Mam takie pytanie, głównie do kobiet.
Zastanawia mnie takie zjawisko... takiej pewnej niedostępności i trzymania dystansu przez kobiety, które poznaję.
Mianowicie zauważyłem jakąś taką dla mnie osobiście przykrą tendencję do tego, że dziewczyny, które poznaję trzymają mnie na dystans. W sumie to ciężko to nawet nazwać dystansem, bo dla mnie osobiście to wygląda jak rzucanie kłód pod nogi.
Ja gdy poznaję ludzi to staram się być człowiekiem otwartym, gdy do mnie ktoś zagada to poświęcam mu uwagę, zainteresowanie. Natomiast gdy ja podchodzę do dziewczyny to takie odnoszę wrażenie jakbym był tam niepożądany.
Chodzi o to, że denerwuje mnie taka sytuacja, kiedy całą znajomość ciągnę tylko i wyłącznie ja. Jak przestane się odzywać to zapadnie cisza. Bo druga strona jakby NIGDY dosłownie nie wyraża jakiejś takiej chęci do rozmowy. Zadawałem się z różnymi dziewczynami, były to znajomości zarówno realne, jak i internetowe i schemat był zawsze ten sam. Jeśli ja nie wykazywałem inicjatywy to nikt jej nie wykazywał.
Kiedyś poznałem taką dziewczynę, internetowa znajomość, ale mieszkała naprawdę blisko i chcieliśmy się jak najszybciej spotkać. I tak w sumie dobrze nam się rozmawiało, ale tak znowu czułem, że ja to ciągnę. Mieliśmy już prawie dograne spotkanie, pozostała kwestia dnia tylko, konkretnie dwa dni były do wyboru i już mieliśmy to ustalić. Ale tak mnie coś tknęło i przestałem się odzywać. Mija 3 miesiąc od tego momentu, a ona nawet nie spytała, czy żyję, nosz przecież mogło mi się na chłopski rozum coś stać, no ktoś kto były zainteresowany to by chociaż zadał głupie pytanie "co z Tobą?" "gdzie jesteś" ... nic zero.
I tak w sumie jest zawsze, że każdą znajomość to ciągnę ja, ja okazuje zainteresowanie, zaangażowanie, podchodzę do znajomości entuzjastycznie, jestem zawsze chętny do poznania drugiej osoby... ale brak sygnały zwrotnego. Za każdym, dosłownie KAŻDYM razem.
Mnie to zadziwia generalnie, bo tak jak wspomniałem ja jestem takim facetem, do którego jakby podeszła dziewczyna to z uśmiechem na twarzy okazałby jej zainteresowanie, już pal licho czy byłaby w moim typie, ale okazałbym jej zainteresowanie choćby jako nowa znajomość, no podeszła do mnie dziewczyna, zagadała, to okażę jej należyte zainteresowanie, żeby nie poczuła się olana. I mam wrażenie, że z tą cechą jestem jakimś wybitnym wyjątkiem w społeczeństwie, naprawdę.
Bo ilekroć ja zagadam do dziewczyny to czuję się jakby mi rzucano kłody pod nogi, kazano mi stawać na rzęsach. Kiedy do mnie podeszłaby dziewczyna zainteresowana mną to robiłbym wszystko, aby jej zadanie ułatwić, a nie utrudniać. Natomiast kiedy ja próbuję poznać bliżej dziewczynę to odnoszę wrażenie jakby mi autentycznie rzucano kłody pod nogi w postaci coraz to wyższego stawiania poprzeczki. No i ten brak zainteresowania... ja wysyłam smsa, dostaję odpowiedź... i cisza. Ze strony dziewczyn dostać prostego smsa "Co u Ciebie" "Jak Ci minął dzień" no abstrakcja po prostu, zero zainteresowania, chęci rozwinięcia znajomości, taki dystans, wręcz miejscami niezdrowy. Nawet podczas rozmowy... dyskusja trwa, ale znowu ciągnę ja... jak ja nie podtrzymam rozmowy to nikt tego nie zrobi, cały czas muszę wynajdywać tematy do rozmów, bo dziewczyna... najprościej mówiąc nigdy nie jest specjalnie zainteresowana.
I w sumie zrozumiałbym jakby chodziło o kilka dziewczyn, no może po prostu pech, ale z pełną szczerością mówię, że tak jest ze wszystkimi, DOSŁOWNIE.
Nie wiem na czym to polega, dlaczego tak się dzieje, że każdą znajomość muszę ciągnąć ja, a dziewczyna nigdy nie wykazuje nawet minimum chęci.
Pytam was dziewczyny, jak to wygląda z waszej perspektywy, czy jak do was podchodzi facet i widać, że jest zainteresowany znajomością to też zachowujecie się w taki niedostępny sposób? Z czego to wynika?
Ostatnio poznałem kolejną dziewczynę i mechanizm znowu jest ten sam, z jej strony ZERO inicjatywy, jakbym któregoś dnia zniknął bez słowa to by dziewczyna nawet nie zauważyła. Skąd to się bierze?