Witam!
Postanowiłam napisać tutaj, bo kompletnie sobie nie radzę. Może któraś miała podobnie?
Mam 21 lat. Byłam z chłopakiem 3 lata. Do czwartku. Byliśmy zaręczeni od 8 miesięcy. Mieszkaliśmy razem od początku grudnia.
Nie widzieliśmy świata poza sobą. Zmieniłam go bardzo - kiedyś nie był w stanie wytrwać w związku, to ja byłam pierwszą, którą szczerze pokochał, z którą chciał być. Powtarzał, że jestem jego jedyną i mimo młodego wieku wie, że to ze mną chce być. Oświadczył mi się na wspólnych wakacjach. Mówił, że zostanę jego żoną, matką jego dzieci. Był bardzo szczęśliwy. Nie mogłam na nic narzekać.
Na początku grudnia wprowadził się do mnie. Zaryzykował zerwaniem kontaktu z matką, która histerycznie przeżyła utratę syna z domu. Namawiała nas nawet żebyśmy z nią mieszkali, ale my chcieliśmy sami, jak na dorosłych ludzi przystało. Nie miał z matką kontaktu, była obrażona. Miał tylko mnie, nikogo innego już z rodziny. Na początku wszystko wydawało się bajeczne. Wspólne poranki, wszystkie noce, wspólne gotowanie, zakupy. Nie raz wracałam z pracy i czekały na mnie kwiaty, obiad. Jednak szybko zaczęło się psuć. Nie pamiętam kiedy konkretnie, luty / marzec. Może już w styczniu. Po prostu zgubiła nas codzienność i ta pewność, że skoro mieszkamy razem to już tak będzie. Wkradła się rutyna. Nie wychodziliśmy nigdzie razem. Byliśmy zagonieni pracą, aby się utrzymać i dawać radę. Wracaliśmy z pracy i schemat był taki sam - leżenie przed telewizorem / komputerem, jakiś film albo serial. Zaczęły się kłótnie dosłownie o wszystko i tak naprawdę o nic. O porozrzucane ciuchy, nie pozmywane naczynia, nie zrobienie zakupów. Czasami już drażniło nas wszystko. Miałam sporo innych problemów na głowie. Studia, problemy w pracy, brak kasy, później zmiana pracy, która całkowicie pochłonęła moje myśli ponieważ bardzo się nią stresowałam. To wszystko przełożyło się na seks. Nigdy nie miałam ochoty. Kochaliśmy się coraz rzadziej, czasami raz na 2 tygodnie. Potrzebowałam wtedy jego bliskości, ale nie takiej. Rozmawialiśmy o tym i starał się okazywać mi czułość, bliskość, nie mając na myśli seksu. Ale i to nie pomagało. Nie raz się o to kłóciliśmy, w końcu on też miał swoje potrzeby. Ja non stop byłam spięta, rozdrażniona, zmęczona. I tak z dnia na dzień się psuło.
