Pragnę się z wami podzielić pewną refleksją dotyczącą poszukiwań partnera.
Im jestem starsza (wkrótce kończę 22 lata) tym coraz bardziej dostrzegam u siebie, że szukam kogoś nieistniejącego. Gdy chodziłam do szkoły, zawsze powtarzałam, że marzę o wielkiej, romantycznej miłości. Że nie oddam się byle komu, byle gdzie i kiedy, byle tylko mieć to już z głowy. Chciałam fajerwerków, motyli w brzuchu i przekonania, że to jest ten jedyny.
Wraz z upływem lat zrozumiałam, że być może nie jest mi to dane i może miłość nie istnieje tak jak ją dotąd pojmowałam. I tu dochodzę do sedna problemu. Kobiety zawsze zaczytywały się w romansidłach i to nie jest nic nowego, bo już bohaterki książek Jane Austin tak miały (patrz: Elizabeth z Dumy i uprzedzenia). Potem książki zamieniły się w filmy. Nasze babcie wzdychały do hollywoodzkich aktorów i o dziwo my same kilkadziesiąt lat później też wzdychamy za takim Clarkiem Gable chociażby z Przeminęło z wiatrem. Rynek filmowy zalewają komedie romantyczne pokroju Dziennika Bridget Jones czy Notting Hill, a my dalej wierzymy, że skoro oni znaleźli miłość, to i my ją znajdziemy w końcu. I tak to się dalej toczy...
Niedawno wśród lików moich znajomych na facebooku zauważyłam tytułowy: "Disney jest odpowiedzialny za moje wysokie wymagania co do mężczyzn
" (sprawdźcie sobie, ma ponad 17 tys. polubień). Czy czegoś w tym nie ma? Od dziecka jesteśmy wychowywane, że mężczyźni to ideały. Są odważni, męscy, szarmanccy, zabiegający w zdobyciu względów u swojej ukochanej, a przede wszystkim wierni do końca życia. A potem to życie zresztą weryfikuje prawdę o nich, jak to jest w rzeczywistości. Wychodzi na to, że naprawdę Disney jest odpowiedzialny za moje skrzywienie emocjonalne, skoro od maleńkości obserwuję ładne obrazki, jaki to świat jest cudowny, a miłość kolorowa.
Ja z ręką na sercu przyznaję, jestem niepoprawną romantyczką wychowaną na Pocahontas, Dzwonniku z Notre Dame, itd. Zarówno Bridget, jak i Notting Hill, Cztery Wesela, Ps. Kocham Cię, Holiday czy To właśnie miłość oglądałam po kilkanaście razy. Gdybym miała siebie porównać do jakiejś bohaterki to jestem taką trochę emocjonalną Amelią, która może na co dzień nie wygląda, ale w relacjach damsko-męskich wypisz wymaluj. Mój przypadek jest chyba już kliniczny, bo ani żadnego związku nie mam na koncie, ani na żaden się nie zanosi. Ja nawet nie mogę powiedzieć, że byłam kiedyś w kimś naprawdę zakochana. Cały czas liczę, że spotka mnie to, co w ukochanych filmach czy książkach, ale ile lat mogę jeszcze tak żyć marzeniami?
Może ktoś na forum ma ochotę podyskutować o swoim emocjonalnym popapraniu spowodowanym uzależnieniem od romantyzmu? Z chęcią o tym z kimś pogadam, bo moi przyjaciele już nie dają ze mną rady ![]()