Witam!
Proszę Was o opinię i rady w mojej sytuacji..
Jesteśmy razem 9 lat, 5 lat temu zdecydowaliśmy się na wyjazd na stałe do Hiszpanii z dwójką moich dzieci z pierwszego związku.
Byłam zachwycona moim partnerem kiedy go poznałam i przez wspólne lata w Polsce, studiowałam jeszcze więc nie pracowałam na pełnym etacie, a on naprawdę sporo nam pomagał, opiekował się dziećmi, pracował.Wiem, że jest wspaniałą osobą, rodzinną, wrażliwą.
Wyjazd był moim marzeniem, nie czułam się żadnym dominującym ogniwem w naszej rodzinie, wspólnie dogadaliśmy szczegóły wyjazdu, ale to ja miałam inicjatywę (oszczędności, organizacja dokumentów, itd.). Mimo to niby wspólnie podjęliśmy decyzję.
Podkreślam fakt, że to ja chciałam wyjechać bo mam okropne poczucie winy po tym co stało się z naszą rodziną.Trzymamy się razem, ale to już nie to co dawniej.
Mieszkamy tu już 5 lat, tu urodziło nam się dziecko, ale on nie jest tu szczęśliwy.Niesamowite jak bardzo człowiek potrafi się zmienić. Praktycznie nie rozmawia z ludźmi, nie ma tu przyjaciół, nawet znajomych, nie wspominając już, że właściwie ledwie porozumiewa się po hiszpańsku.Nie daje się namówić na wspólne spotkania ze znajomymi.
Nie znalazł stałej pracy, a każdej nowej pracy (które podejmował z mojej inicjatywy), coś szło nie tak i go zwalniano.
W Polsce miał stałą pracę, kolegów, rodzinę.Czasami wychodził zagrać w piłkę z kolegami, na piwo..miał z kim pogadać.Tu jest inną osobą, poważną, ciągle w złym humorze, który udziela się całej rodzinie.Nie ma swojego zajęcia, zajmuje się dziećmi i domem kiedy jestem w pracy.Niby rozumiem dlaczego jest mu tu źle, ale z drugiej strony nie potrafię zrozumieć takiego braku inicjatywy.Właściwie nigdy nie poszukał pracy, a winę na jego samopoczucie zwalałam na jej brak, lub jakiegokolwiek zajęcia.Kiedy załatwiałam coś z własnej inicjatywy, zawsze coś szło nie tak.
B. chcę mu pomóc, mam olśnienia kiedy próbuję podbudować jego zaniżoną samoocenę, ale są momenty kiedy człowiek traci cierpliwość i musi powiedzieć coś szczerze.
Mało mamy okazji szczerze porozmawiać, poza atmosferą w domu przeszkodą jest 3 dzieci i brak chwil "sam na sam".Ogólnie jest tak mało wymowny, że było osiągnięciem wyciągnąć z niego już stwierdzenie, że się tu "nie odnajduje".
Szkoda mi dzieci, on ze starszymi nie bawi się już tak jak dawniej, prawie wyłącznie odzywa się do nich krzykiem lub podniesionym tonem, córcia płacze, syn jest zbyt nerwowy.Fakt, że to dzieci z innego związku, nakręca jeszcze błędne koło.
Jednak tu życie mogłoby być niesamowite, ja i dzieci bylibyśmy przeszczęśliwi, będąc tu, ale z takim "nim", jakim był przed wyjazdem.
Mieszkamy na plaży, w miejscu, gdzie klimat jest niesamowity, ludzie zawsze uśmiechnięci, łatwo zawierać przyjaźnie (!). Starsze dziecko pozbyło się problemów zdrowotnych, ogólnie dzieci maja tu szansę na zdrowe, szczęśliwe życie.
Mam ogromny dylemat.Nie wiem czy muszę zrezygnować z moich marzeń, przyjaźni dzieci, najmłodsze urodziło się tutaj.Boję wracać do kraju, gdzie też nie mamy pracy, a dzieci nawet za dobrze nie znają języka polskiego, nie wyobrażam sobie zmiany szkoły.
Błagam, piszcie szczerze, co mogę zrobić.Może ktoś był w podobnej sytuacji??
Kocham go i zrobię wszystko żeby ocalić naszą rodzinę.