Hej!!! Dolaczylam do Was ze wzgledu na moja ciezka sytuacje malzenska... Nie moge sie wygadac nikomu w realnym zyciu, bo po prostu nie mam komu, wiec mam nadzieje, ze moze tutaj uda mi sie znalezc jakies slowa wsparcia...
Ja i moj maz pobralismy sie 2 lata temu, a razem jestesmy od 4 lat. Na poczatku bylo nam super, nie zmienilo sie nic, ale po jakims czasie fajerwerki jednak minely. Na chwile obecna czuje, ze ten zwiazek mnie po prostu zaczyna meczyc, nic nie sprawia mi juz przyjemnosci i czasami lapie sie na tym, ze zaluje decyzji o malzenstwie z tym czlowiekiem... ![]()
Moj maz najchetniej siedzialby w domu, nigdzie nie da sie go wyciagnac, a jesli juz gdzies idziemy, to tylko w gronie znajomych, bo ze mna to sie nawet do restauracji nie chce ruszyc. Bez przerwy spotykamy sie tylko z jednymi znajomymi, ktorzy sa super pomocni, ale mnie zaczynaja juz dzialac na nerwy, bo te spotkania koncza sie tym, ze ja laduje z zona kolegi mojego meza, a maz ze swoim kolega. O ile oni swietnie sie bawia, o tyle ja przezywam katorgi z ta dziewczyna, bo po prostu nie mamy wspolnych tematow do rozmow... Ostatnio patrzylam na wakacje za granica, bo chcialabym sie gdzies z mezem wyrwac na tydzien w przyszlym roku (do tej pory jezdzilismy tylko oddzielnie na wakacje), ale on stwierdzil, ze ze mna na pewno nie pojedzie, bo... jestem nudna!!! Jakis czas potem zaproponowalam mu weekend away, ale tez sie nie zgodzil, bo ze mna nie ma co robic i nie powinnismy jezdzic nigdzie tylko we dwoje, bo prawdziwe wakacje beda tylko ze znajomymi... Do tego oczywiscie doszlo stwierdzenie, ze bede beznadziejnie wygladac w bikini i nawet zdjec ladnych nie bedzie z urlopu...
Od tamtego czasu zaczelam sie od niego izolowac, bo po prostu czuje sie okropnie z wiedza, ze moj maz uwaza mnie za brzydka nudziare, z ktora nie warto nigdzie jechac... Zanim spotkalam mojego meza prowadzilam bardzo aktywny tryb zycia i od jakiegos czasu zaczyna mnie przytlaczac to siedzenie w domu i ogladanie TV. Do tego moj maz caly czas wciska mi szpile, wspominajac przy kazdej okazji, ze to on utrzymuje dom, a ja pracuje tylko na pol etatu. Oczywiscie on w domu nie kiwnie nawet palcem, bo wszystkie domowe obowiazki typu pranie, sprzatanie, gotowanie spoczywaja tylko na mnie. Te domowe obowiazki nie rokompensuja tego, ze pracuje na pol etatu i wg niego powinnam pracowac na pelny etat + robic wszystko w domu, bo taka jest rola kobiety... Ja koncze studia i tak naprawde nie mialabym czasu na prace na pelny etat, bo bedzie to fizycznie niemozliwe...
Poza tym moj maz zlamal obietnice, ktora zlozyl mi przy naszym slubie cywilnym, ze niedlugo pobierzemy sie takze w kosciele i zrobimy wesele, bo wczesniej mielismy tylko przyjecie w gronie kilku znajomych i kilku czlonkow rodziny. Nie moglismy sobie wtedy pozwolic na zadne ekstrawagancje, a teraz kiedy mamy w koncu pieniadze, to on proponuje mi slub koscielny w 2017 roku, bo on nie jest na to GOTOWY... Ja nie wiem, czy powinnam sie smiac czy plakac, bo on nie reaguje na zadne prosby o wczesniejsza date slubu koscielnego. W ogole nie obchodza go moje uczucia... O dzieciach oczywiscie tez nie chce myslec, dla niego dziecko to porazka zyciowa i powiedzial, ze o tym mozemy pomyslec dopiero po 30stce. Takiej umowy oczywiscie nie bylo, on sam sobie wszystko wymyslil juz po naszym slubie i nie uwzglednil w tym moich uczuc ani marzen. Ostatnio posunal sie nawet do tego, ze wydarl sie na mnie i zabronil mi rozmawiac o dzieciach i slubie koscielnym, bo on nie ma zamiaru gadac o gownie, ktore dla niego nie ma znaczenia. Od tamtej pory przerywa mi w pol zdania, jak ja tylko zaczynam cos wspominac o moim zyciu, pracy czy studoach, to on od razu zmienia temat i opowiada o sobie, o silowni, o swojej pracy...
Ja czuje sie oszukana i zupelnie nie wiem, co robic... Mam tak niska samoocene, ze czasami nie moge zalozyc nawet moich ulubionych ubran, bo po prostu czuje sie okropnie zle z sama soba. Moje zycie niej est juz ani ciekawe, ani przyjemne, mecze sie codziennie z mezem, ktory ma moje uczucia gdzies i nawet nie probuje sprawic mi malenskiej przyjemnosci w jakiejkolwiek sprawie... Lzy mi sie cisna do oczu teraz, naprawde ciezko przyznac sie do takiego stanu rzeczy i jest mi wstyd, ze dopuscilam do tego, by ktos tak bardzo mnie ponizyl... Czy rozwod w tym wypadku bedzie zbyt pochopna decyzja? Czy jest sens w probie pojednania i odbudowania naszego malzenstwa???