Cześć Kochane,
Forum podglądam już od dłuższego czasu i widząc mądre odpowiedzi użytkowników, w sytuacji kryzysowej również i ja postanowiłam zasięgnąć Waszej opinii. Nawet nie wiem jak zacząć. Jestem niecały rok po ślubie. Przed ślubem w związku było dobrze, po ślubie zaczął się mały koszmarek. Mój mąż pracuje w domu, ja wychodzę do biura. On cały dzień siedzi przed komputerem, trochę pracuje, trochę gra, trochę ogląda gołe panie (ale nie w tym rzecz). Zacznę od małych problemów, potem dojdę do sedna. Zaczęło się od tego, że po ślubie przestaliśmy razem gdziekolwiek wychodzić. Na moje prośby zawsze ta sama odpowiedź ? nie. Dlaczego? Bo nie. Później argumentem był brak pieniędzy na wyjścia (co zresztą jest bzdurą, bo mąż bardzo dobrze zarabia i pieniędzy nam nie brakuje). Stwierdziłam więc, że jeśli szkoda mu pieniędzy, to zawsze możemy wyjść na spacer. Odpowiedź jest oczywista: Nie, bo nie. Wczoraj wieczorem zakomunikował mi, że ?on w ten weekend wychodzi?. Pytam więc gdzie: z kolegą, na noc. Poszlajać się po barach. Poprosiłam, żeby był w domu do 12 w nocy bo będę się o niego martwiła. Na moją prośbę chamsko tylko prychnął (wiecie, takie ?pffff?) i zaczął się śmiać? Powiedział, że on jest dorosły i ja nie będę mu rządziła, kiedy i o której ma wrócić do domu. Ja na to: ok, to w takim razie idę z wami bo ja też lubię X (imię kolegi) i nie chcę sama siedzieć w domu w weekend. Odparł, że jestem niepożądanym elementem i jeśli się czuję samotna to żebym się ?odpieprz***? albo sama sobie gdzieś wyszła, on ma to gdzieś. Zrobiło mi się cholernie przykro, bo ze mną nie wychodzi dosłownie nigdzie (DOSŁOWNIE) ale dla kolegów to ma czas na szlajanie się po klubach do rana.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że ja chcę go trzymać na smyczy. Chodzi mi po prostu o to, że ja go nie zostawiam samego w domu w weekend. Że on o nic nie zapyta, jak ja się z tym czuję, czy mnie to przeszkadza czy nie, że ze mną nie wychodzi nigdzie? żyję jak emerytka, zamknięta w domu i wiecznie biegająca wokół niego?
Sytuacja się uspokoiła, ja się nic nie odzywałam. Po chwili pyta mnie, kiedy będzie obiad (bo to ja, jak ostatnia idiotka zawsze po pracy, mimo zmęczenia robię zakupy i od razu po wejściu do domu gotuję chociaż on jest w domu przez cały czas?) tym razem jednak tak nie zrobiłam, bo wkurzył mnie po raz kolejny swoją postawą w stylu ?odpiep*** się ode mnie i rób sobie co chcesz, mam cię gdzieś?. Stwierdził więc, że on się ubiera i wychodzi z domu kupić sobie kolację. Ja oczywiście mogę sobie zostać, ?on ma to gdzieś?.
Inna sytuacja, też z wczoraj: zarzucał mi, że przeglądam mu telefon. Pomijam to, że przed ślubem było umówione, że możemy sobie wzajemnie w komórkach grzebać, bo nie mamy przed sobą tajemnic. Teraz najwidoczniej już tak nie jest? Tak czy inaczej wczoraj chciałam sprawdzić godzinę na jego telefonie. Patrzę, a telefon zablokowany pinem. W końcu ?nie będziesz mi grzebała?. On moje rzeczy bierze bez pozwolenia. Również wczoraj przyszedł do mnie list, dał mi go jak wróciłam do domu ? już otwarty. Mój komputer również zabiera jak gdzieś jedzie, nie pyta czy może czy nie? Ja z jego komputera nie mam prawa korzystać.
Dziewczyny, czy ja przesadzam, czy coś w tym związku faktycznie jest nie tak? Czy w ten sposób wygląda małżeństwo? Czuję się jak szmata do podłogi, dobra do ugotowania i zaspokojenia jego potrzeb. Nie liczy się z moim zdaniem, o nic nie pyta. Kiedy płacze, śmieje się ze mnie i dodatkowo przedrzeźnia, tak, że czuje się maksymalnie upokorzona? Mówiąc szczerze, od wczoraj poważnie myślę o rozwodzie. Nie mogę z nim na ten temat porozmawiać, ponieważ zawsze kiedy mówię zupełnie spokojnie co mnie boli i co chciałabym zmienić on uśmiecha się szyderczo i mówi ?skończyłaś to swoje pierdol***ie??. Pomóżcie, bo chyba sama się w tym pogubiłam. I dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas na przeczytanie mojego wywodu?