Witam drogie panie z gory przepraszam za maly chaos ktory zapanuje w moim opisie ale nigdy nie wylewalem swoich zali na takim forum...
Napisze w skrocie o co chodzi. Bylem z moja kobieta 4lata z czego od 1,5roku jestesmy zareczeni ona 29lat ja 27lat...na poczatku wszystko pieknie wielka milosc itp...Z czasem zaczelismy sie troche od siebie oddalac, po drodze bylo wiele spiec szczegolnie z mojej strony, okazywalem brak szacunku jak wyzywanie, klotnie o nic, zaczalem poswiecac jej mniej czasu, myslalem w wiekszosci tylko o sobie i moich potrzebach, nie wspieralem jej w trudnych dla niej chwilach, gdy chciala abym wyszedl z nia do jej znajomych zawsze mialem jakas wymowke zeby nie isc itp. Ale myslalem ze jak to w zwiazku trzeba sie dotrzec...2 miesiace temu miala urodziny i pojechala ze znajoma na wczasy po powrocie stwierdzila ze ona juz tak nie chce zyc, w takim stersie, ze ja zmeczylem psychicznie i nie wie co do mnie czuje
powiedziala ze potrzebuje przerwy, czasu aby sobie wszystko przemyslec, poukladac i ja tak mysle sprawdzic czy mnie kocha czy nie...W momencie kiedy byla na urlopie duzo siedzialem i myslalem o nas, o tym jak ten zwiazek wyglada i doszedlem do wniosku ze naprawde ja bardzo mocno kocham i ze chce sie zmienic poprawic i zrobic tak jak bylo na poczatku, aczkolwiek nie zdazylem...
Po tym jak oznajmila mi ze potrzebuje przerwy i chce sie wyprowadzic, mieszkalismy jeszcze ze soba 1,5miesiaca, stawalem na rzesach aby pokazac jej ze ja kocham i ze chce zeby wszystko bylo aczkolwiek na nic moje starania gdyz i tak tydzien temu sie wyprowadzila, probowalem z nia rozmawiac, zadawac pytania typu czy jest jeszcze szansa? czy nie przekresla tego zwiazku? itp to ona na to ze w sumie nie ale ze nie wie co czuje ze nie chce rozmawiac bo ja zmeczona psychicznie i zestresowana....w sumie moja wina gdyz przez ten miesiac jak mieszkalismy razem prosila mnie abym nie naciskal i nie pytal za duzo, ale ja nie potrafilem sie powstrzymac i zawsze jakos staralem sie rozmawiac o tym...Za kazdym razem konczylo sie tym ze mowila mi z potrzebuje czasu ze mam jej pozwolic zatesknic, ze ona tyle razy wyciagala do mnie reke a ja zawsze to odrzucalem, ze przez tak jak ja traktowalem ze to odbieralem kawalek milosci do mnie i ze ona nie jest w stanie na chwile obecna uwierzyc we mnie w to ze moge sie zmienic tak szybko jak miesiac bo zawsze jak bylo zle to sie zmienialem na chwile i pozniej wracal stary ja...tylko ze tym razem po tym jak zobacyzlem jak ona cierpiala wewn i po tym co zaszlo teraz, naprawde chce sie zmienic gdyz ona jest moja kobieta zycia...chce jej udowodnic ze moge byc takim facetem jakim chce zeby byl i dac jej szczescie i milosc na jaka zasluguje...tylko boje sie ze ona juz nie chce...:((
Dlatego drogie panie powiedzcie mi co ja mam teraz poczac??
Naprawde zalezy mi na mojej narzeczonej, naprawde chce sie zmienic dla niej i jej udowodnic ze moze byc dobrze, chce jej pokazac jak bardzo ja kocham i jak mi na niej zalezy ale nie wiem kiedy jej nie ma w poblizu ![]()
Nie wiem co mam myslec, nie moge spac przez ta sytuacje, ciagle chodze zestresowany, siedze i mysle, rozkminiam ze moze kogos poznala ze moze mnie sprawdza jak dlugo wytrzymam itp Daje sobie nadzieje tym ze pierscionka nie oddala na fb dalej jest ze jestesmy zareczeni, nie zabrala wszystkich rzeczy, tylko ze ja nie wiem czy to moje takie tlumaczenie i dawanie sobie nadzieji czy poprostu ona czeka az sie oswoimi z tym ze nas nie ma
( Mysle czy ona poprostu chce zobaczyc czy moze zyc beze mnie i byc szczesliwa wtedy to zakonczy, a jak sie jej nie powiedzie to wtedy wroci czy naprawde tak jest jak mowi ze cos tam sie wypalilo i ze nie jest narazie uwierzyc ze sie zmienilem i ze potrzbuje czasu na to wszystko...:((
Prosze pomozcie mi dorgie bo nie wiem jak mam to rozumiec, nie chce pogorszyc sytuacji przez naciskanie jej, ciagle dzwonienie i szukanie kontaktu ale naprawde nie potrafie...boje sie ze nie dostane tej ostatniej szansy aby pokazac jej ze sie zmienilem, ze nie bedzie w stanie uwierzyc w nas, a ja wiem ze naprawde sie zmienilem i ze chce odbudowac ta milosc gdyz przez to do czego doszlo otworzyly mi sie oczy...wiem ze duzo pan powie czemu wy faceci zawsze musicie cos spierzyc a potem sie dopiero budzicie, no ale coz tak jest i nie cofne czasu...aczkolwiek prosilbym o rady z wlasnego doswiadczenia jak mam udownic jej ze bedzie dobrze, odzyskac jej zaufanie i rozpalic na nowa ta milosc w jaki sposob mam podejsc do tego
Dziekuje i pozdrawiam
ps. jeszcze raz sorry za taki chaos w moim temacie