Traktuje ludzi zbyt poblazliwie, przymykam oko na wiele, wiele rzeczy, chocby mnie nie wiem jak ranily. Nie potrafie trzasnac w morde faceta, ktory probuje zlapac mnie za tylek. Nie mam odruchu wychodzenia, kiedy ktos mnie obraza, tylko traktuje to jako zarzut, ktory staram sie odeprzec w dyskusji. Nawet, kiedy sie to udaje i godze sie z ta osoba, to i tak mam pozniej wrazenie, ze mnie unika.
Kiedy mam jakies zastrzezenia , to owszem, mam ochote dowalic, ale tak raczej przez poduszke, delikatnie, zeby nie zranic. No i slowo "przepraszam" mnie paralizuje. Chocbym nie wiadomo jak sie wnerwiala, przeprosiny, nawet lakoniczne zamykaja mi dziob i choc czuje, ze sie we mnie gotuje, nie potrafie wyartykulowacdalszych zarzutow.
Zreszta w ogole nie jestem fanka zarzucania komukolwiek czegokolwiek, na nikogo sie nie obrazam, bo wiem, ze i tak wszyscy beda to mieli w tylku i na nikim moje obrazanie sie nie zrobi szczegolnego wrazenia. Co najgorsze, im dluzej sie na kogos gniewam, tym bardziej utwierdzam sie w slusznosci, ze to ja popelnilam blad i choc nie nalezaloby tej osoby od razu przepraszac i padac do kolan, mam niesmak raczej do siebie niz do niej.
W pewnych sytuacjach jest to troche meczace, nie wiem tez, czy taki styl postepowania nie jest troche naiwny, ale nie potrafie wyobrazic sobie sytuacji, w ktorej np. pijana kolezanka nawymysla mi w pubie, a ja wezme kurtke, zaplace za siebie i pojde sobie w dluga, zostawiajac ja na pastwe innych i siebie samej, wiedzac, ze na wlasnych nogach stamtad nie wyjdzie.
Nie wiem, czy nalezaloby to zmieniac ani jak to zmienic. Nie wiem, co sadzic o kopaniu w jaja facetow odnoszacych sie prostacko, darciu sie na kogos w miejscu publicznym czy powiedzeniu, ze nie chce sie kontnuowac znajomosci. Mimo, ze oczywiscie czasem mam ochote tak zareagowac, zawsze mnie cos powstrzymuje.