W W-wie podobnież otworzono restaurację, w której serwuje się owady. Ja jestem wege, więc tam nie będę się stołować, ale powiedzielibyście na szarańcze w tempurze, sushi z drewnojadami, a na deser sernik ze świerszczem?
Podobne tematy
Też oglądałaś przed chwilą program w tv?
Mi wywróciło żołądek na lewą stronę. Myślę, że w moim przypadku ograniczenia kulturowe działają bardzo silnie - nigdy w życiu (zakładając oczywiście, że nie przymieram głodem) nie wzięłabym do ust robala, nie czuję potrzeby takich eksperymentów kulinarnych.
Tak, oglądałam to uciekające jedzenie z talerza ![]()
Myślę, że jest to kwestia kultury - owoce morza też wyglądają specyficznie, a jest wielu amatorów.
Kiedyś Pawlikowska opowiadała o podróżowaniu po puszczy, gdzie jedynym jedzeniem, które czasem udawało się złapać - to (zupa z) małpki; ugotowane łapki wyglądają jak rączki małego dziecka, no i wielu podróżników ma problem ![]()
A co myślisz o freeganach - czyli takich, którzy znajdują pokarm na śmietniku? Warto przełamywać granice kulturowe?
Do owoców morza też nigdy nie udało mi się przekonać
Raz spróbowałam krewetki, ale jej konsystencja była dla mnie na tyle dziwna i nieapetyczna, że chyba się zraziłam.
A freeganizm mi nie przeszkadza, może nawet uważam go za niezłe rozwiązanie, mimo że sama chyba nie chciałabym tak się żywić. Sama przekonałam się, jak wiele świeżych jeszcze produktów trafia na śmietnik. Pracowałam w kawiarni, która miała taką politykę, że produkty (pakowane kanapki, sałatki), których przydatność do spożycia kończyła się danego dnia, a nie udało nam się ich sprzedać, musiały pójść po prostu do wyrzucenia. Kierownicy zmiany niechętnie pozwalali nam zabierać takie rzeczy do domu czy zjadać od razu, nie rozumiem dlaczego (choć moja koleżanka, która pracowała w innej kawiarni tej samej sieci mówiła, że u niej raczej na to pozwalali). Przecież te kanapki były jeszcze zupełnie świeże, więc chyba po prostu chodziło jedynie o przestrzeganie polityki firmy (która gdyby oddała te produkty za darmo, musiałaby zapłacić od nich podatek). Podejrzewam, że śmietniki pod restauracjami są pełne świeżej, smacznej żywności, którą wyrzucono, bo data na opakowaniu nie pozwalała na jej legalne sprzedanie.
nie to nie dla mnie,mimo że lubię próbować nowe potrawy tego nie wzięła bym do ust ![]()
Od samego patrzenia na wyłażące z jedzenia larwy,miałam ciary
Takie rarytasy to nie dla mnie ![]()
Ostatnio jedna z sieci wprowadziła do swojej oferty to:

W takiej formie jest to do zaakceptowania, czy jednak wolicie bardziej przerobione?
O matko! Wole przetwozone ,
w tej postaci kojarzy mi sie ze zwlokami,i zwyczajnie szkoda mi tych prosiakow
zreszta prosiaka jeszcze nie jadlam
9 2013-10-15 16:40:48 Ostatnio edytowany przez calinka33 (2013-10-15 16:41:40)
jeszcze krew jest na nich .
a robala nie zjem no chyba że ...
Averyl, dla mnie osobiście taka "forma mięska" byłaby nie do zaakceptowania, tzn. nie kupiłabym, na pewno nie byłabym w stanie tego prosiaczka pokroić, upiec i zjeść... Mam problem nawet z "obróbką" kurczaka w całości (bez głowy, takiego jakiego się w supermarkecie kupuje). Ale nie rozumiem reakcji ludzi na te pakowane świnki, tego szoku i oburzenia. Przepraszam, ale czego się spodziewali - że kotlety rosną na drzewach? Kotlety robi się z takich właśnie słodkich prosiaczków i nie ma tutaj co dorabiać pięknej filozofii do tego. Ja wolę kupić obrobione mięso, ale nie znaczy to, że próbuję sama siebie oszukiwać, że to, co jest na moim talerzu, nie jest częścią zwierzęcia, które kiedyś miało słodki ryjek i skubało sobie trawkę.
Anemonne - taka jest już ludzka natura. Wcześniej przywołałam Pawlikowską i reakcję na zupę z małpek. Jak widzisz reakcja na małe świnki jest podobna. Ludzie wolą, by kotle przypominał kotlet, a nie małą świnkę.
Druga strona medalu jest taka, że jednak to mięso. Dzisiaj z koleżanką (obie jesteśmy wege) dyskutowałam o tym zdjęciu - ona stwierdziła, że może tak zaskakujące zdjęcie uświadomi ludzi, że jedząc cielęcinkę, jagnięcinę, kurczątko itp jedzą małe zwierzątko-dziecko z dużymi ufnymi ślipkami.
Ludzie wolą, by kotle przypominał kotlet, a nie małą świnkę.
Ależ ja też wolę
Z tym, że nie oczekuję, że sklepy będą dbać o moją wrażliwą psychikę "mięsożercy w białych rękawiczkach"
Nie muszę chodzić akurat po mięso do marketów, w których leżą małe prosiaczki.
A swoją drogą wielokrotnie myślałam sobie że to, że jem mięso, jest jedynie kwestią wychowania i przyzwyczajenia z dzieciństwa. Bo teraz, w dorosłym życiu nie tknę żadnego mięsa, którego nie jadłam w dzieciństwie: królika, owoców morza, jakichkolwiek podrobów poza wątróbką (podkreślam, że wątróbkę jem TYLKO dlatego, że zostałam do niej przyzwyczajona w dzieciństwie i nie umiem na nią patrzeć jak na część ciała). I gdybym musiała sama zabić i oprawić zwierzę, z pewnością mięsa bym nie jadła - taka prawda.