Witam
Na wstepnie ja 24 lata,ona 21,oboje pracujem,mieszkamy ze swoimi rodzicami w oddalonych o 13 km od siebie miastach.
Jestesmy ze soba 5 lat,wczorajszy dzień (8.05.2015- 5 rocznica bycia ze soba) miał być jednym z piekniejszych dni w naszym życiu jednak wyszło zupełnie inaczej.
Wiadomo pierscionek w kieszeni,stres i nerwy.
Zamowiłem kolacje w pałacu,gdzie bylismy tylko sami, jedzenie, swiece, szampan.Takie miejsce,poniewaz uwazam ze ta chwila nie wymaga obcowania z wieielkim tłumem i owacja na stojąco.Po kolacji,oswiadczłem sie i usłyszałem ze przyjmuje zareczyny bo mnie bardzo kocha,ale z jednej strony sie cieszy a z drugiej nie.Jej argument to to ze za wczesnie,i ze bylo dobrze tak jak bylo.
Nie rozumiem juz czy traktuje ten zwiazek na powaznie. W kwesti slubu bylismy zgodni ze zawsze mozemy jeszcze poczekac.Ale ja wlasnie tak to czułem ze po 5 latach to ten moment.Wiem ze oswiadczyny,to pewien krok naprzód,a czuje ze własnie ona robi go w zupełnie innym kierunku. Bo skoro mnie kocha,chce ze mna budowac przyszłosc,a sa jakies "ale"po 5 latach obcowania ze soba. Pierscionek przyjeła, ale ja mam mieszane uczucia,myślalem ze po takim okresie czasu nie bedzie niepewnosci,skoro tak mnie kocha.
Nie wiem co juz myslec,co wy sadzicie o tym.Prosze o wyrozumiałosc:)
Ps.Przepraszam ze temat zakładam na Kobiecym forum;)