania-częsciowo miał rację,ale to też nie chodziło o bajońskie kwoty.Niemniej jednak Wiki poczuła się szczuta,postawiona między młotem a kowadłem.Zamknęła się w sobie,chodziła smutna,zamyślona,nieobecna...Na wszelakie próby rozmów o pięniądzach dostawała szału,ucinała temat krótkim "nie interesuj się".
W końcu-mówi do mnie-nie wytrzymałam i powiedziałam,że ma się od mojej rodziny odczepić,skoro ze swoją nie potrafi normalnie rozmawiać,a dodatkowo wyznają wiarę w pieniądza.Paranoja-miłość rodziców uzależniona od zgromadzonego majątku dziecka.
Wiki mówi dalej-w końcu wszystko się skumulowało-przestało mi zależeć na czymkolwiek,X się bardzo zmienił-zrobił się foszasty,roszczeniowy,miał pretensje nawet o to,że nie zdążyłam odebrać telefonu,zazdrosny o męskie głosy w tle,potrafił dać ludziom do zrozumienia,że są dla niego g***m-ja taka nie jestem i chciałam mu wyjaśnić,że takie postępowanie spowoduje,że zostanie sam.I coraz cześciej łapie się na tym,że jedno rozwiązanie krąży po głowie-odejść od niego.Po prawie 7 latach w związku nie mam dla siebie nic-co,wyremontowane mieszkanie?Jak ja nie mam koleżanek,nie wychodzę nigdzie,straciłam zapał,chęć do czegokolwiek.Czytałam dużo na ten temat-teoretycznie powinnam odejść,ale no właśnie...powinnam.To mnie zżera od środka,ten żal o to,że tyle starania się poszło w p***u.Wszelakie próby szczerej rozmowy zaczynały się i kończyły jego "nie mam ochoty rozmawiać,zmęczony jestem" albo "daj spokój,znowu coś wymyślasz,nudzi ci sie chyba".
Dodatkowo Wiki straciła pracę i pogrążyła się totalnie.Znów zaczęła romansować-poznała kogoś.Co prawda,jest zdystansowana do tej znajomości,ale tłumaczy się tak-Monia,to daje mi taką chwilową ulgę,chociaż wiem,że jestem niefair.No w końcu go za coś pokochałam,widziałam wady.Czy to on się tak zmienił,czy miał tak świetny kamuflaż przez tyle lat,że nie widziałam rozmiaru tych negatywnych cech?Nie chcę sobie pluć w brodę,że mogłam zrobić coś,a tego nie zrobiłam,ale jednocześnie nie wiem,za czym patrzeć.Nigdy nie byłam egoistką,może potrzebuję kopa w tyłek,żeby się ruszyć....Za każdym razem jak się sprzeczamy to chcę to zakończyć.Innym razem,nie wiem,czy dobrze zrobię zostawiając go.To dobry człowiek,ale chyba nie nadaje się do związku ze mną.Albo to ze mną jest coś nie tak-tylko niech mi w końcu ktoś powie,gdzie robię błąd.Uświadomi mnie-powie..Wiki,stuknięta jesteś,że z nim siedzisz.Chociaż było takich kilka osób,które jej odradzały tego faceta,ale tak samo było kilka osób,które jej tego faceta wręcz "polecały" (bo potrafi gotować,piec ciasta,zbuduje dom od podstaw,itd)...
Dodatkowo Wiki sama stwierdziła,że Pan X przestał ją pociągać,nie ma ochoty na figle,nie szuka z nim kontaktu,nie jest obiektem jej zainteresowania..Ale też nie wyobraża sobie,że mogłoby mu się coś stać,jakaś krzywda...Zaznacza,że kiedyś wyobraziła sobie sytuację,że już odeszła-płakała wtedy bardzo długo,tylko sama nie wie,za czym...Żal,że to się skończyło,smutek,że nie wyszło,czy może ulga,że ma teraz szansę na coś nowego.Czy ona go kocha czy sama siebie oszukuje,że to miłość.Dodaje,że próbowała sobie przypomnieć czasy,kiedy byli tacy szczęśliwi...Mówi,że oprócz uśmiechu i ukłucia w sercu nie miała innych emocji...Nie wie,czy jednak to zakończyć,czy ostatni raz spróbować to ratować
Drogie Netkobiety i Netfaceci...Już tyle podsuwałam jej literatury,poradników,tyle razy wałkowałam z nią ten temat,że sama się już gubię...Poza tym,mój związek jest zupełnie odmienny od jej związku,więc nie potrafię pewnie tak wczuć się w jej rolę,chociaż nie wiadomo,jakbym się starała...
