Witam.
Mam dość skąplikowaną sprawe, ale opisze od początku.
Byłam z chlopakiem 5 miesięcy( chodziliśmy ze sobą od czerwca do listopada) . Szalał za mną ok rok, starał się i wg, ja na początku tego nie zauwałam, myślałam że znalazłam przyjaciela, ale jak wiadomo że od przyjaźni do miłości krótka droga. No i tak się stało, rozumieliśmy sie zawsze, potrafił słuchać , starał się , kwiaty itp - na poczatku zależało mi mniej niż jemu, ale potem zakochałam się w nim do szpiku kości, mineło 3 miesiące i coś się zaczeło psuć. Przestalo mu zależeć, dobijało mnie to, nie mogłam się na niczym skupić, tylko myslałam co dalej będzie. Wpadłam w depresje. Nie mogłam uwierzyć że tak nagle przestało mu zależeć...nie mogłam uwierzyć że już mnie przestał kochać po tak długim czasie. Nie kłuciliśmy się, ale za to przestaliśmy ze sobą rozmawiać, a chyba tak na prawdę nigdy ze sobą poważnie nie rozmawialiśmy, bo zawsze było idealnie. Gdy się zaczeła obojętność, myślałam że mu to przejdzie, ale niestety nic na to nie wskazywało. Więc spróbowalam w nim wzbudzić zazdrość ... też się nie udało, miałam tego dość, tak naprawdę za bardzo go kochałam żeby z nim pierwsza zerwać bo jeszcze miałam nadzieje że ...a może jednak mu się coś odmieni. W tym czasie dawałam mu kilka razy do zrozumienia że np. jego koleżanki są ważniejsze ode mnie, no to on na to że tylko ja się dla niego licze. I tak czas biegł dalej...bylo co raz to gorzej. Chciałam żeby mu się oświeciło czerwone światełko że coś jest nie tak , więc powiedziałam mu że jest mi źle, jestem wkurzona , no to napisał żebyśmy to przemyśleli przez weekend, nie pisząc nic do sb przez ten czas a za 2 dni mamy porozmawiać, więc nie pisałam pierwsza...odezwał się pierwszy że mogłabym już wrócić itp... No i nie rozmawialiśmy już o tym, ale dalej było beznadziejnie. Niby wiedziałam że mnie kocha ale z drugiej strony byl obojętny. Miałam dość. Napisałam mu o tym wszystkim, że nie wiem co się z nami dzieje itp. Powiedział że mnie kocha, ale jest obojętny na to co się pomiędzy nami dzieje. I ty nastapił punkt kuuluminacyjny, nie wytrzymałam powiedziałam że ma zdecydować, wybrać, że może coś musi stracić żeby to docenić, że ja nie będę rozmawiac ze ścianą. Po podjęciu decyzji że już koniec, spytal mi się : I mam tak po prostu o Tobie zapomnieć ? " co ja na to: ,,Takie rzeczy się zdarzają" Miałam na sobie tj. maske, już miałam tego wsztyskiego dość, zależalo mi na nim ale po takich słowach .... to było ponad moje sily. Dzien po tym , spotkałam się z kolegą , któy był też jego kolegą...opowiedziałam mu o wszystkim. I postanowiłam że trzeba to zapić, poszlismy po alkochol, potem on poszedł do mojego byłego. Przyniósł mi wiadomość, że chyba nie był mi tego w stanie powiedziec, ale po prostu juz mnie nie kocha, i że wróciłby tylko dla mnie nie dla siebie" ... Ja się załamałam wypiłam stanowczo za dużo, do tego płacz... kolega też ze mną spożywał alkochol. I stało się; straciłam przytomność, on się wystraszył, tracilam puls i oddech , zadzwonił po mojego byłego. Wylądowałam w szpitalu. Po wyjściu, nie wiedziałam co robić, czy napisać do mojego byłego czy nie... Spotkałam się z tym kolegą ( od alkocholu) dowiedziałam sie że mój byly zastanawiał się czy dobrze zrobił.... Żałowałam że przy rozstaniu nie powiedziałam innych słów tylko