Hej, piszę, bo potrzebuję opinii kogoś zdystansowanego, nie związanego z tematem...
W czerwcu ubiegłego roku poznałam cudownego faceta - przyjaciela mojej przyjaciółki. Znali się od 7 lat, byłam wtedy bardzo zaskoczona, że poznałam go dopiero teraz... w końcu tak długo się znali!!
Moja przyjaciółka mówiła od początku, żebym się nie nastawiała na tą znajomość, bo w jego życiu przewijało się mnóstwo kobiet, ale nigdy z żadną nic nie wyszło.
Dziwiłam się, że tak niesamowicie przystojny, inteligentny, z poczuciem humoru 26cio latek nigdy nie miał kobiety... i nigdy się nie całował!!
Spotykaliśmy się pół roku. Przez pierwsze trzy miesiące było cudownie, myślałam, że trafiłam na chodzący ideał. Ciągle mówił o ślubie, o dzieciach, bardzo wierzący - na jednym z pierwszych spotkań zaprowadził mnie do znajomego księdza, żeby mnie "pokazać", a ksiądz rzuci wtedy tekst "o nie spodziewałem się, że przyjdziesz kiedy z dziewczyną"... ale nie wnikałam co to miało znaczyć.
Ale zaznaczył jedno - jeśli chcemy być razem to musimy sobie obiecać, że do ślubu nie będziemy uprawiać seksu, bo jest to niezgodne z wiarą. Ok - przyjęłam jego zasady, w końcu mi na nim zależało.
Zabierał mnie chętnie do znajomych, epatując przy nich uczuciem do mnie, często brał mnie na kolana w towarzystwie, przytulał, bawił się moimi dłońmi, wręcz się mną chwalił, co bardzo mi schlebiało, ale zupełnie inaczej zachowywał się jak byliśmy sami. Miałam wrażenie, że wręcz unika spotkań sam na sam, ciągle chciał wychodzić, wszędzie było nas pełno.
W sierpniu jechaliśmy na mazury na żagle. Zaproponowałam mu romantyczny wyjazd we dwoje, a on, że we dwoje to nie, że lepiej żeby było więcej znajomych, bo wtedy jest więcej śmiechu i zabawy. Akurat termin jaki wybraliśmy - nie pasował parze, która miała z nami jechać, wtedy on był strasznie zły i żalił mi się, że nie możemy jechać sami, że wtedy są różne sytuacje, nad którymi ciężko zapanować, że on nie chce kusić losu. Ja mu tłumaczyłam, że to zależy tylko i wyłącznie od nas i że jeśli coś sobie obiecaliśmy to będziemy się tego trzymać. Ale tak się ułożyło, że dzień przed wyjazdem - zwerbował swojego przyjaciela, a ten przyjaciel swoją koleżankę, więc byliśmy we czwórkę. Było super, ale dziwiło mnie, że kiedy ten przyjaciel musiał wcześniej wrócić, a jego koleżanka chciała z nim wracać, żeby zostawić nas samych, bo jej głupio było na trzecią z nami siedzieć - on nalegał by została. Że nam jest potrzebne towarzystwo, że skoro ma czas - to że ma z nami zostać i koniec kropka. Było to dla mnie bardzo dziwne, że tak zabiegał o to abyśmy przypadkiem nie zostali sami...
Kilka razy jak wracaliśmy późno z imprez to spałam u niego. Za pierwszym razem chciał mi pościelić łóżko w innym pokoju, ale jakoś przekonałam go, żebyśmy spali razem, ale obiecałam, że nie będę go kusić (czułam się jakbym to ja była facetem w tym związku). Próbowałam pokazać mu, że okazywanie cielesności to nie musi być od razu seks i odwrócenie się od Boga. Jak całowałam go po szyi, uchu, to śmiał się i mówił "co Ty robisz?", dziwił się jak dziecko, że coś takiego można robić... miałam wrażenie, że ucieka przed tym. Wolał leżeć obok i się po prostu przytulać... a mnie po prostu skręcało w środku. Leżałam obok niesamowicie przystojnego faceta, prawie naga, a on NIC, kompletnie NIC, jak kłoda - zimny i oschły! Oddzielał później nas kołderką, żebyśmy się nie dotykali miejscami intymnymi i tak zasypialiśmy.
Tak było kilka razy... aż do momentu, kiedy on zainicjował pieszczoty nad ranem... do niczego nie doszło, ale było blisko, nagle przerwał to i powiedział głośno do siebie "nieeeee, co ja robię?" i zerwał się i zaczął płakać.... ja też płakałam, bo miałam wrażenie, że mu się nie podobam... że on nie chce tego, bo nie jestem tą wymarzoną kobietą. A on zaczął wyjaśniać, że on nie chce mnie tak traktować, że to nie miejsce i czas na takie rzeczy, że to małżeństwo jest od tego...
Nigdy nie wracaliśmy do tego tematu. Stwierdziłam, że niesamowicie mnie szanuje, że nie chce mnie traktować przedmiotowo.
Później wyjechał na miesiąc do USA. Tęskniłam, pisałam... a on nic, zaczął się odcinać. Było mi przykro, ale tłumaczyłam sobie, że jest zajęty tam w Stanach. Po powrocie - spotykaliśmy się około 1,5 miesiąca, ale od jego powrotu ani razu nie całowaliśmy się, a wszystkie spotkania jakie były - były z jego znajomymi, nigdy sam na sam. W końcu któregoś razu - zapytałam o co chodzi, bo widzę, że coś jest nie tak, a on powiedział, że nie czuje ze mną więzi, że nie chce mnie oszukiwać, ale że to chyba nie ma sensu. O dziwo spędziliśmy wtedy cudowną noc... tak cudownie nam się gadało jak nigdy! Gadało mi się z nim jak z najlepszą przyjaciółką, o wszystkim! Spaliśmy nawet tej nocy razem w łóżku, a on przytulał mnie i całował po rękach, włosach... i ciągle powtarzał, że jestem taką laską i że on nie może się nadziwić, dlaczego w nim nic nie iskrzy... od tamtej pory nie widzieliśmy się. Odzywa się co jakiś czas. Co u mnie, co robię, czy będę w kościele, bo chodzimy do tego samego, ale ciągle się mijamy...
Pytałam nie raz bo był bardzo szczery i otwarty - dlaczego TAKI facet nie miał nigdy dziewczyny to tłumaczył mi, że zawsze miał koleżanki i że zawsze super się dogadywał, ale nigdy nie ciągnęło go do nich fizycznie. A że ja jestem pierwszą - która łączy w sobie idealne cechy fizyczności i intelektu, który go pociąga. Byłam podobno pierwszą z którą się całował - tak twierdził... ciągle mówił, że dla niego długie związki nie mają sensu, że jak jest super to szybki ślub i dzieci, po co zwlekać?!?! No ideał... ale w tym całym zachwycie nad moją osobą i nad swoją wizją w głowie ze mną w roli głównej był sprzeczny - bo w ogóle się nie starał... nie adorował... Opowiadał mi, że w liceum miał incydent - największa "laska" w szkole wskoczyła mu do łóżka, ale on nie skorzystał, bo stwierdził, że będzie tego żałował...
Czy mam podstawy by myśleć, że jest gejem czy po prostu religijnym fanatykiem?