piszę bo czuję ze muszę.
Byłam z narzeczonym półtora roku, zerwał kilka dni temu.
Ale od początku..
Poznaliśmy się , wszystko było świetnie, układało nam się super, starał się ja na swój sposób też by takk było. Mnóstwo czasu razem,żarty, śmiechy. We wszystkim nam się układało - autentycznie.
po 10 miesiącach oświadczył się - przyjęłam bo kochałam, byłam jego pewna tak jak on mnie.
po 2 miesiącach od tego zdarzenia, miał miejsce incydent , myślałam że mnie zdradził - wkurzyłam się, zrobiłam dziką awanturę. Błagał mnie, płakał że tego nie zrobił, bardzo to oboje przeżyliśmy.Płakał że się mylę - że jak odejdę zawsze będę żałowała , uwierzyłam , bo to było silniejsze.
Postanowiliśmy o tym zapomnieć. Przez 2-3 miesiące oboje się znów staraliśmy nie przypominaliśmy sobie o tym. Później zaczęły się kłótnie, nieporozumienia nawet o drobiazgi. Zwierzał się mi ze nie może zapomnieć, wiedząc że mogę odejść to nie ma sensu, ale bardzo kocha i nie umie odejść. Że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Ja płakałam, zwierzałam mu się też że ciężki mi że tak go zraniłam.
W międzyczasie namawiał żebym odwiedzała jego bliskich, spróbowała poznać, nie chciałam bo takie mam zasady. Jego bliskim bardzo zależało by mnie poznać, ja wciąż odmawiałam.
Z czasem na każdą moją prośbę, reagował nerwowo. Mówił że wymagam od niego, a sama nie chce tej jednej rzeczy poświecić, przełamać się. Że oni go męczą, pytają kiedy mnie przywiezie. Że on nie chce wybierać nigdy, miedzy rodzina a mną. Ze każdy mój foch, przypomina mu o tym oskarżeniu o zdradę, ze dałam mu odczuć wtedy że nic warty nie jest.
Ostatnio, była sytuacja ze musiał do lekarza, ja jednak uparłam się żeby do domu mnie odwiózł a później pojechał. Odebrał to jako wykorzystywanie.
Zerwał zaręczyny przez telefon, po tym wydarzeniu, mówił że nie jest chłopcem na posyłki, że miarka się przebrała,że z każdymi wyrzutami go miażdżyłam, ze serce by mi oddał a ja tylko brałam nic mu nie dawałam w zamian niby. Że nie ma sensu by się starał.Że już nie kocha, że nie przekreśla nas w życiu, ale nie chce teraz być. Żebym szukała szczęścia u kogoś innego nie u niego. Koleżeństwo tak ale nie miłość. Nigdy więcej. Że zdrowy rozsądek ma i że to skończone i tyle.
Prosiłam by tego nie robił, pojechałam 1 raz do niego do domu oddać pierścionek- w akcie desperacji moze, ale czulam ze nie moge pozwolic odejsc,bo naprawdę mi zależy na nim i go kocham, głupia byłam że nie zawsze umiałam mu pomóc, gdy tego potrzebował. Twierdzil ze to koniec ze zmarnowalam sobie zycie i ze zegna mnie.
W tym czasie wylądował w szpitalu na uczulenie ale nie chciał bym przychodziła bo niczego to nie zmieni, nie namówie go do niczego. Nie poszłam już kolejny raz , chciałam dać mu spokój, by sobie przemyślal co robi.
Nie wiem co myśleć dlatego piszę: czy on naprawdę już nie kocha??? Tyle ma żalu,ze mu przeszło czy rodzina mu pomogła w tej decyzji???
Mówi że nie wiadomo jak się życie ułoży, ale nikogo na stałe szukać nie będzie, JUŻ NIE , bo nie warto się otwierać na drugą osobę, że tęsknić NIE będzie ani NIE żałuje. Że idzie pobalować, potrzebuje odreagować i że mi to też dobrze zrobi. I że zapomnę też dzięki temu.
Że się otworzył i bardzo przywiązał, ale nie żałuje i nie będzie tęsknił. Że każdy ma 1 szanse a ja miałam wiele, że niby grałam tylko przed nim. Że porozmawiamy kiedyś jak opadną emocje ale nie teraz.
Co myśleć wróci jednak czy nie? ??
Wstawia w necie piosenki w stylu "tak wyszło" i komentarze w stylu MordoR Mode , THE END this fucking love story..
Dał mi odczuć że nie zmieni zdania, że nie ma mowy, itd. Że powodem zerwania jest inny światopogląd , że bawiłam się nim zawsze był na zawołanie, a ja tak mało go rozumiałam.
Znam go, na tyle ile dal sie poznac, ale nie wiem co myslec. Czy naprawde mnie tak znienawidzil?
Czy tak szybko przechodzi uczucie? Czy żal potrafi zniszczyć wszystko?
W to ze ma inna nie wierze.
Czasu mu potrzeba?
Odzywać się, darować sobie? Kontaktu ustaliliśmy ze zrywać nie chcemy. Nie wiem. CO MYSLEĆ?
5 dni minelo od tego zerwania. Pisalismy tylko smsy, od mojej wizyty u niego.