Istnieje ostatnio moda na dziwne kierunki studiów. Niegdyś studiowało się filologię, matematykę, pedagogikę lub inżynierię. Teraz powstały różne odłamy kierunków, które w pewnym sensie dają większą szansę na znalezienie pracy ? uczą bowiem bardziej specjalistycznie. Wydaje mi się jednak, że szkolnictwo nieco przekroczyło granicę umiaru i powstają coraz to dziwniejsze kierunki studiów, które ? o dziwo ? cieszą się popularnością. Do takich zaliczamy np. stosowaną psychologię zwierząt, zarządzanie parafiami, kulturowe zarządzanie miastem i inne kierunki związane z cudami i duchami. Co sądzicie o takich kierunkach? Są przyszłością dzisiejszych studentów czy wydziwianą modą na studiowanie czegoś innego?
Podobne tematy
Dla kogoś mogą być przyszłością, podobnie jak dla 1 studenta na ileśset jeśli chodzi o kierunki: pedagogika, resocjalizacja, zarządzanie, politologia, socjologia (no, w tych 2 ostatnich przypadkach to raczej 1 / ileśtysięcy
)
Prywatne szkoły powstają jak grzyby po deszczu; oferują coś ciekawego, coś niespotykanego (jak kilka lat temu BHP, na którą to rzuciło się mnóstwo osób) a studenci zapominają o jednym:
studiów nie można już traktować jako pewnik w znalezieniu pracy czy sposobu na przetrwanie kilku lat. W dzisiejszych czasach trzeba być naprawdę dobrym lub mieć naprawdę dobre znajomości by znaleźć pracę po takich studiach.
Moim zdaniem nie ma znaczenia co się studiuje. Nie ma także znaczenia czy w ogóle kończy się jakieś szkoły po maturze. Jeżeli ktoś wie co w życiu chce robić to będzie to robił i to dobrze. Jeśli jest się artystą w swoim zawodzie to bez względu na konkurencję pracę będzie się miało.
Co do dziwnych kierunków to skoro ktoś je tworzy to pewnie jest na to zapotrzebowanie.
Moim zdaniem nie ma znaczenia co się studiuje. Nie ma także znaczenia czy w ogóle kończy się jakieś szkoły po maturze. Jeżeli ktoś wie co w życiu chce roić to będzie to robił i to dobrze. Jeśli jest się artystą w swoim zawodzie to bez względu na konkurencję pracę będzie się miało.
Co do dziwnych kierunków to skoro ktoś je tworzy to pewnie jest na to zapotrzebowanie.
Zgadza się, tylko należy wiedzieć, czego się chce i dążyć do tego, iść w tym kierunku cały czas; wtedy i pojawiają się nowe możliwości, człowiek ma szansę się doskonalić.
Zapotrzebowanie się pojawia ale niestety zwykle na krótko ![]()
Uważam, że nie powinni przyjmować obecnie tak wielu osób na kierunki kompletnie nieprzyszłościowe jak w/w przeze mnie, zmniejszyć grupy ze 100 osób do 20 (połowa i tak zrezygnuje lub odpadnie) lub nie otwierać ich wcale; jedynie jako 2. fakultet, dodatkowy.
Popularność kierunków nie musi mieć przełożenia w zapotrzebowaniu na "specjalistów" po studiach. Prosty przykład - studia prawnicze zawsze jest kilku kandydatów na miejsce, a potem okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo zacząć pracę w zawodzie, bo jest to trochę zamknięta grupa. Kilka/kilkanaście lat temu bardzo modne były kierunki integracji z UE, bo jak Polska wejdzie do unii... no tak, tylko ciepłe posadki w państwówce są obsadzane wg specyficznych zasad i nie trzeba być "specjalistą" z dyplomem do obsługi formularza "zasady przyznawania ...."
Studia informatyczne - technologie tak szybko się zmieniają, że jeżeli samemu nie doskonalisz się, to pod koniec studiów, okazuje się, że twoja wiedza z początku studiów jest "prehistoryczna", więc jesteś specjalistą informatykiem czy nie po takich studiach?
