Mam ochotę się wyżalić. Nie wiem czy ktoś to przeczyta i mi doradzi czy nie, ale potrzebuje tego.
W tym tygodniu skończę 21 lat. Kiedyś myślałam, że w tym wieku już będę miała jakoś wszystko poukładane, jakieś plany po prostu coś. Jakiś sens w życiu, a czuję tylko coraz większą pustkę... Jestem na studiach aby być, aby pomóc w domu finansowo. Mam rentę po ojcu i póki uczyć się będę to pieniądzę będę dostwać. Najgorsze jest to, że tragicznej sytuacji finansowej w domu tak naprawdę nie mam. Tylko, że moja matka jest uzależniona od kredytów i na dodatek jest hipochondryczką, która codziennie umiera na coś innego. Teraz już nawet nie wiem na co się aż tak zadłużyła, że nawet odcieli nam ciepłą wode. Rozumiem, żeby coś w domu nowego było, ale nic nie ma. Zagadka gdzie pieniądze z tych kredytów przepadają. Jak się pytam to zawsze co innego mówi. Nałogowo jeszcze kłamie. Chciałabym wszystko rzucić i wyjechać. Zacząć coś od nowa.
Wychowywana od małego byłam przez babcie i dziadka. Ojciec zmarł jak miałam 2 lata, więc nawet go nie pamiętam. Wychowywali mnie do swojej śmierci. Potem wróciłam do matki i dwóch braci młodszego i starszego. Wszyscy na dodatek mamy innych ojców. Nigdy nie czułam się kochana przez nią, byłam bo być musiałam i przy okazje jeszcze dzięki mnie pieniędzy w domu było więcej. Najgorsze jest to, że nie potrafiłam docenić moich dziadków, zawsze chciałam do mamy. Tak jak inne dzieci chciałam mieszkać z mamą a nie mieć ją na weekendy i to nie zawsze. I teraz mam straszne wyrzuty sumienia, że tak chciałam uciec od dziadków. Teraz to czuję, że oni jedyni w życiu mnie chcieli i kochali, choć matka pieniędzy na mnie im nie dawała. To z nimi miałam wszystko. Mam wrażenie wręcz, że karma mnie dopadła i przez to, że ich nie doceniałam życie ciągle kopie w dupę mnie. Do chłopaków też szczęścia nie miałam choć miałam ich tylko dwóch. Pierwszy mnie zdradził bo nie chciałam iść z nim do łóżka, drugi był toksycznie o mnie zazdrosny, po czasie jakoś od niego udało mi się odejść. Choć do dziś liczy, że wrócę do niego. Przyjaciele? Myślałam, że ich mam, ale ludzie są strasznie fałszywi. Mam teraz 2 dobre koleżanki. Tyle, reszta zwykli znajomi. Czuję się taka nie potrzebna na tym świecie, talentu żadnego u siebie nie odkryłam, hobby też na stałe znaleźć nie mogę. Żałuje, że się urodziłam, albo chętnie moje życie oddałabym innej osobie, która chce żyć, a jest chora lub coś. Nie widzę celu żadnego. Boję się jeszcze, że jak kiedyś będę mieć rodzinę to stanę się jak moja matka. Gdybym wiedziała, że tak będzie to już wolała być sama niż być taka osobą jak ona dla swoich bliskich. Do wszystkich miła, pomocna, uczynna, a w domu histeryczka. Myślałam, żeby poprawić maturę, żeby mieć szansę na lepszą uczelnie w następnym roku. Już pozytywne nastwienie, a co mama na to? Po co Ci to zdałaś maturę, problemu sobie szukasz, masz ostatni rok studiów, więc i tak jej nie poprawisz, więc sobie daruj, swoje pomysły... Super, muszę być naprawdę beznadziejna.
I jak mam żyć? Nie chce mi się nawet. Bez celu żadnego. Wsparcia. Tylko poczucie, że jestem przypadkowym elementem w układance, który nie jest nikomu potrzebny. Chciałabym być na tyle silna żeby dać sobie z tym wszystkim sama radę, ale jestem tchórzem i się boje, że sama wszystkiemu nie sprostam. Boję się, że w końcu wszystko mnie tak dobije, że się poddam...
Jest recepta na sens życia?