Czytam Was juz prawie pół roku, wypowiadam się rzadko. Nigdy nie założyłam swojego wątku, odpisywałam tylko na kilka postów.
W wielkim skrócie opisywałam swoją historię w wątku "List od kochanki".
http://www.netkobiety.pl/t47529.html
Dziś jest taki dzień, kiedy postanowiłam napisać. Bo dziś wieczorem wyprawiałam syna na obóz narciarski i wróciły wspomnienia sprzed roku.
Rok temu wieczorem stałam na tym samym parkingu, stał ten sam autokar, a wokół chodzili Ci sami szczęśliwi ludzie jadący na super narty. Mnie nie chciało się żyć. Marzyłam tylko, żeby juz odjechali i żeby wrócić do domu i zamknąć się razem z tym swoim potwornym bólem.
Bo dzień wcześniej odszedł. Bez ostrzeżenia. Została tylko kartka na stole. Jak w tandetnej telenoweli.
Dziś po roku na tym samym parkingu wiedziałam, że wrócę do domu a on bedzie czekał pod klatką. NA CHWILKĘ. Na herbatę, buziaka i trochę przytulania. Na chwilkę, bo wraca z delegacji i mozna do domu przyjść tę godzinę później.
I był. Jak zwykle z piękną różą.
Wiem, że gdybym parę dni temu zaproponowała mu zostanie u mnie na noc - delegacja by się "przedłużyła". Ale tego nie zrobiłam. Przynajmniej tyle dałam radę zrobić.
W zeszłym roku skończyłam 40 lat. Jestem ponoć bardzo atrakcyjną, zwariowaną, zadbaną dziewczyną. O imponującym wykształceniu, silną,, samodzielną, inteligentną. Tak mnie postrzega otoczenie (ja naprawdę daleka jestem od oceniania tak siebie, zawsze byłam i jestem zakompleksiona, bez wiary w siebie).
Więc skąd ta absolutna słabość? Gdzie ta moja siła, którą mam na codzień w życiu, w pracy.
Moje przyjaciółki juz się poddały. Moja matka się poddała. I ja się poddaję. Rozum już dawno wie na czym stoi, ale serce go w ogóle nie słucha.
Dlaczego ja się na to godzę? Dlaczego? Jaki jest mój problem?
Czy to ten potworny strach przed samotnością?
Ale z drugiej strony te ochłapy czasu, który może mi poświęcić wcale tej samotności nie zabijają. Bo przecież siedzę teraz sama. W sobotni karnawałowy wieczór/noc.
W wątku "list od kochanki" pisałam, że próbowałam to skończyć. Ale wiedziałam, że jeśli dalej będzie walczył aby to ciągnąć to ulegnę. I wrócił sobie po świętach i Sylwestrze z nią - czekał rano pod moim blokiem jak wrócę z codziennego odwożenia syna do szkoły.
Nie mam juz siły do siebie. Nikt już jej nie ma. Wstrząśnijcie mną!