Co do dziwnych kierunków - to są raczej nowinki, jedno-, dwusezonowe, rzadko coś takiego utrzymuje się. Kiedyś słyszałam, że na której z olsztyńskich uczelni, była (może nadal jest) akwarystyka, kierunek super bo niezłą kasę można zarobić jak się zajmuje takimi akwariami z egzotycznymi rybkami w biurach, czy centrach, ale chyba szału nie ma.
A uczelnie zamiast zamykać niektóre kierunki, to otwierają nowe - te dziwne. Wspomniany przeze mnie kierunek "stosowana psychologia zwierząt" może być realizowany np przez weterynarza, który chce poszerzyć swoje umiejętności. A tu okazuje się, że bodajże 70 osób w zeszłym roku rozpoczęło ten kierunek. Kolejny dziwny kierunek - zielarstwo i terapie roślinne (prawie jak Hogwart
) - nie wyobrażam sobie jaką pracę "gwarantuje" później...
Ja już dawno znalazłam odp: kasa
Jakby zamknięto np. socjologię, to iluż nauczycieli straciłoby wakaty, a nie daj Boże jakby to były osoby z tytułami "dr" - jaka strata dla uczelni; zwłaszcza, że doktorów uczelnia mieć musi, jakąś tam liczbę.
Mogliby utworzyć więcej specjalizacji na kierunkach opłacalnych - do czegoś doktorzy by się przydali wtedy ![]()
9 2013-06-23 00:49:02 Ostatnio edytowany przez Pan Lewski (2013-06-23 00:52:18)
A uczelnie zamiast zamykać niektóre kierunki, to otwierają nowe - te dziwne. Wspomniany przeze mnie kierunek "stosowana psychologia zwierząt" może być realizowany np przez weterynarza, który chce poszerzyć swoje umiejętności. A tu okazuje się, że bodajże 70 osób w zeszłym roku rozpoczęło ten kierunek. Kolejny dziwny kierunek - zielarstwo i terapie roślinne (prawie jak Hogwart
) - nie wyobrażam sobie jaką pracę "gwarantuje" później...
Bo dostały w tym zakresie wolą rękę, a systuacja wygląda jak opisałem niżej. Jeżeli chodzi o pracę- oczywiście że nie gwarantuje pracy. Po pierwsze, ani Platon w starożytnej Grecji nie zakładał Akademii żeby ludzie mieli pracę, ani w średniowieczu jak już te wszystkie akademie były dawno zdelegalizowane, nie po to zakładano uniwersytet żeby ludzie mieli pracę. Nie pamiętam też w tej chwili dokładnie tych liczb, ale zdaje się że 3 albo 1.5 mln ludzi studiuje w Polsce kierunki humanistyczne. Oni nie znajdą pracy w zawodzie i to doskonale wiadomo od lat. W jednym z czołowych uniwersytetów w kraju, na roku jest średnio 100 politologów. Liczba ofert pracy dla politologa przedstawionych przez Akademickie Biuro karier, wynosiła w minionym roku 1. Była to posada w administracji publicznej, więc to fikcja czysta, wiadomo że to jest z góry ustawione, czyli na powiedzmy 70 absolwentów kierunku rocznie, 1 może złożyć papiery ,a pracy i tak nie dostanie.
Co więcej, to jest kompletnie bez znaczenia. Gdyby praca była, to kwalifikacje nie miałyby większego znaczenia, pracodawca sam by wyszkolił pracownika. Bezrobocie wśród osób do 25 roku życia wynosi w tej chwili ze 20%, z bezrobociem ukrytym czyli studentami to będzie pewnie ze 30 jak nie więcej. Nie ma szans żeby wszyscy ci ludzie znaleźli pracę, póki nie zajdą zmiany w gospodarce. Niestety, durne rządy przez 20 lat rozsprzedawały PRLowskie zakłady za bezcen, działającą fabrykę potrafiły sprzedać za równowartość 1800zł nowych zł (autentyk), jednocześnie dawały granty zagranicznym koncernom i żeby mieć na te granty, rabowały Kowalskiego coraz wyższymi podatkami, więc ten Kowalski ani nie kupuje- więc rynek się kurczy, ani sam nie tworzy nowych miejsc pracy bo ma za duże koszty prowadzenia działalności. Albo się uprości prawo, zwolni urzędasów, obniży podatki i wtedy gospodarka ruszy, albo się będzie prowadzić tę faszystowską politykę gospodarczą i bezrobocie będzie na poziomie 20-30%, a państwo zacznie bankrutować.
