Witam,
nie mam komu to chociaż tu się wyżalę. Może ktoś przeczyta i choć pomyśli o mnie ze współczuciem i zrozumieniem. Znalazłam się w chorej sytuacji. Znamy się z moim narzeczonym od ok. 5 lat. razem mieszkamy 3,5. Mieszkamy u jego rodziny tj. matki, jest jeszcze brat stary kawaler (41 lat) i siostra trochę niepełnosprawna umysłowo (38 lat). Przeprowadziłam się do niego i tu znalazłam pracę, całkiem niezłą. Narzeczony po zawodówce ale mnie to nie przeszkadza, bo on jest inteligentny a ja nie oceniam ludzi po wykształceniu tylko napisałam to dla zobrazowania sytuacji. Na początku byłam trochę zaślepiona i przymknęłam oko na to, że zamieszkaliśmy w jednym pokoju do którego wchodzi się przez wspólną pokojo-kuchnio-sypialnię. Dom to taka stara rudera ale ja myślałam, że razem możemy wszystko, że wynajmiemy, że dobudujemy coś. Jesteśmy w podobnym wieku ok. 35 lat. Dobudowaliśmy to znaczy on dobudował kuchnię i łazienkę. Tylko, że nie może tego skończyć choć zostało już naprawdę niewiele. W między czasie stracił pracę i potem tylko jakieś dorywcze łapał. Ja finansowo nie angażuje się w to dlatego, że tu nic do mnie nie należy i teraz to widzę, że to miejsce nie dla mnie duszę się tu. Narzeczony ma problem z alkoholem właśnie w tej chwili śpi po relanium bo ma ciąg alkoholowy. A ja nie wiem co jeszcze tu robię!!! Boże chcę stąd uciec. On niby jest dla mnie dobry ale jest tak uparty, że się go boję. Nigdy nie zrobił mi krzywdy ale boję się jego stanów po alkoholowych. To jest jeden problem. Drugi to jego rodzinka. Oni oceniają mnie według siebie. Podczas naszej nieobecności wchodzą a najczęściej jego matka do naszego pokoju i grzebią gdzie się da, kradną drzewo które mamy kupione przeze mnie do kominka, wyzywają mnie i pilnują!! Jak wchodzę do wspólnej kuchni to zaraz ktoś w niej jest i mnie obserwuje. Albo brat albo siostra albo matka tylko wymieniają się znaczącymi spojrzeniami, a ja to przecież widzę. jak wyjeżdża gdzieś matka to najpierw siostra od matki dostaje instrukcję gdzie co ma pochować w sensie papiery, kartę itd. Jak ja bym coś kiedyś ukradła! Jak mówię o tym narzeczonemu to on nie wierzy - bo mamunia jest przecież święta. Jak są jakieś kłótnie między nami to właśnie z winy jego rodziny. Ja nigdy na nikogo nie powiedziałam złego słowa tylko się mu skarżę co oni mi robią a on mówi, że to nie prawda. On wierzy matce. A ja przecież słyszę ich wyzwanie, jakiego używają słownictwa w rozmowach o mnie - wstyd przytaczać. Oni sobie wymyślili, że ja będę się nimi wszystkimi opiekować w sensie prać, sprzątać gotować a oni będą siedzieć. Czasami to chce mi się na to wszystko zwymiotować .... Na ten cały bałagan, brud i ich lenistwo. To tacy ludzie jakby pierwotni stworzeni tylko do jedzenia, oglądania telewizji i spania. Chcę stąd uciec ale nie wiem jak. Kocham go ale nie mogę go stąd wyrwać. On ma jakąś chorą relację z matką. Tylko mamunia i mamunia. Wszystko jej opowiada. Mówiłam mu tyle razy, że ja chcę mieć rodzinę ale z nim swoją własną i żyć swoim, naszym życiem. A tu jest jego rodzina oni maja swoje sprawy a ja z boku. Ale on twierdzi, że nie stać go na to żeby stąd pójść i nie pójdzie. Ale to tylko wymówka bo przecież zawsze można coś wynająć byle by być na swoim i ze sobą. Czy ja się mylę?
Zawsze jak zaczyna pić nie jest to co prawda często ale kilka razy do roku się zdarza, to ja go zawsze wyciągam. Kupuję piwo, leki. Dziś załatwiłam zwolnienie lekarskie żeby nie wyrzucili go z pracy. To jedyny facet z którym stworzyłam związek, kocham go ale wysiadam psychicznie. Mogłabym stąd pójść i coś wynająć ale on za mną nie pójdzie, zostanie z mamunią. A ja znowu zostanę sama w obcych stronach z dala od rodziny. Mogłabym wrócić do domu ale tam nie mam pracy.
Wiem, że to wszystko bardzo chaotycznie opisałam, ale jest mi się coraz trudniej skupić i za dużo tego jest.
Jeszcze dodam, że to nie są moje wymysły, że oni mnie obgadują, wyzywają bo ja sobie trochę takich rozmówek nagrałam. Ja naprawdę jestem osobą niekłótliwą, utrzymuję porządek u siebie i u nich jak coś robię to wszystko sprzątam. Staram się jak najmniej przebywać u nich żeby się nie narzucać ale to i tak nic nie daje powód do obgadania zawsze się znajdzie. Nawet mój powrót z pracy jest opatrzony komentarzem " o już tamta zjechała, ju z tu będzie chodzić"
Piszę to i ogarnia mnie coraz większa beznadzieja...