AdrianDąbrowski napisał/a:To miło ale czy więc jesteś agnostykiem, więc pewnie spodoba ci się pismo obywatel
Czy jestem agnostykiem? Do pewnego stopnia wszyscy nimi jesteśmy, choć ja nie mógłbym z pełną świadomością powtórzyć sokratejskiej sentencji: "Wiem że nic nie wiem". Nie mógłbym, gdyż...coś tam wiem. Choć ta moja wiedza jest niewielka i znaczy tyle co kropla w morzu wiedzy ogólnej.
O co mi chodzi i jak mógłbym zdefiniować "moją religię"? (choć określenie "religia" i "wiara" są tu nie na miejscu).
Zacząłbym od tego że...śmierć nie istnieje! Śmierci nie ma, choć nam samym wydaje się zupełnie inaczej (wiele rzeczy nam się tylko wydaje). Świat w którym żyjemy mógłbym określić jako długi sen. Innymi słowy - Życie snem jest tylko, krótkim, burzliwym lecz tylko snem.
Cytując Isaaca Singera,żydowskiego pisarza, powtórzę: "Śmierć nie istnieje. Jak może istnieć, skoro wszystko jest częścią Boga? Dusza nigdy nie umiera, a ciało nigdy nie jest naprawdę żywe". Ja jednak najbardziej lubię sentencję Walta Whitmana (amerykańskiego "kowboja-filozofa" okrzykniętego mianem największego amerykańskiego poety), w "Pieśni o sobie samym" pisze:
"Czy ocknę się dzisiaj, czy za dziesięć tysięcy, czy za dziesięć milionów lat, Mogę radośnie przyjąć to teraz albo z równą radością mogę czekać. A jeśli chodzi o ciebie, Życie, twierdzę, żeś jest pozostałością wielu śmierci".
Ciekawa jest też myśl Henry'go Forda (twórcy Ford Motor Company): "Geniusz wypływa z doświadczenia. Niektórym wydaje się, że to dar albo talent, lecz jest to owoc długiego doświadczenia na przestrzeni wielu istnień".
Lew Tołstoj też pięknie o tym pisał: "Kiedy żyliśmy tysiącami marzeń w naszym obecnym życiu, tak też i nasze obecne życie jest tylko jednym z tysięcy takich istnień, w które wkroczyliśmy z innego, o wiele bardziej realnego życia... i do którego powrócimy po śmierci. Nasze życie to zaledwie jeden ze snów tego o wiele bardziej rzeczywistego życia, i tak bez końca, aż do ostatniego, najbardziej rzeczywistego życia, życia Boga.
Pięknie powiedziane, choć niejasne i mało zrozumiale (jeśli w ogóle).
Nasze istnienie na tym świecie, może się wydawać chwilowym "kaprysem natury" i kwestią przypadku. W rzeczywistości w naturze nie istnieje coś takiego jak przypadek. Wszytko ma swoje konsekwencje, każdy nasz czyn i każde działanie powodują interakcję. Gdyż nasze życie nie kończy się wraz z fizyczną śmiercią naszego ciała (które uważam jedynie za chwilowy kostium, tak samo jak człowiek nie może biegać nago po ulicy, gdyż wzbudziłby zainteresowanie i zapewne zniesmaczenie, tak nam, do istnienia potrzebne są owe "kostiumy", które odrzucamy gdy...ulegną wypadkowi, lub zestarzeją się i staną się niezdatne do dalszego użytkowania. Nie można całego życia przeżyć chodząc w jednej koszuli (tym bardziej że nasze ciało się zmienia - rośniemy, nabieramy odpowiednich kształtów itd.).
Krótko mówiąc, żeby nie przynudzać - ISTNIEJEMY, istniejemy bez początku i bez końca, gdyż jesteśmy (jak mówił Singer) "częścią Boga". Jeśli można by porównać Boga do wszechwiecznego, bezgranicznego oceanu, Oceanu Energii Miłości, to my...jesteśmy kropelkami tego Oceanu. Dlatego też np. nie możemy trafić do piekła itd. W pamięci mam pewne spotkanie-pielgrzymkę w Watykanie, u Jana Pawła II, kilkanaście lat temu (ja w nim nie uczestniczyłem i już wyleciała mi z głowy data tej pielgrzymki). Na pytanie pewnej kobiety - jak wygląda piekło i za jakie grzechy można tam trafić, papieżowi...się wymsknęło. Powiedział bowiem: "Piekło istnieje, ale jest puste".
