Jeszcze 9 miesięcy temu miałam narzeczonego z którym byliśmy ponad 6 lat parą, miałam prace w której pracowałam 4 lata i kończyłam studia które trwały 5 lat.
Wszystko runęło krok po kroku...
Najpierw rozstałam się z narzeczonym. Ból i tęsknota bo nie był to odpowiedni człowiek, trzeba było to skończyć.
Dałam sobie radę.
Dwa miesiące później odeszłam z pracy bo rujnowała mi zdrowie i musiałam odejść.
Było gorzej ale czekałam do skończenia studiów bo zaczęło robić się gorąco przed obroną.
Skończyłam studia. Na początku wielka radość a potem pustka.
Między czasie poznałam fajnego faceta który rozstał się z żoną. Wszystko było fajnie i ładnie do momentu gdy zaczęłam dopytywać o rozwód bo chciałam być w jasnej sytuacji. Obraził się śmiertelnie bo przecież mu nie ufam i się skończyło (rzeczywiście, będę żyła w niepewności bo trzeba sobie ufać- tak jakby małżeństwo to była impreza na którą się faceta puści lub nie).
Straciłam chęć do życia.
Tęsknię za partnerem, za pracą, za uczelnią, za chęcią posiadania dziecka. Nie widze celu w moim życiu ani sensu. Nie mogę się skupić się na niczym. Kiedyś starałam się brać w kupę, wychodzić do ludzi, na siłownie a teraz kiedy "znowu w życiu mi nie wyszło" i jest ta pustka nawet nie wstaje z łóżka za bardzo. Nic mnie nie cieszy i nikt nie jest w stanie mnie rozśmieszyć.
Nie potrafię zbudować mojego życia na nowo, zabrakło mi sił, czuje obojętność...