Uważam, że nie powinni przyjmować obecnie tak wielu osób na kierunki kompletnie nieprzyszłościowe jak w/w przeze mnie, zmniejszyć grupy ze 100 osób do 20 (połowa i tak zrezygnuje lub odpadnie) lub nie otwierać ich wcale; jedynie jako 2. fakultet, dodatkowy.
To nie jest kwestia tego czy powinni czy nie. Uczelnie wcale nie chcą mieć wielu studentów. Uczelnie przyjmują wielu studentów, bo PIENIĄDZE idą za studentem. Jeżeli instytut na badania dostaje 1000zł rocznie, to znaczy że żeby mógł działać, potrzebuje wielu studentów za którymi przyjdą pieniądze które to wszystko opłacą. Żaden uniwersytet nie popełni przecież samobójstwa. Po prostu system jest zły i powoduje że ta masa mięsa armatniego zasilająca wydziały humanistyczne, to podstawowe źródło utrzymania. I tak mamy problem, bo pracownik naukowy na uniwersytecie zarabia dużo gorzej od tępego nauczyciela.
To nie jest kwestia tego czy powinni czy nie. Uczelnie wcale nie chcą mieć wielu studentów. Uczelnie przyjmują wielu studentów, bo PIENIĄDZE idą za studentem. Jeżeli instytut na badania dostaje 1000zł rocznie, to znaczy że żeby mógł działać, potrzebuje wielu studentów za którymi przyjdą pieniądze które to wszystko opłacą. Żaden uniwersytet nie popełni przecież samobójstwa. Po prostu system jest zły i powoduje że ta masa mięsa armatniego zasilająca wydziały humanistyczne, to podstawowe źródło utrzymania. I tak mamy problem, bo pracownik naukowy na uniwersytecie zarabia dużo gorzej od tępego nauczyciela.
Tak myślisz, że pracownik naukowy zarabia mniej niż nauczyciel w szkole? Na prywatnych uczelniach zarabiają całkiem nieźle - bo i studenci całkiem nieźle płacą.
Dla szkół wyższych otwieranie coraz to nowszych i dziwniejszych kierunków jest opłacalne, ale czy dla samych studentów też?
Tak myślisz, że pracownik naukowy zarabia mniej niż nauczyciel w szkole? Na prywatnych uczelniach zarabiają całkiem nieźle - bo i studenci całkiem nieźle płacą.
Ale na państwowych uczelniach pracownicy naukowi zarabiają grosze, a państwowe uczelnie też tworzą ciągle nowe, "dziwne" kierunki.
Dlatego pytam z ciekawości, bo nie mam pojęcia ile zarabiają pracownicy państwowych uczelni...
13 2013-06-29 00:07:42 Ostatnio edytowany przez Eileen (2013-06-29 00:18:07)
Ja teraz składałam podanie na studia i moim absolutnym "faworytem" stała się: mongolistyka i tybetologia. Ja nie wiem, co można po czymś takim robić, ale gdybym to studiowała, to chyba w życiu bym się nie przyznała
.
Nemezys napisał/a:Tak myślisz, że pracownik naukowy zarabia mniej niż nauczyciel w szkole? Na prywatnych uczelniach zarabiają całkiem nieźle - bo i studenci całkiem nieźle płacą.
Ale na państwowych uczelniach pracownicy naukowi zarabiają grosze, a państwowe uczelnie też tworzą ciągle nowe, "dziwne" kierunki.
