Witajcie. ;-)
Mam problem dotyczący mojej pracy. Po powrocie z zagranicy szukałam czegoś w Polsce. Po prawie 4 miesiącach udało się. Zostałam przyjęta do sklepu. Wszystko niby ok, umowa zlecenie, 6zł/h na okresie próbnym, po miesiącu 7zł, dwa weekendy w miesiącu wolne na rzecz szkoły i jeśli będzie taka możliwość to jakiś dzień w tygodniu wolny, 8h pracy przez 6 dni, 6h pracy w niedziele, grafik jest ustalany na dwa tygodnie. Jak sama szefowa powiedziała, zawsze można się zamienić z dziewczynami, jeśli coś nam wypadnie/źle się poczujemy etc. I takim oto sposobem w piątek mam wolne, bo była taka możliwość, ale w weekend mam już przyjść do sklepu, mimo że mam szkołę. Umowy, do tej pory, nie dostałam, a od "zatrudnienia" mnie minęło 11 dni. A powinnam dostać maksymalnie 14.10.
Rozmawiając z nią przez telefon i pytając się, kiedy dostanę umowę, to odpowiada, że jak pojawi się w sklepie. Czyli w zasadzie nie wiadomo kiedy.
W niedzielę dostałam o wiele lepszą ofertę pracy od kolegi mojej mamy. Umowa o pracę, około 2000-2100 zł na rękę, premie itp. Jak dla mnie super, wiadomo, że zupełnie inaczej pracuje się zarabiając ok. 1000zł więcej ze stabilną umową. Chciałabym się zwolnić, jednak obawiam się tego, że pieniędzy za przepracowane 9 dni nie otrzymam.
Najchętniej zwolniłabym się jeszcze dzisiaj, ale wydaje mi się, że poinformowanie szefowej na 2h przed rozpoczęciem zmiany jest nieco nie fair. Wiem, że nie mając umowy mogę po prostu zadzwonić, że nie zjawię się dzisiaj w pracy. Tak samo sprawa wygląda z rezygnacją.
Jednak mam trochę obaw. Wiem, że to wszystko nadaje się do zgłoszenia do PIPu. Boję się jednak, że po moim "donosie" kasy nie otrzymam i szefowa może mi trochę problemów narobić. Jestem taką osobą, która walczy o swoje, aczkolwiek chciałabym to wszystko rozegrać tak, żeby było ok.
Jest to moja pierwsza praca w Polsce, wcześniej pracowałam jedynie za granicą, więc średnio się orientuję we wszystkim. Będę bardzo wdzięczna za jakiekolwiek rady.
Pozdrawiam.