Hej,
mój problem może wydawać się niespecjalnie poważny. Moje otoczenie uważa, że powinnam sobie z nim doskonale poradzić samodzielnie, ale chyba nie potrafię (co pewnie niezbyt dobrze o mnie świadczy...). Zaczęłam drugie studia, kończę pierwsze. Na pierwszych - jestem, obiektywnie rzecz biorąc, dobrą studentką. Średnia nigdy nie spadła mi poniżej 4.8, zbierałam różne wyróżnienia, planuję karierę naukową. Pracowałam dużo i widziałam efekty. Doskonale. Drugie studia to studia językowe. Kosztują mnie dużo więcej, ale też raczej sobie radzę. Jedynym problemem są zajęcia z wymowy. Nie da się na nie "nauczyć", nie ma określonego materiału, nie ma też jakichś sprecyzowanych kryteriów oceny. Ma brzmieć i już. No i nie brzmi. Od początku roku mam z tymi zajęciami problemy. Ćwiczę, nie ćwiczę, bardziej ćwiczę - źle i już. Skończyło się na tym, że nie zaliczyłam ostatnio prezentacji, nad którą pracowałam dwa tygodnie. Jestem załamana. Brzmi głupio i zwyczajnie - kto nie dostał kiedyś dwói na studiach (ja nie - to była moja pierwsza, a pracowałam jak szalona, żeby jej uniknąć), ale doprowadziło mnie to do stanu, którego się wstydzę i z którym muszę coś zrobić, żeby normalnie funkcjonować. Boli mnie żołądek na samą myśl o tych zajęciach (2 razy w tygodniu), na myśl o zabraniu na nich głosu (nieuniknione), chce mi się płakać, nie umiem już powiedzieć najprostszej rzeczy. Przestałam się też odzywać na innych ćwiczeniach - nie chcąc się taką wymową dodatkowo kompromitować. Moje pierwsze studia też na tym cierpią - pracuję nad magisterką i cały czas myślę, że mam kłopoty z zaliczeniem głupiego przedmiotu... Czuję się z tym fatalnie, szczególnie że na roku są sporo młodsi studenci, którzy jakoś dużo lepiej radzą sobie ze stresem. Zawsze miałam blokadę jeśli chodzi o mówienie w obcych językach, chciałam się na tych studiach przełamać, okazało się, że sobie zafundowałam jeszcze większą. W czerwcu mam zdawać egzamin, na którym wymowa będzie oceniana. Na samą myśl wpadam w taką panikę, że mam wrażenie, że cofnęłam się do podstawówki. Nie mam pomysłu co z tym zrobić. Dodatkowo - rodzina i otoczenie okazują nieustanne uprzejme zdziwienie, że coś mi się nie udaje, ewentualnie prawią morały, że to ten moment, kiedy uświadomię sobie, że nie we wszystkim można być dobrym. Pewnie mają rację, ale to nie bardzo pomaga. Trochę się boję, jak zareagują przyzwyczajeni do tego, że można się mną chwalić Rodzice i Dziadkowie, kiedy obleję egzamin. A znajomi na pewno będą się ogromnie dziwili, co, uwierzcie, w takich przypadkach naprawdę potrafi człowieka wykończyć. Czuję się bezradna i mam wrażenie, że innym dość trudno mnie zrozumieć. Bardzo proszę o pomoc.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie,
r.