Witam,
Ostatnio (a właściwie od 6 miesięcy) bardzo cierpię. Byłam z chłopakiem przez 6 lat, mieszkaliśmy ze sobą podczas studiów, raz było lepiej a raz gorzej. Swoim zachowaniem sprawiał, że bardzo często czułam się niedoceniona i w związku z tym zamknęłam się na ludzi. On nie lubił wychodzić, więc ja też przestałam walczyć i zaszyłam się w 4 ścianach. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, było to dla mnie dość nudne, ale bardzo go kochałam. Dzisiaj wiem, że toksyczną miłością. Chciałam po prostu wierzyć, że to jest to. Z racji tego, że nie czułam się dowartościowana, każdy jego większe zainteresowanie płcią przeciwną było dla mnie katorgą. Często mówił, że mnie kocha (powtarzał to jak papuga), ale ogólnie mówił bardzo mało, więc nie wiedziałam co w nim siedzi, choć niejednokrotnie próbowałam z nim rozmawiać. Wiele razy chciałam go zostawić, ale on zawsze potrafił mnie przekonać, żebym tego nie robiła,że on nie może beze mnie żyć i nie wyobraża sobie tego - ulegałam więc. MyśleliśMY o zaręczynach, rodzice się poznali. No i w bardzo szybkim czasie coś dziwnego zaczęło się dziać. Mówił o tym, że się zminił, że gdyby się chciał oświadczyć to zrobiłby to już dawno temu. Dodam,że zostawił mnie smsem. Bardzo szybko okazało się też, że ma kogoś innego. Powiedzcie mi.. jak długo jeszcze będę budzić się rano i myśleć o tym, że go nie ma i nie będzie w moim życiu - dodam, że spotkałam go jakiś czas temu i płakał, ale faceci tak pewnie mają. Nie chcę się użalać nad sobą, bo to nie o to chodzi. Jeśli macie jakieś ekstra rady, jak sobie radzić z podobnymi smutkami, to będę wdzięczna! ![]()