Witam, z moim mężem jesteśmy ze sobą w sumie 10 lat. Po ślubie rok.
Kocham go ponad życie.. chociaż nie zawsze tak było.
Za studenckich lat byliśmy ze sobą - bo byliśmy - on miał paskudny egoistyczny charakter - nie miałam w nim wsparcia- ale jak to człowiek młody i głupi obojgu brakowało odwagi by to zakończyć.
Ja myślami też byłam gdzie indziej im gorzej nam się układało tym bardziej tęskniłam do byłej miłości z liceum z którą zresztą w związku nigdy nie byłam.
Tak mijały lata jak w jakimś letargu. Na studiach nie byłam grzeczną dziewczynką. Rozstaliśmy na jakieś 2 tygodnie a ja przespałam się z moim kolegą.
Zeszliśmy się i zamieszkaliśmy razem , myśląc że to coś zmieni . Jednak było jeszcze gorzej. Płakałam przez niego przynajmniej raz na dwa dni. Nie widziałam wspólnej przyszłości. A już na pewno na tamten moment nie myślałam że kiedyś zostanie moim mężem. I tak o to jak książę na białym koniu zjawiła się owa miłość z liceum.
Rozstaliśmy się z mężem na prawie pół roku. W tym czasie spotykałam się z licealnym przyjacielem oczywiście spaliśmy ze sobą. Mój mąż nie dawał jednak za wygraną... Błagał prosił przepraszał - po raz kolejny wróciliśmy do siebie... i stał się cud . Mąż zmienił się nie do poznania, stał się człowiekiem jakiego pragnęłam stał się wsparciem i przyjaciel. Zakochałam się w nim... dopiero wtedy. I kochałam z każdym dniem coraz mocniej.
Od tamtej chwili minęły lata.. A mnie nachodzą ogromne wyrzuty sumienia . Że mój mąż o niczym nie wie... Że chwile po rozstaniu wskoczyłam do łóżka innego jak jakaś... wiadomo. Ale ja naprawdę myślałam że między nami to już koniec ![]()
Czy powinnam powiedzieć mężowi ? Nie chce egoistycznie tylko ulżyć swojemu sumieniu ale czy związek nie powinien opierać się na uczciwości? Moje koleżanki tłumaczą mi że przecież nie byliśmy razem w tym czasie więc to nie była zdrada. Ale ja nie mogę uwierzyć jaki ze mnie człowiek był...
Mówić czy nie mówić?