takie które jeszcze chyba bardziej przyczyniły się do rozstania, tak bardzo tego żałowałam i nadal żałuje, rozrywało mi wnętrzności od bólu. Stwierdziałam , że trzeba walczyć o miłość, bo bez walki i odwagi nigdy nic nie osiągniemy. Więc napisałam do niego, napisałam że go kocham i nie potrafie bez niego żyć, że ten incydent ze szpitalem nie miał się wg pojawić i że gdybym mogła to cofnełabym czas i nic takiego by sie nie wydarzyło. Zastanawiał się przez kilka dni co dalej.... ale stwierdził że dla mojego i naszego dobra będzie lepiej jak będziemy osobno, bo nie darowałby sobie gdyby mi się coś stało przez niego, osobie na którą zawsze mógł liczyć. Tak więc zakonczylismy znajomość. Byłam załamana... że tak wszystko zawaliłam, tylko tłukł mi się myśli , że on jeśli by chciał naprawić swoją obojętność to przecież powiedziałby mi o tym, żebyśmy spróbowali jeszcze raz, a z drugiej strony siebie za wszystko winiłam że może mogłam mu jakoś pomóc wyjść z tej obojętności. Ale postanowiłam że jeszcze będzie tego żałował, całej decyzji. Starałam się o tym wszystkim nie myśleć, zaczełam chodzic na imprezy, dyskoteki, spotykać się ze znajomymi, poznawać nowych ludzi. i miedzy innymi mój kolega z którym piłam, zabrał mi do swoich znajomych. Zaczął obrażać mojego bylego ( a byli przyjaciołmi) , mnie się to nie podobało, zwróciłam mu tylko raz uwage, ale dalej to robił. Zaczął się do mnie przytulać, bo stwierdził że go oschło traktuje, i dalej się będzie przytulał do poki nie przyjdzie jego kolega, którego ,,niby" podrywałam. Znałam go ( kolege od alkocholu) baardzo długo , jakoś 3 lata, nigdy się tak dotychczas nie zachowywał, zawsze traktowałam go tylko jako kolege, jego koledzy z towarzystwa stwierdzili że mnie podrywa, potem zaczełam wszystko składać w całość.... i chyba okazało się że się we mnie podkochiwał, nawet wtedy gdy byłam z jego przyjacielem ( oni się znają 11 lat) Nie mieścilo mi się to w glowie i dalej nie mieści. I tak od rozsatania przeszło miesiąc, i dalej mi zależało na moim byłym, dalej go kocham...nic mi nie przeszło. Po rozstaniu postanowilam że się już nie załame, że koniec z tym etapem mojego zycia, starałam się jak mogłam, udawałam że jest wszystko pięknie i ładnie, ale nie udało się. W wigilię ( tego roku) znowu wszystko wróciło... wszystkie wspomnienia z calą mocą. Cały dzień tylko myślałam o nim, nie dawało mi to spokoju. Chodziłam struta jeszcze gorzej niż do tej pory. Do tego wszystkiego widziałam się z moim bylym na pasterce ( jest ministrantem)- miałam dość, prawie zemdlałam w kościele. I na drugi dzien napisałam do niego czy jest szczęśliwy. Odpisał mi że jest ( teraz cytuje ) : ,,źle ale stabilinie" ... w tej rozmowie dowiedziałm się że myśli o tym co było wcześniej, ale gdy się zapytałam czy chiałby żeby go ktoś w moim życiu zastąpił, odpowiedział że jeszcze troche i zapomnie, i za jego miejsce wyjedzie ktoś inny i że będzie mi lepiej. Miałam nadzieje że po prierwszym jego zdaniu jest jeszcze nadzieja, a potem się załamałam... i znowu to samo- depresja itp. ( w dodatku były święta) dało się odczuć po jego rozmowie że nie daje mu to spokoju co było kiedyś. Na drugi dzien postanowiłam, że opisze mu co było źle, co mnie denerwowało, co bolało, co robiłam żeby wszystko stało się jak dawniej ( bo tego nie wiedizał, nie