Witam
Znam mojego męża już trochę czasu i może niezbyt często kłamie ale jak już skłamie to nie potrafi się przyznać tylko brnie i sytuacja robi się niefajna.
Najbardziej wkurzają mnie kłamstwa przy dziecku.Odkąd córka skończyła trzy lata i miała już pojęcie o dniach tygodnia mąż zaproponował a ja się zgodziłam by ustalić jeden dzień w tygodniu na jedzenie słodyczy.Jest nim od lat niedziela.Są oczywiście odstępstwa- święta,wyjazdy czy urodziny.
Mój mąż,który bez słodyczy nie może się obejść wymyślił ostatnio "dyspensę"- jeden dodatkowy dzień w miesiącu kiedy można słodycze jeść.Ech,niezbyt mi się to podoba bo przez pierwsze dwa lata moja córka usilnie przestrzegała tej "słodkiej "niedzieli" ale odkąd zobaczyła,że tata niespecjalnie się zasady trzyma też jakby z lekka zaprzestała... to znaczy zje coś słodkiego poczęstowana.Do tego mój mąż wyznaje zasadę,że jak babcia poczęstuje ciastem to też można zjeść niezależnie od dnia tygodnia.Nawet nie pytajcie jak to tłumaczy bo mnie się po prostu chce śmiać:).
Mój mąż oczywiście udaje,że on także przestrzega tygodnia bez słodyczy.Ale często znajduję wrzucając do prania w kieszeniach jego spodni całą masę papierków po cuksach.Przedwczoraj się wkurzyłam.W kuchni na stole stała cała miseczka cukierków,których zapomniałam po niedzieli sprzątnąć.Wracamy z córką do domu(mąż przyszedł dużo wcześniej) a tu..dwa cukierki.Następnego ranka budzę męża rano bo to jego kolej by odwieźć córkę do szkoły i mówię o tym głośno,że wciął całą miskę cuksów.Na to mąż oczywiście: "Ja?? Ja nic nie jadłem! Daj mi spokój".Takie teksty do szału mnie doprowadzają bo nie cierpię jak kłamie przy córce.Moja córka też to skomentowała.Kiedy poszła się myć przypomniałam mu,żeby takich rzeczy nie robił bo ona bierze z niego przykład i już zaczyna czasem kłamać.
Ale mój mąż nie daje wiary temu,że dziecko wychowuje się przykładem.Jego rodzice wychowywali laniem albo gadaniem.Mąż oczywiście zawsze znajdzie dla siebie usprawiedliwienie.Powiedział przy córce,że ja go na dzień dobry budzę pretensjami,że on może i zjadł ale zrobił to machinalnie bo tak stały te cukierki więc to się nie liczy:)
Najchętniej dałabym spokój z tym przestrzeganiem słodkiej niedzieli ale jestem trochę w potrzasku.Moja córka genetycznie narażona jest na cukrzycę.Odkąd zaczełą przyjmować sterydy z chudzinki zrobiła się pulchna i tylko ja wiem ile kosztuje nas walka by nie była grubasem.Nie tyje więcej ale też nie chudnie.Trudno dziecko rosnące naprawdę szybko odchudzać;staram się więc stosować dietę jakiej sama przestrzegam(mam cukrzycę).
Ostatnio była sytuacja,że złapałam córkę na tym,że podjada swoje słodycze przeznaczone na niedzielę.Powiedziałam mężowi- był płacz córki,było gadanie męża.Córka postanowiła to odpokutować(uwierzycie,że sama wpadła na to by cały okres Wielkiego Postu nie jeść słodyczy a co wieczór odmawia dziesiątkę różańca??).Słodycze schowałam,żeby ją nie kusiły.
Naprawdę szlag mnie trafia na całą sytuację bo nie cierpię kłamstwa do tego przy dorastającym dziecku.
Dodam,że ja nie zawsze przestrzegam tygodnia bez słodyczy z powodu mojej choroby.Na razie udaje mi się ją tak dobrze prowadzić,że konieczność zjedzenia czegoś słodkiego zdarza się raz w tygodniu.W czasie słodkich niedziel zjadam czasem jedno ciasteczko czy żelka.
Ale moja córka wie,że słodycze mogą uratować mi życie i wie nawet gdzie w torebce je trzymam.
Chciałabym jakoś uchronić córkę przed tym,że widzi jak jej tatuś manipuluje prawdą bo kiedy zobaczy,że kłamstwo przynosi oczekiwany efekt,jest wygodniejsze niż prawda to zacznie kłamać.
Macie jakiś pomysł na to co mam powiedzieć mężowi by do niego dotarło i jak tą sprawę ostatecznie rozwiązać?