Witajcie
Intryguje mnie pewna sprawa. Kilka lat temu straciłam kontakt z ojcem. Często zdarza mi się o tym myśleć i zastanawiam się czy wina leży po środku czy to on, jako ojciec, powinien wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za posiadanie córki.
Streszczę Wam swoją historię. Mam 21 lat. Gdy miałam 9 lat moi rodzice się rozwiedli. Tuż przed rozwodem moja mama uciekła ze mną, przeprowadzając się do innego miasta. Było to spowodowane licznymi zdradami mojego ojca oraz tym, że bił moją mamę. Zraziło mnie to do niego, często byłam tego świadkiem, ale nie wpłynęło to później na chęć utrzymywania z nim kontaktu. Dzwonił do mnie i przez pewien okres co tydzień przyjeżdżał po mnie i zabierał mnie do mojego rodzinnego miasta w którym mieszkali dziadkowie ze strony ojca (kontakt z nimi po rozwodzie uległ radykalnej zmianie; pogorszeniu) oraz druga babcia (ze strony mamy) z którą mieszkała moja starsza siostra (córka mamy z poprzedniego małżeństwa). Mój ojciec związał się z młodszą o kilkanaście lat kobietą z którą miał dziecko - zaszła w ciąże praktycznie w tym samym czasie, kiedy ja z mamą się wyprowadziłam... Nie przepadała za mną, często zdarzało jej się - gdy byłyśmy same - zaznaczyć ile kosztują ojca takie wyprawy po mnie, a ja jako jeszcze dziecko, nie potrafiłam się bronić, popadając w poczucie winy. Z czasem, gdy byłam starsza, zdarzało się, że nie chciałam spędzać czasu z ojcem i jego rodziną - bywało tak, że siedziałam z ich małym dzieckiem, a ojciec szedł do pracy - więc przyjeżdżałam sama i nocowałam tylko u babci, nie mówiąc o przyjeździe ojcu. Czas leciał, ja coraz rzadziej spotykałam się z ojcem, on coraz rzadziej dzwonił do mnie, a ja do niego. Bolało mnie również to, że nigdy nie interesował się kwestią finansową - alimenty na mnie płaciło państwo, bo on zawsze potrafił się jakoś wymigać. Na książki do szkoły albo wakacje nie mogłam na niego liczyć.
Ostatni raz widzieliśmy się około 5 lat temu na ślubie mojej siostry - jego córki z poprzedniego małżeństwa. Źle się czułam, więc nie posiedziałam zbyt długo na weselu. Na następny dzień ojciec zadzwonił i spytał dlaczego wyszłam i wyglądało to tak jakbym się obraziła. Żadne argumenty do niego nie przemawiały, odniosłam wrażenie, że miał pretensje do mnie. Od tamtego dnia kontakt zerwał się całkowicie. Zadzwonił 2 lata później na moje 18ste urodziny. Gdy usłyszałam jego głos byłam wściekła. Własny ojciec odzywa się po 2 latach? Nie interesowało go przez ten czas czy jego własna córka w ogóle żyje, czy ma za co, itd. Powiecie - ok, ja się mogłam do niego odezwać. Ale z drugiej strony - kto był osobą dorosłą w tej sytuacji? Kto ma dzieci - ja czy on? To on jako ojciec powinien za wszelką cenę utrzymywać z własnym dzieckiem kontakt, nawet jeśli natrafi na przeszkody. Czarę goryczy przelało jego pytanie po złożonych życzeniach - "Co to się stało, że nam się kontakt urwał?". Ja - może jako zbuntowana nastolatka - nie wytrzymałam i powiedziałam wprost - jeśli własny ojciec ma mnie gdzieś, to ja o ten kontakt zabiegać nie będę. Jaka była jego reakcja? Bez słowa rozłączył się... Od tamtej pory znów cisza.
Odbiło się to na mojej psychice. W tym czasie miałam 2 poważne związki - jeden trwał 2 lata, drugi 3. I za każdym razem nie potrafiłam się odnaleźć w tych związkach, byłam chorobliwie zazdrosna, bałam się, że chłopak mnie zostawi tak jak ojciec. Chodziłam do psychologa, ale nie za bardzo mi to pomogło.
Co myślicie o takiej sytuacji? Czy można tu mówić o czyjejś winie?
Czasami zastanawiam się nad odnowieniem z nim kontaktu - ale po pierwsze nie wiem gdzie mieszka, jaki ma nr tel, nic. A po drugie... Chciałabym żeby to ojciec w końcu się mną zainteresował. Ja nr tel nie zmieniłam...