Witam
Przez około rok przyjaźniłam się z kolegą, z tym że on się we mnie zakochał ("zakochał" to raczej mało powiedziane; poważnie myślał nad naszym ewentualnym związkiem, snuł nawet plany o naszej przyszłości). Zależało mu na mnie. Natomiast ja miałam mieszane uczucia do niego. Bo z jednej strony byłam nim zauroczona pod względem jego cech charakteru, zachowania, optymistycznego podejścia do życia, do ludzi, do świata; lubiłam przebywać w jego towarzystwie. Był wręcz ideałem. Jednak tak naprawdę mało co czułam do niego pod względem uczuciowym, czy choćby nawet romantycznym. W głębi serca czułam pustkę. Byłam takim "dualistycznym" stanem trochę zdumiona.
Postanowiłam, że lepiej będzie, jak poprzestaniemy na przyjaźni. I tak istotnie było. Nigdy nie byliśmy parą.
On sam w końcu powiedział mi, że każdy z nas musi sobie kogoś innego szukać, ale mimo wszystko przyjaciółmi przecież możemy zostać i od czasu do czasu się spotykać. Tak mówił, ale co innego myślał. Mam przeczucie (kobieca intuicja :] ), że on ciągle miał iskierkę nadziei, że może jednak będziemy razem. Ostatnio zadeklarował mi, że niedawno poznał idealną dziewczynę. I zachwalał ją. I co jakiś czas pytał się mnie, czy nie jestem smutna z tego powodu (po jakimś czasie doszłam do wniosku, że on to wszystko zmyślił). I to właśnie sprowokowało mnie do wyznania mu całej prawdy, bezpośrednio, bez skrupułów, tj. m.in. o tym, że tak naprawdę nic do niego nie czułam oraz że nie jestem smutna z tego powodu, że on już kogoś poznał, bo przecież tak postanowiliśmy, że będziemy musieli sobie kogoś innego poszukać. Od tej pory on stał się markotny, mrukliwy i lakonicznie odpowiadał na moje pytania. Zaczęło mnie to na początku niepokoić, a po jakimś czasie... irytować wręcz. I w końcu (o zgrozo!) napisałam mu, że lepiej będzie jak definitywnie zakończymy wszelkie kontaktowanie się.
Po kilku tygodniach zaczęłam czytać te wszystkie e-maile jakie pisaliśmy do siebie na początku i naszły mnie dawne wspomnienia. W efekcie czego sumienie mnie zaczęło dręczyć; zaczęłam żałować tego nieszczęsnego pożegnalnego e-maila. I od tej pory próbowałam jakoś naprawić nasze relacje. Jakoś go udobruchać. Pisałam do niego sms-y, e-maile, na gg. Właściwie to ja prowadziłam monolog, bo on nic a nic się nie odzywał i nie odzywa. Żeby chociaż coś napisał. Cokolwiek. A on milczy
I tak się zastanawiam, co może oznaczać milczenie z jego strony. Może faktycznie to, że nie chce już się przyjaźnić ze mną? Może odczuwa już désintéressement wobec mnie? A może po prostu sprawdza moją cierpliwość?
Nie chcę być natrętna, choć z drugiej strony chciałabym naprawić swój błąd. Chciałabym pogodzić się z nim, a nie wiem jak. Ba, nie wiem czy w ogóle uda mi się z nim pogodzić.