Absolutnie się nie zgadzam. Dwie osoby z mojej rodziny wykładają i na państwowych uczelniach, i na prywatnych, zarobki są wysokie. Tylko chodzi mi tutaj o stawkę godzinową. Doktor ma jakoś 230h w roku, im wyższy stopień, tym godzin mniej, a pensja wyższa. Przy takiej ilości godzin rocznie można spokojnie pozwolić sobie na pracę na kilku uczelniach, tyle że chyba przy większej ilości nie ma się wszędzie umowy o pracę, tylko zlecenie. Tak czy siak, pracując na jednej uczelni, czyli mając 25/26h pracy miesięcznie, dostaje się "normalną" pensję, od 2 tys. zł w górę, oczywiście w miesiące wakacji również. Sama kwota szału nie robi, ale przy takiej ilości godzin można spokojnie pracować na kilku uczelniach, co wiele osób robi i wtedy przy wciąż dużo mniejszym nakładzie godzin niż w jednej, zwyczajnej pracy zarobki są całkiem przyzwoite, a... wykładając na zaocznych, można spokojnie pracować na jakimś innym stanowisku, w kompletnie innym miejscu.
Absolutnie się nie zgadzam. Dwie osoby z mojej rodziny wykładają i na państwowych uczelniach, i na prywatnych, zarobki są wysokie. Tylko chodzi mi tutaj o stawkę godzinową. Doktor ma jakoś 230h w roku, im wyższy stopień, tym godzin mniej, a pensja wyższa. Przy takiej ilości godzin rocznie można spokojnie pozwolić sobie na pracę na kilku uczelniach, tyle że chyba przy większej ilości nie ma się wszędzie umowy o pracę, tylko zlecenie. Tak czy siak, pracując na jednej uczelni, czyli mając 25/26h pracy miesięcznie, dostaje się "normalną" pensję, od 2 tys. zł w górę, oczywiście w miesiące wakacji również. Sama kwota szału nie robi, ale przy takiej ilości godzin można spokojnie pracować na kilku uczelniach, co wiele osób robi i wtedy przy wciąż dużo mniejszym nakładzie godzin niż w jednej, zwyczajnej pracy zarobki są całkiem przyzwoite, a... wykładając na zaocznych, można spokojnie pracować na jakimś innym stanowisku, w kompletnie innym miejscu.
Wybacz Eileen, ale mylisz pojęcia. Ja mówię o pracownikach NAUKOWYCH czyli osobach pracujących na uczelni: uczących studentów i jednocześnie pracujących naukowo.
Jeżeli ktoś pracę na uczelni sprowadza tylko do nauczania, to rzeczywiście przy stosunkowo niewielkim pensum godzinowym, może pracować w wielu miejscach i dobrze zarobić.
Jeżeli ktoś jednak chce pracować naukowo to NIE MA czasu na dorabianie sobie w innych miejscach.
To o czym piszesz, nie ma z pracą naukową nic wspólnego.
Przy okazji: "gołe" pensje pracowników z różnymi stopniami naukowymi wiele się nie różnią.
Tak, kwota np. 2,5 tys. dla pracownika naukowego czy nieco więcej, nie tylko szału nie robi, ale jest wręcz śmiesznie niska.
To samo miałam napisać, ale mnie ubiegłaś
. Pracownik naukowy uczelni, to nie jest to samo co nauczyciel akademicki - nie mylmy pojęć.
A przepraszam, nie ogarnęłam. ![]()
"Przy okazji: "gołe" pensje pracowników z różnymi stopniami naukowymi wiele się nie różnią"
Hm, kilka lat temu pomiędzy magistrem a doktorem, tyle że na uczelni prywatnej akurat, było to około 40 zł na godzinę. Co do uczelni państwowych - stawka trochę się zwiększa, ale przede wszystkim zmniejsza się ilość godzin, co też jest korzystne przecież. Mi by odpowiadał taki los
.