Tydzień temu w piątek postanowiliśmy wyjść gdzieś razem w końcu. Ja się odstresowałam po pracy, spędziliśmy miło czas w kinie. Na następny dzień rano wyjechał na mecz, bo jest zaciętym kibicem. Ja umówiłam się z przyjaciółką, chciałam odreagować ostatnie stresujące dni. Wiedziałam, że wróci w nocy, a że mamy (mieliśmy!) kawalerkę, zapytałam czy może u nas nocować. Zgodził się. W między czasie spotkałyśmy znajomych, impreza skończyła się późno w nocy, wróciłam do domu z przyjaciółką i kolegą, który był widocznie zainteresowany nią. Przebudziłam się nad ranem, gdy wrócił On. Był wściekły, że kolega u nas nocował. Może faktycznie popełniłam błąd nie zawiadamiając go o tym, ale przecież nie miałam nic na sumieniu. W niedzielę było w miarę ok, chociaż nie był specjalnie w humorze. W poniedziałek zadzwonił po pracy, że jedzie do znajomych. Zadzwoniłam późnym wieczorem powiedział, że nie wróci na noc, bo nie ma ochoty i że chce odreagować. Wrócił we wtorek z samego rana. To, że był u znajomych jest pewne. We wtorek już nawet nie leżał obok mnie, nie przytulał, nie rozmawiał. Pisał z kimś smsy. W środę wyszedł spotkać się z kolegą. Po powrocie powiedział, że podjął decyzję i odchodzi. Że coś się wypaliło, że nie ma już siły szarpać się, kłócić i walczyć ze sobą. Że już nie chce tego naprawiać i że coś w nim pękło. Ze środy na czwartek - świadomość, że ostatnią noc śpi obok mnie wprawiała mnie w przerażenie - gdy spytałam kto napisał smsa, powiedział, że dziewczyna, którą poznał na meczu w sobotę. W czwartek gdy byłam w pracy powiedział mi, że spotkał się z kolegą - później wydało się, że go tam nie było. Zadzwoniłam do jego przyjaciela. Spotkali się tego dnia wieczorem. Chciał mu przemówić do rozsądku, żeby nie popełniał takiej głupoty, nie zostawiał mnie, bo będzie żałował. On był wyjątkowo uparty, jak nigdy - zawsze był dość wpływowy, ale nie tym razem. Gadał jak zahipnotyzowany o wypaleniu, że on nie chce, że coś pękło, etc... Wrócił do domu, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i... odszedł. Wrócił do mamy.
Jeszcze gdy odchodził próbowałam walczyć. Nie chciałam pozwolić mu odejść. Gadałam, że nie wszystko stracone, że możemy wszystko odbudować, starać się - co on, że nie chce. Że brak seksu też sprawił, że się od siebie bardzo oddaliliśmy. On próbował to komunikować, ale ja nie zauważałam. Nie w porę. Mam teraz olbrzymie poczucie winy. Gdy wyszedł, nawet nie płakałam. Byłam w szoku. Jak to go nagle nie ma? Reszta rzeczy jest, może wróci... Ale od piątku jest coraz gorzej. Myślę o nim cały czas. Tęsknię strasznie. Mam ogromną nadzieję, że zatęskni, wróci. Nie chcę nawet przyjąć do wiadomości, że będzie inaczej. Płaczę cały czas. A on od czwartku milczy. I ja też, bo łudzę się, że zatęskni. Nie chcę go nękać smsami, może to mu otworzy oczy jak zauważy brak mojej jakiejkolwiek obecności na co dzień. Jego rzeczy dalej u mnie są. Ma je odebrać, ale nie wiem kiedy, bo się nie odzywa. Dzisiaj przez telefon rozmawiała z nim moja koleżanka - dziewczyna jego przyjaciela. Zapytała kiedy odbierze rzeczy - odpowiedział, że może dzisiaj, może jutro... Zapytała czy wróci - odpowiedział, że raczej nie. Cholernie boli to, że on normalnie funkcjonuje, a ja rozpadłam się na milion kawałków. Płaczę, patrzę w ścianę, nie mam ochoty na nic. Cały świat wywrócił się do góry nogami. Był dla mnie najważniejszą osobą na świecie. I nagle go nie ma. Zostałam sama w czterech ścianach, zdana tylko na siebie. Wariuję. Chciałabym żeby wrócił! Wszystko by wyglądało inaczej...
Czuję się zostawiona sama sobie z tym uczuciem, miłością, tęsknotą, wspomnieniami... On odszedł i widocznie nie żałuje. Normalnie funkcjonuje, w przeciwieństwie do mnie. Co do dziewczyny, którą opisywałam wyżej podobno nic między nimi nie ma. On chce być sam. Takie "wypalenie" wszystko przekreśla? Moim zdaniem to nie wypalenie, tylko zmęczenie, wszystko się kumulowało przez ostatni czas. Bo jak odchodził, powiedział że mnie kocha i zawsze pozostanę w jego sercu. I żebym się nie łudziła, że wróci, bo może zatęskni dzisiaj, jutro, pojutrze, ale może też nie zatęsknić...
Czekam na jego odzew. Boję się zadzwonić żeby znowu nie usłyszeć jego obojętności w głosie... ![]()