Właściwie to na dobrą sprawę nie wiem jak to wszystko opisać. Z góry jednak powiem, że nie robię tego aby otrzymać rozwiązania swych problemów, ale raczej aby móc to z siebie wyrzucić i poznać pogląd osób postronnych.
Sprawa wygląda tak, że spotykam się z dziewczyną od ponad roku i bardzo różnie to z nami bywało. Obecnie jesteśmy jakby w kropce, bo po weselu na którym byliśmy przedwczoraj nastał z mojej winy kryzys tzn. - ona ma ten kryzys, a ja nie wiem czy to nie jest droga ku końcowi. Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo nietowarzyski jeżeli chodzi o ludzi których w ogóle nie znam i nie mam ochoty poznać. Nie lubię tańców, hulanek i dużych imprez. Zostałem nijako zmuszony aby pójść z nią na to wesele do 150 osób których na oczy nie widziałem. Myślałem, że jakoś uda mi się to przeboleć, ale nie udało się. Doskonale było widać, że jestem niezadowolony i źle się tam czuję. Trochę z nią potańczyłem, ale cały czas też nie mogłem, bo to tak nudne, że myślałem, że zejdę. Dodatkowo wszędzie tylko te kamerki i aparaty zwiększały moje niezadowolenie. Po dobrych 12 godzinach męczenia się tam jak kołek nie odzywając się praktycznie do nikogo chciałem abyśmy już poszli, bo większość gości się zawinęła. Usłyszałem od niej, że dobrze zaraz idziemy, ale nigdzie nie się nie ruszała i parę razy ponawiałem pytanie coraz bardziej zdenerwowany. W końcu przez to bezproduktywne czekanie zostaliśmy zawołani do państwa młodych... no wtedy to mnie szlag trafił, bo wiedziałem, że kolejna godzinę będę musiał się tam męczyć a miałem już w oczach, że zaraz wychodzimy. Trzasnąłem krzesłem, powiedziałem jej, że będę czekał w aucie i poszedłem.
Bardzo ją to wszystko zabolało. Jakbym wiedział, że tak będzie to bym się zastanowił. Wiem, że powinienem być bardziej cierpliwy i narobiłem jej pewnie wstydu przez co jest mi niezmiernie głupio. W obecnej chwili bym się powstrzymał jeszcze, ale już czasu nie cofnę.
Przeprosiłem ją, ale póki co nie widzę rezultatów. Ona jak zawsze gdy się pokłócimy twierdzi, że do siebie nie pasujemy. Dodatkowo mówi, że nie biorę pod uwagę jej potrzeb i że zawsze jej będzie brakowało tego, że nie będę z nią chciał chodzić na takie imprezy i jak ja sobie to wyobrażam, że ona będzie chodzić sama. Pytałem (w zasadzie zawsze tak robię) czy chce się rozstać w takiej sytuacji, ale powiedziała, że nie, że ma teraz kryzys, ale i tak będziemy musieli porozmawiać o uczuciach i to one zdecydują.
Wiecie, żeby była jasność to różne kłótnie się już pojawiały i mimo różnych słownych farmazonów jej przechodziło. Nie wiem czy nie czy czasem nie za bardzo się martwię, ale niepokoi mnie to, bo ta sytuacja jest najgorsza z dotychczasowych.
Dziwny jestem także z tego względu, że gdy jest miło i przyjemnie to nie potrafię jej okazać czułości i dopiero takie sytuacje powodują, że czuję jak bardzo jest mi bliska i nie chcę jej stracić.
Dodam, że mieszkamy spory kawałek od siebie i widujemy się w zasadzie tylko w weekendy.
Ona ma 25 ja 24 lata.