Witam, w trudnych chwilach zwracam się do Forumowiczów dlatego i tak jest teraz.
Moim problemem w związku jest "brak czasu partnera". Oczywiście na spotkania ze mną.
Po pierwsze-jako, że pochodzi z innej miejscowości jeździ tam na weekendy-średnio tak z dwa weekendy w miesiącu go nie ma. Oczywiście, nie siedzi tam przed telewizorem, a ostro balanguje.
Po drugie-praca. Niby ustabilizowana, od 8 do 16. Jednak i są delegacje. Bywa, że nie ma go cały tydzień.
Po trzecie-jego siostra wręcz wymaga by odwiedzał ją parę dni w tygodniu. Jak on spędza ze mną czas, obraża się na niego. Chyba mnie nie lubi, więc nie zjawiam się tam.
Niby rozumiem to wszystko. Jestem zwolenniczką czasu - dla siebie, przyjaciół/rodziny i związku.
ALE.. kiedy skumulują się jego wszystkie "zobowiązania" bywa że "może" się ze mną spotkać trzy razy na 2 tygodnie (wieczorem na 3 godziny). A co śmieszne, wynajmuje mieszkanie 10 min autobusem ode mnie.
Szczerze, strasznie mnie to boli i męczy. Nawet nie to, że tak mało czasu sobie poświęcamy, ale że czuję się na ostatnim miejscu. Upominanie się o coś co normalne, uwłacza mi. Tak, rozmawiałam z nim o tym. Przedstawiałam swoje argumenty. On twierdzi, że to nie jego wina i zaczyna się wyliczanie "przepraszam, że mam pracę...", "przepraszam, że mam rodzinę...". Brzmią jak tania manipulacja. Nigdy nie wymagałam by się dla mnie poświęcił, nie zakazywałam by czegoś nie zrobił, gdzieś nie poszedł. Jednak, gdy drugi pod rząd weekend siedzę sama w domu, zastanawiam się czy to wszystko jest warte zachodu. Uważam, że czas poświęcony na BUDOWANIE (sama się przecież nie zbuduje) relacji jest tak samo ważny jak uczucie. I już mnie mdli gdy słyszę "wszystko się niedługo unormuje".
Trochę patowa sytuacja, jak teraz na to patrzę.