Nie mogę odczytać zachowania mojego wykładowcy. Jest starszy o 3 lata, nie ma dziewczyny, żony, dzieci (pośrednio i bezpośrednio znam jego znajomych i rodziców).
Jesteśmy już dorośli, a czuje się jak jakaś głupia małolata, bo nic nie rozumiem. On zachowuje się jak szczeniak. Otóż pewnego dnia (ledwo po kilku rozmowach) pomasował delikatnie moje plecy, ścisnął za talię, przyciągnął do siebie. Wiedział że to może być dla mnie średnio-ciężka rozmowa (najlepiej chyba to słowo opisuję sytuację) i wiem że chciał mnie wesprzeć. Rozmawiamy ze sobą, jak się widzimy to zaczepiamy.
Pogubiłam się i zauroczyłam. Nie chciałam ciągnąć już tematu ani terroryzować go pytaniami czemu mnie nagle dotknął. Stałam się oschła, niemiła i się zaczeło... przytulanie z jego strony. Uwielbił wręcz sobie stykanie się z moim plecami i uciekanie bez przywitania. Nie chciałam za nim latać, olałam sprawę nie pytałam czemu to robił. Męćzy mnie to jednak i boli
Na dodatek wrobił mnie w jedną rzecz. Wiedział, że jest ona dla mnie pozytywna, ale wymaga ode mnie wiele wysiłku. Co więcej był z siebie strasznie dumny wtedy.
Tak, wiem powinnam z nim porozmawiać. Boje się jednak jego reakcji i co będzie potem. Nie przełame się, kiedy nie wiem czy warto ;/ a do tego ledwo się znamy.
Na co Wam to wygląda? Warto pytać?