Możemy oczywiście popaść w stan podobny do piekła, ale...jest to jedynie stan umysłu, stan całkowitego odrzucenia Jedności ze Źródłem (czyli Boga), i twierdzenie że istniejemy tylko dla siebie. Jest to stan nietrwały i ponowna akceptacja Miłości (ludzki język nie zna słów na opisanie tego uczucia - jest to wszechogarniająca i wszechobecna Miłość Całkowita (której tu w naszym życiu, możemy jedynie poznać niewielką cząstkę, namiastkę namiastek, wtedy gdy kochamy, gdy jest nam dobrze, gdy czujemy się szczęśliwi, kochani, lubiani, podziwiani), Miłość, jaką np darzy matka swe nowo narodzone dziecię - nie za to kim jest, ani co uczynił, lecz za to...że w ogóle jest. Taką właśnie Miłością darzy nas Wszechwieczny, którego my tu na ziemi zwiemy bogiem.
Istnieliśmy w tym Źródle Energii Miłości nim się narodziliśmy i naszym celem jest ponowny doń powrót. Dlaczego jednak przybywamy na ziemię (i nie tylko na ziemię, choć to już temat na inną rozmowę), dlaczego istnieje tyle zła i niesprawiedliwości pytamy, gdy stwierdzamy że Bóg jest dobry, lub że jest Miłością? Wielu hierarchów reprezentujących swe religie - nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, lub ucieka się do ogólników (przykład papieża Benedykta XIV, który nie umiał odpowiedzieć na pytanie dziewczynki, dlaczego w wypadku zginęła cała jej klasa, jej koleżanki i koledzy? Odpowiedział zgodnie ze swoim sumieniem -"NIE WIEM DLACZEGO" za to też go szanuję).
Dlaczego istnieje zło, niesprawiedliwość, ból, przemoc, cierpienie? Odpowiedź jest dosyć prosta - dla ROZWOJU, dla ciągłego nieustannego rozwoju. Żyjąc w Jedności z Bogiem, nie mogliśmy poznać i doświadczyć przeciwności Miłości, a co za tym idzie - Jej docenić. To tak samo jak społeczeństwa pierwotne, które nie miały kontaktu z cywilizacją, otoczone innymi takimi plemionami i niewyścibiające nosa z terenów na których żyją, sądziły że cały świat jest właśnie taki sam, jak w ich wiosce - nie miały bowiem możliwości porównania, nie mogły docenić tego co mają - cały czas tym żyjąc. Cierpienie, zło i strach istnieje tylko po to byśmy ponownie nauczyli się Miłości, byśmy w drugim człowieku zobaczyli siebie samego, gdyż wszyscy jesteśmy "dziećmi Boga" (jak głosi chrześcijaństwo), innymi słowy - jesteśmy Jego częścią. Naszym celem więc jest jak najszybsze zakończenie tej gry (cały ten Wszechświat - ani nie pierwszy, ani nie ostatni, ani nie jedyny - jest jedynie grą, której celem jest przejście kolejnych etapów i jak najszybsze jaje zakończenie), i powrót do DOMU - tam gdzie istnieliśmy od zawsze, do Jedności Boga. Ten świat (Wszechświat), jest jedynie szkołą - szkołą Miłości.
Skąd ja to wszytko wiem? To przyszło stopniowo, choć zaczęło się dość wcześnie - gdy byłem dzieckiem, a miałem wtedy może trzy, lub cztery lata.
Wówczas co noc miałem ten sam sen, który dla tak małego dziecka jakim wówczas byłem, był koszmarny, wręcz przerażający. Śniło mi się że znajduję się w środku dużego, ciemnego lasu, jest noc a ja biegnę przez ten las - uciekam przed kimś, lub przed czymś. Gdy odwróciłem głowę zobaczyłem trzy ścigające mnie "czarownice", biegły za mną, a ja już ze zmęczenia nie miałem sił by dalej uciekać. Nagle potykam się o korzeń drzewa (lub kamień - nie pamiętam dokładnie), i upadam na ziemię. Gdy już, już mają mnie dopaść - budzę się zapłakany. Zawsze budziłem się w tym samym momencie, w chwili gdy już były przy mnie. Ten sen trwał dosyć długo, kilka miesięcy, a ja wiedząc że "to" znów powróci, bałem się zasypiać. Pamiętam że płakałem gdy moi rodzice odprowadzali mnie do łóżka, nie chciałem zasypiać, bojąc się że znów mi się to przyśni. I tak było, "to" wracało co noc. I choć rodzice uspokajali mnie mówiąc że to tylko sen że nic złego mnie nie spotka, ja nie wierzyłem im. Często leżałem w łóżku do rana przy zapalonym świetle, bojąc się zamknąć oczy i zasnąć. Z czasem jednak to minęło (po kilku miesiącach), a ja o tym zapomniałem.