powiedziałam mu tego przy rozstaniu ) napisałam że nie wiedziałam czy wg mnie kochał,była tylko rutyna , codziennie wieczorem KC i dobranoc, nie miałam zapewnień i to od tego wszystkiego się zacząl nasz kryzys. Po baardzo długiej wiadomości, napisał, że nigdy mi nie powiedział że mnie nie kocha, ja odpisałam że nigdy temu tez nie zapczeczyl , że jego obojętność sama mówiła za siebie, i że jego przyjaciel powiedział mi że mnie nie kochasz ( gdy się dowiedziałam od niego że mój były już nic do mnie nie czuje itp nawet nie miałam cienia podejrzen że może coś jego przyjaciel do mnie czuć) i na tą wiadomość nie dostałam żadnej odpowiedzi ( napisałam wczoraj ) i teraz co dalej..? Boje się że mój byly może mnie kochać, i choćby chciał nawet wrócić to nie wróci bo będzie się bał że jeśli coś nam znowu nie wyjdzie,to coś sobie zrobie..., a z drugiej strony może być prawdą że mnie nie kocha i że się boi mi tego napisać , ale myśe że jeśli mnie nie kocha to raczej napisał by mi że mam juz do niego nie pisać i dać sobie z tym spokój, a z kolejnej strony może dalej jest obojętny i nic nie zrozumiał....mam taki mętlik w głowie... bardzo go kocham i nie chce go stracić na dobre, boje się że stane się inną osobą, miałam dość ostatniego miesiąca, zachowywałam się obco, nie chce się zmieniać, a boje się ze będę wkładać ,,maske " codziennie i do tego dojdzie że taka sie juz stane. To co czuje do niego jest połową mnie. BYlismy na prawdę bardzo sobie bliscy, chce żeby to wróciło. Czy jest jakaś szansa? Błagam pomócie bo boje się że za niedługo nie wytrzymam psychicznie i stanie się coś co dla mojej rodziny i bliskich chyba byloby katstrofą...żyje wspomnieniami, żyje dla wspomnien, i tylko dlatego że nie chce aby sie rodzina na mnie zawiodla, i że może jeśli mój były chcialby wrócić to nie miałby juz okazji. Prosze pomóżcie co mam dalej zrobić!!! Bo ja musze coś z tym zrobić. Z góry dziekuje.
1 2012-12-29 00:13:59 Ostatnio edytowany przez mariola_sos (2012-12-29 00:27:56)
Podobne tematy
Na forum piszemy poprawną polszczyzną. Jeśli masz z tym problem, proszę, byś pisała korzystając z pomocy słownika.
Zapoznaj się z regulaminem forum.
Witaj, wydaje mi się, że gdyby miał wrócić to by wrócił bez obawy o to co będzie.
Współczuję ci bardzo, powinnaś więcej czasu spędzać ze znajomymi póki ich masz, a nie skupiać się na nim.Szczęścia życzę, pozdrawiam.
Postaram się , ale już pewnie nie będę taka jak kiedyś. Pójde w tango... nikt mnie juz nie pozna, nawet ja sama siebie pewnie nie bede poznawać. Nie moge myśleć o alkocholu, bo tylko myśle że jeśli się napije chociaż łyk , to moje postanowienie przepadnie a zarazem jakakolwiek szansa na jego powrót. Wiem że to jest dziwne...no ale cóż.
To nie jest dziwne, są ludzie mało odporni na alkohol.Ja też nie powinnam pić go wcale.Po alkoholu wyrządziłam mężowi ogromną krzywdę.
Jeżeli nieduże ilości wypijanego alkoholu nie rzutują na to jak się człowiek zachowuje, myślę, że partner nie powinien mieć pretensji.
Wydaje mi się, że cię rozumiem, też kiedyś rzucił mnie mój pierwszy chłopak.Bardzo bolało, więc łatwiej było pójść w tango, bawiłam się, piłam myślałam, że jestem fajna, aż któregoś dnia poznałam męża i go po prostu pokochałam.Nie wiem co by za mną było gdyby nie ta miłość.Uwierz mi w tango nie warto iść.Życzę powodzenia.