Witajcie, długo mnie nie było, ale teraz poszukuję jakiejś obiektywnej opinii, bo się wykończę..
Cały czas nikogo na horyzoncie nie było a nagle jestem rozdarta między dwoma facetami..
Poznałam mniej więcej w podobnym czasie dwóch facetów, jeden od mojej przyjaciółki z roku, a z drugim poznała mnie moja koleżanka, bo to jej przyjaciel (D.) i cały czas mówiła, że na pewno się dogadamy. Problem w tym, że faktycznie - dogaduję się z nim, mamy podobne poglądy, fajnie nam się rozmawia - ale zanim on zaczął więcej do mnie pisać i proponować spotkania nawiązałam większy kontakt z tym pierwszym.. Tylko, że on z kolei to moje troche przeciwieństwo, z rodziny alkoholików (jestem jakoś uwrażliwiona na to, całe życie słyszałam że to jest czerwona lampka i jakoś tak mam wbite do głowy) plus do tego właśnie często pije, miał doświadczenia (małe, bo małe ale zawsze) z narkotykami itp.. Ale równocześnie bardzo dużo rozmawiamy i bardzo lubię z nim rozmawiać.. I mnie zaczęło do niego ciągnąć, tylko cały czas mówiłam sobie, że przetrzymam to na stopie "przyjacielskiej".. A ostatnio wyszło w rozmowie, że on jednak czuje do mnie coś więcej, ale widzi, zę układa mi się z D. i nie chce sobie robić nadziei, więc chce troche ograniczyc kontakt.. A mnie to jakoś stasznie boli i brakuje mi rozmów i spotkań z nim.. No jednak równocześnie nie wiem, czy sama sobie czegoś nie wmawiam, no i jednak - tak czysto z racjonalnego punktu widzenia - to bardziej widzę siebie z D., ale no właśnie - póki co nie ma niczego więcej z mojej strony, ale nie wiem czy się nie pojawi, gdy więcej czasu się bedziemy widzieć na wakacje..
Ja mam złe doświadczenia z dawaniem ponieść się emocjom, bo one są zludne i najczęściej tego żałowałam, dlatego teraz tak próbuje spokojniej i troche racjonalniej patrzeć na to...
To jest strasznie zagmatwane, bo zakresliłam mniej więcej tylko sytuacje.. Powiedzcie, co o tym myslicie...