Kolejne "dziwne" wizje pojawiły się gdy miałem ok. 10-12 lat. Jednak te "obrazy" były już zupełnie inne, łagodne, miłe i ciekawe. Widziałem w nich kilkuletniego chłopca raz w towarzystwie mężczyzny i kobiety, raz jedynie w obecności mężczyzny, innym znów razem w towarzystwie samej kobiety. Widziałem również owego chłopca siedzącego nad brzegiem pięknego brzegu rzeki, siedział pod drzewem i odpoczywał. Pamiętam dokładnie twarze mężczyzny i kobiety. Mężczyzna miał ciemną, krótko przystrzyżoną brodę, kobieta była ładna w średnim wieku. Pamiętam też że dochodziło do konfliktów pomiędzy chłopcem a owym mężczyzną. Zawsze później pojawiał się obraz chłopca nad brzegiem rzeki. Przekazy te były tak dziwne i niezrozumiałe wówczas przeze mnie, że moich rodziców wprawiałem w stan pewnego zakłopotania gdy opowiadałem te moje wizje ich znajomym i przyjaciołom. Ja zaś nie wiedziałem dlaczego to "coś" spotkało właśnie mnie i co "to" właściwie jest. Następnie i to też ustało. Potem były studia i praca, gdzie już zupełnie nic nie powracało, a ja o większości z tych dziwnych wizji po prostu zapomniałem.
"Przebudzenie" przyszło niedawno, może jakieś cztery lata temu. Wówczas wszystko zaczęło układać się w spójną całość. Poszczególne obrazy zaczęły się "porządkować" i układać w logiczny ciąg. Dzięki temu przypomniałem sobie moje poprzednie wcielenie. Wiem kim byłem w poprzednim życiu, gdzie mieszkałem, co lubiłem a czego nie, kiedy mniej więcej żyłem (nie pamiętam jednak dokładnego roku, ani swego imienia, ani nazwy miejscowości ). Wreszcie to co "pamiętam" najdokładniej to własną śmierć w poprzednim życiu. Ale od początku.
Urodziłem się na terenach dzisiejszej Indonezji, w rodzinie chłopa, żyłem w jakiejś wiosce. Ów mężczyzna opisany wyżej to właśnie był mój ojciec. Pamiętam że nienawidziłem pracy na roli, ani wszystkiego co wiąże się z wykonywaniem obowiązków chłopa. Często dochodziło na tym tle do kłótni z moim "ojcem". Wówczas uciekałem do swojej samotni - nad brzeg rzeki, gdzie godzinami rozmyślałem. Bardzo to lubiłem, ale nie podobało się to mojej rodzinie (głównie ojcu). Moje życie nie było zbyt obfitujące w doświadczenia. Pamiętam szczególnie dokładnie moment własnej śmierci.
Zginąłem jako kilkunastoletni chłopak. Jak do tego doszło? Pamiętam że zbudził mnie tętent końskich kopyt i krzyki ludzi. Gdy wyszedłem przed dom (chatę), zobaczyłem żołnierzy na koniach, trzymających w rękach płonące pochodnie - podpalali wioskę i mordowali mieszkańców. Pamiętam wyraźnie, bardzo wyraźnie owe płonące pochodnie. Pamiętam także że wówczas po raz ostatni spojrzałem na moich rodziców (myślę że to wówczas właśnie dokładnie ich zapamiętałem). Następnie ruszyłem w stronę ciemnego lasu. Kilku żołnierzy, pobiegło za mną. Uciekałem choć już brakowało mi sił, aż wreszcie potknąłem się o coś i upadłem. Wówczas mnie dopadli i przebili jakimś sztyletem. Tak zakończyłem swoje poprzednie wcielenie. Teraz już zrozumiałem że to co przyśniło mi się w dzieciństwie, było jedynie pamięcią mojej śmierci. Wszystko przypominało mi się więc od "końca".
Jest jeszcze jedna sprawa warta poruszenia. Odczuwam wyjątkową "niechęć" do Indonezji, jako kraju i jako ziemi. Długo nie wiedziałem dlaczego tak mam, teraz już chyba rozumiem.
No i znów rozpisałem się nie na temat, ale teraz już pewnie wiesz AdrianieDąbrowski jaką "religię wyznaję" (choć z religią nie ma to wiele wspólnego, zaś ja zamiast słowa "wiara" ,wolę słowo WIEDZA).
Pozdrawiam.