Wiktoria będzie Wam bardzo wdzieczna za porady...może ktoś z Was pomoże jej zrozumieć,co ma teraz zrobić,ja już sama nie wiem,co jej doradzić.Wolałabym,żeby decyzja była jej,aczkolwiek będę przy niej w tym ciężkim okresie.
Przepraszam za tak długi post,mam nadzieję,że ktoś to wszystko przeczyta,doradzi...
Dzięki bardzo,pozdrawiamy Was serdecznie.
Podobne tematy
Powinna odejść. Próbowała długo ratować związek, może nawet za długo, ale do tańca trzeba dwojga. W końcu trzeba powiedzieć dość, to nic nie daje i poszukać czegoś innego
Czytałam dużo na ten temat-teoretycznie powinnam odejść,ale no właśnie...powinnam.To mnie zżera od środka,ten żal o to,że tyle starania się poszło w p***u.
To jest jeden z głównych powodów, dlaczego kobiety (oraz faceci) tkwią latami w toksycznych związkach. "Bo tyle w to zainwestowałam/łem czasu, uczucia, starań, etc. To jest psychologia: im więcej się w coś wkłada serca i wysiłku tym trudniej jest zdecydować, że to nie działa, nie ma sensu i to zostawić i zacząć od zera. Rozpoznanie tego momentu, kiedy już nie ma możliwości nic więcej zrobić i należy zamknąć rozdział jest bardzo trudne i często wymaga kogoś z zewnątrz, kto widzi to czego Ty już nie dostrzegasz. Moim zdaniem Twoja przyjaciółka jest na tym etapie i odejście to jedyne co ma sens.
Dzięki Ci krokodyl za przeczytanie i opinię.
Ja dodam jeszcze od siebie,że Wiktoria jest fantastyczną,wesołą babeczką,kiedy jego nie ma przy niej,jak on jest w pobliżu,to ona jest spieta,pilnuje się,wygląda na taką...wystraszoną.Powiedziałam jej,jak to wygląda z mojej perspektywy.Próbuję jej wytłumaczyć,że zwiazek to dwie osoby,nie jedna..Pan X zadowolony,bo się spełnia,a Wiktoria nawet sama nie wie,co chce robić w życiu,pogubiła się zupełnie...Wierzę,że się boi...Pewnie nie tylko samego bólu rozstania,ale i tego,co przyniesie przyszłość...Mają mieszkanie,które wyremontowali wspólnymi siłami,umeblowali..Od kiedy ją pamiętam,zawsze była osobą silną psychicznie-ostatnio właśnie jej strach,niepewność,obawa wypływają z każdym słowem,gestem.Jej samoocena została mocno zachwiana.Zapytałam,jak ona siebie widzi w tym związku za 5 lat..Odpowiedziała,że właśnie siebie nie widzi...Pomimo tak oczywistych powodów boi się zrobić krok do przodu.Widzę,że się po prostu dziewczyna męczy,chociaż może jeszcze go kocha..
Taka decyzja nigdy nie jest łatwa, ale jedyna słuszna. Osobiście byłam w toksycznym związku i na koniec byłam cieniem samej siebie, to mnie całkowicie zniszczyło psychicznie i dopiero probuję się "odbudować". Jesli ona nie czuje się szczęśliwa i nie może być sobą z tym człowiekiem powinna odejść jak najszybciej - później nie będzie wcale łatwiej.