Witam,
Zacznę od początku,jestem z mężem prawie od 10 lat, od prawie 3 jesteśmy małżeństwem. Decyzja o ślubie była przemyślana, rzec można racjonalna. Po ślubie chcieliśmy mieć dziecko, pomimo starań nic z tego nie wychodziło,w związku zaczęło się psuć. Po serii badań okazało się,że problem jest po stronie męża. Oczywiście starałam się jak mogłam, by mąż nie odczuł swojej winy, walczyłam jak lwica. Ale zaczęło się psuć coraz bardziej, pomimo operacji mąż miał coraz gorsze wyniki.
Dla mnie jest to tragedią, zawsze chciałam być matką i jest to dla mnie marzenie w tej chwili do nieosiągnięcia. Mąż od jakiś 2 lat powtarza: "idź znajdź sobie kogoś, kto potrafi zrobić Ci dziecko". Gdzieś w czerwcu zeszłego roku, wpadłam w depresję, mój związek stracił sens.
I tak mijały dni, wszystko straciło sens. Wpadłam w wir pracy, pod koniec sierpnia udałam się z moim kierownikiem w krótką, jednodniową podróż służbową ( tak to nazwijmy). I właśnie w tedy narodziło się między nami zainteresowanie. Choć on jako facet podobał mi się od początku, wtedy to nabrało jakiegoś większego sensu. Zainspirował mnie, pomimo tego,że ma 38 lat, żonę i dorosłego syna. I tak ruszyła lawina, przypadkowe dotknięcia, uśmiechy, później smsy.
W październiku spotkaliśmy się pierwszy raz. Na spotkaniu usłyszałam wiele zakazów i nakazów. Nikt nie może o nas wiedzieć, w tym "związku" nie może być miłości, chodzi tylko o seks bez zobowiązań itd. Poczułam się co najmniej dziwnie, ponieważ sama,nawet o tym jeszcze nie pomyślałam. Pomimo wątpliwości spotkaliśmy się jeszcze raz, pomimo gorącej sytuacji on się wycofał, mi to było już bez różnicy, mieliśmy w małżeństwie poważny kryzys.
Na kolejnym spotkaniu stwierdził,że coś kombinuje. Że się zakochałam, a jemu o nic nie chodzi tylko o seks.Zaprzeczyłam, kłótnia była ostra, ale doprowadziła do polepszenia naszych stosunków.
W listopadzie to ja odmówiła seksu, i w tedy on zaczął temat o dziecku, że musimy nad tym zacząć pracować. Jakież było moje zdziwienie, dziecko??? choć tak naprawdę marzę o ciąży, ale nie takiej, on jego żona, przecież nie buduję się szczęścia na czyimś nieszczęściu.
W grudniu, za sprawą jego osoby nie spotykaliśmy się. Twierdził,że ma problemy i musi je rozwiązać,że jego życie ostatnio nie ma sensu,że musi coś zmienić.
W styczniu było bardzo dużo rozmów telefonicznych, byłam na zwolnieniu lekarskim więc kontaktowaliśmy się codziennie. Powiedział,że tęskni, że musi iść na urlop żeby to wszystko sobie ułożyć, podjąć decyzję, inaczej nigdy nie będzie szczęśliwy. Powiedział,że gdy poczekam na niego, na ułożenie jego życia, zrewanżuje się.
W trakcie urlopu kontaktowaliśmy się rzadko, była jedna rozmowa dla mnie dosyć wymijająca, brakowało konkretów, ale wciąż żona była takim złym dodatkiem.
W lutym wszystko nabrało pozytywnego biegu, miał dla mnie czas, dużo się spotykaliśmy. Dużo pisaliśmy i rozmawialiśmy.Można rzec było cudownie, Ja widziałam w tym już pozytywne zakończenie...dziecko.
Prawie 3 tygodnie temu, żona przeczytała jego smsy do mnie, może nie były jakieś nadzwyczajne, ale tak nie piszę się do swojej podwładnej. Zrobiła mu straszną kłótnie, na moje pytanie i co teraz? stwierdził, "no nic muszę podjąć decyzję, to i tak nie ma sensu, zdradzam ją od lat, a z takich smsów tłumacze się od 6 lat. Już mi się nie chce".
Potem ona do niego wydzwaniała i pisała jak siedział w pracy, o on odpisywał. Już wtedy zaczęłam coś podejrzewać, czytają te smsy jego oczy były takie radosne. Pomyślałam żona zaczęła się strać, jeszcze tego samego wieczoru poszedł z nią na kolację. Jak na złość spotkała go tam moja koleżanka z pracy, powiedziała,że był taki zadowolony i szczęśliwy.
Przed walentynkami rozmawialiśmy telefonicznie, napomknęłam o tej kolacji i zapytałam czy to próba ratowania związku. Oczywiście powiedział,że nie wie sam co robić. Że to nie jest takie proste, że nie chce być w tym związku i tak bardzo nie chce mnie okłamywać. Stwierdziłam ok, facet musi ułożyć to wszystko. Ciężko jest zakończyć 20 letni związek małżeński.
Było dobrze nawet bardzo, na jednym spotkaniu zapytał się kiedy skonsumujemy ten związek, powiedziałam mu że nigdy bo nie zrobię tego dopóki się nie rozwiodę. Myślę,że to go zabolało.Ale nadal było ok, jego oczy świeciły jak nigdy dotąd, dla mnie zachowywał się jak zakochany- zauroczony.
Wczoraj spotkaliśmy się przed pracą, było fajnie, nic nie zapowiadało najgorszego. Po pracy zadzwoniłam do niego musiałam wiedzieć czy odejdzie od żony. Najpierw jego odpowiedzi były wymijające, coś kręcił. Jak zaczęłam się denerwować(zawsze podnoszę głos), on powiedział,że jest szczęśliwy z żoną i nigdy nie mówił,że chce od niej odejść. Po za tym jest już za stary na zmiany, a potrzebuje jedynie takiego dowartościowania. Teraz jestem Ja a za jakiś czas będzie inna. Dla niego to taka odskocznia, miesięczne zauroczenie i to wszystko. Już mi się nie chciało gadać,że miesiąc to już dawno minął, a między nami nie było seksu. Oczywiści Ja też nie byłam dłużna, powiedziałam,że to dla mnie nic nie znaczy i że to żadna miłość. Powiedziałam także,że boi się zmian. To była długa rozmowa, co najgorsze czuję,że to były kłamstwa z jego strony. Bo wiem dobrze,że nie jestem mu obojętna zresztą on mi też. Boli, mnie to że mówił coś a teraz się wypiera.Nie rozumiem takiego postępowania, gdyby między nami doszło do seksu to wiedziałabym,że chciał mnie tylko wykorzystać. Wygląda na to,że wybrał żonę choć nigdy nie stawiałam mu warunków i nie potrzebuje deklaracji. Wiem,że teraz o tym myśli tym bardziej,że powiedziałam,że miałam jakieś plany w stosunku do niego. I wiem,że to nie jest koniec. Tylko co mamy robić, mąż jest dla mnie taki obcy,a on był moja nadzieją. Może powinnam był powiedzieć o co mi naprawdę chodzi, a nie ukrywałam to czekając na dobry czas.