Witam,
Z potrzeby oczyszczenia umysłu, zrozumienia o co mi chodzi napisze conieco
Mam 30 lat, dwojke cudownych dzieci. Jestem w zwiazku.. - hm - ciezko go opisac... raczej jest nijak lub żle... dobrze bywa żadko,ale zdarza się.Wierze w ten zwiazek, chociaż łatwo nie jest. Corę wychowywalam sama i zależy mi bardzo by mój syn miał tatę... Mam doświadczenia jako samotna matka, wiem że mozna samej..ale nie chce..dlatego chyba tak desperacko wierze że będzie dobrze.
Jestem obrotną osobą...do niedawna pracowalam, zajmuje sie domem, dzieciakami, dbam o mego faceta... Potrafie naprawde zadbac o wszystko i wszystkich... - chocby przysłowiowe >skały srały< dla rodziny góry potrafie przenosić, walcze jak głupia. Z czego z resztą jestem zadowolona.
Strasznie ciężko mi przychodzi napisanie tego... ale o siebie nie umiem dbać, potrafie chyba tylko działac na własną szkode. Najchętniej wogole nie pruszalabym tematu - ja.
Gdzieś tam pomiędzy gotowaniem obiadu, wspólnym spacerem, obsraną pieluchą, zebraniem w przedszkolu - pomiędzy masą odpowiedzialnych rzeczy którymi się zajmue na codzień...jest we mnie coś - hm - takiego z gówniary niedojrzałej - szczerze nienawidze siebie za to! Ja - dorosła kobieta, MATKA - odpowiedzialna osoba.. znów nic nie jem, jestem na najlepszej drodze do czynnej bulimi. Pomimo dobra jakie mnie w zyciu spotkało.. - pragne (teraz to już obsesyjnie..) - pragne się pociąć.. Pomimo ton doświadczen w temacie bulimi i samookaleczeń ja postrzegam te wyjścia jak wybawienie...
Jak są dzieciaki, dom, sprawy do załatwiania - to jest ok. Żyje wtedy tym co robie, angażuje się bez reszty.. Ale dzieci w końcu idą spać, facet gapi się tempo w telewizor, a ja ide do łazienki i w momencie gdy jestem sama z sobą - z tej silnej zdecydowanej, obrotnej kobiety staje się... nawet nie wiem kim...kimś kto siebie nienawidzi.
Hm. Iść do psychiatry..? Bylam, bralam leki swojego czasu,walczylam z sobą.. Moj facet zna historie..ale juz chyba zapomnial - i dobrze. Nie gadamy o tym, sprawa chyba jest postrzegana przez niego jako zalatwiona, przeszlośc. Chcialabym bardzo żeby tak bylo, bronie sie przed mysleniem o tym, wmawiam sobie ze jestem spoko kobitka...
Pragne z serducha calego zyc zyciem ktore mam - cieszyc sie dzieciakami, jezdzic na wakacje, smiac sie, byc potrzebna, dostawac prezenty od chlopa, laurki od dzieci, chodzic na przedstawienia w przedszkolu, cieszyc sie pierwszym zebem u malego... nie umiem chyba... pomiedzy tymi pieknymi sprawami jest we mnie nienawisc do samej siebie,..taka naprawde sporych rozmiarow..
Dawno nie zastanawialam sie nad sobą...troche przerazona jestem :-) Juz sama nie wiem, wnikać czy nie wnikać.,.. ktos ma podobnie?