Dla szkół wyższych otwieranie coraz to nowszych i dziwniejszych kierunków jest opłacalne, ale czy dla samych studentów też?
Patrz wyżej, a ponadto:
Jako ogólna tendencja pewnie okaże się to niekorzystne, zwłaszcza jeżeli będą to durne kierunki.
W ogóle jestem zdania że idealna dla studenta byłaby sytuacja gdyby studia wyglądały tak jak w Akademii Platona, gdzie program i przebieg studiów zależał od zainteresować i predyspozycji studenta oraz kadry. Arystoteles np. studiował 20 lat.
Oczywiście nie ma to związku z rynkiem pracy, ale też mogłoby się okazać korzystne, bo np. zdolny student inżynierii mógłby w 3 lata zdobyć tytuł inżyniera magistra.
pomiędzy magistrem a doktorem, tyle że na uczelni prywatnej akurat, było to około 40 zł na godzinę.
Co do uczelni państwowych - stawka trochę się zwiększa, ale przede wszystkim zmniejsza się ilość godzin, co też jest korzystne przecież.
Mi by odpowiadał taki los
.
1.Różnica 40 zł za godzinę jest jest śmiesznie niska.
2. Nie wiem gdzie zmniejsza się ilość godzin. W tych uczelniach i na tych kierunkach, o których ja mam wiedzę, pensum jest duże i wcale się nie zmniejsza.
3. Bo nie masz rodziny na utrzymaniu ![]()
Wyczytałam ostatnio coś na temat studiów w Stanach i stwierdzam, że tam mają jeszcze "lepiej". Tamtejsze Uniwersytety oferują takie kursy i kierunki studiów jak nauka youtube (o tym jak youtube wpływa na społeczeństwo), nauka o telenowelach, nauka o śmieciach (można dowiedzieć się dlaczego śmieci śmierdzą i w jaki sposób się rozkładają), tajemnice superbohaterów (zgłębia się tam tajemnice fizyki), nauka o Harrym Poterze (badają prawdopodobieństwo wystąpienia zjawisk w rzeczywistości) i inne. Myślę, że są to może specjalizacje i dodatkowe kursy, a nie kierunki, po których dostaje się dyplom. Ale kto ich tam wie!
Studia na prywatnej uczelni nie są już dzisiaj gorsze od państwowych. Tak naprawdę to poziom szkół publicznych spada... Dlatego ja zdecydowałam się studiować na prywatnej uczelni (SWSZ Katowice). Nawet jeżeli płacę, to wiem za co i wydaje mi się, że prywatne uczelnie lepiej dbają o swoich studentów - są dla nich przecież źródłem zarobków
Także wyższy poziom nauczania, lepsza kadra, fach w ręku - na to warto postawić. I nie mówię tu o dziwnych kierunkach, wymyślanych na siłę i dyktowanych trendami, tylko o tych dostosowanych do aktualnych potrzeb na rynku. Prywatne uczelnie zwracają na to uwagę. ![]()
Prawda jest taka, że nie liczy się nazwa takiego kierunku czy "dziwność", ale program - przedmioty, specjalizacje, liczba zajęć praktycznych. Niestety aktualnie coraz więcej osób idzie na dany kierunek "bo się fajnie nazywa" i "wydaje się nowoczesny"
Prawda jest taka, że nie liczy się nazwa takiego kierunku czy "dziwność", ale program - przedmioty, specjalizacje, liczba zajęć praktycznych. Niestety aktualnie coraz więcej osób idzie na dany kierunek "bo się fajnie nazywa" i "wydaje się nowoczesny"
A np taki kierunek jak filmologia? Nawet jakby miał super interesujące specjalizacje, to przecież po takim kierunku "wybijają" się tylko najlepsi, którzy mają doświadczenie i interesują się krytyką filmową itd. "Normalnej" pracy po tym nie ma. Taki przykład tylko, żeby pokazać, że większość z tych nowoczesnych przedmiotów o interesującej nazwie jest po prostu nieprzyszłościowa...