Witam,
Mam 30 lat i od 5 miesięcy jestem, niestety, nieszczęśliwą mężatką. Obecnie moja sytuacja wygląda tak, że z mężem albo się kłócimy (ale nie rozmawiamy, bo to wygląda głównie tak, że ja coś mówię a on odpowiada, że "ze mną się nie da dogadać i rozmawiać", "że jak on ma coś ze mną planować, jak się nie da" i że "ze mną nikt nie wytrzyma i lepiej sobie od razu strzelić w łeb" a większość naszej wymiany zdań kończy się moim pytaniem "po co się ze mną ożenił", na które dostaje odpowiedz że "nie wiem" i że mam złożyć papiery rozwodowe i dać mu spokój.
Generalnie naszym problemem przede wszystkim jest brak z jego strony jakiegokolwiek zainteresowania. Ani mną, ani domem, ani przyszłością. Głównym powodem naszych kłótni jest planowane kupno mieszkania, a właściwie miejsce, gdzie to mieszkanie ma być. Jemu generalnie jest wszystko jedno, mi zależy na tym, by było ono w miarę blisko moich rodziców (jego mama mieszka na drugim końcu Polski) i żeby w okolicy były jakieś tereny zielone, itp., a nie jakieś blokowisko. Mimo, że znalazłam takie mieszkanie, które mieści się w granicach naszych możliwości finansowych - to nie może być tam, bo nie może być "po mojemu".
On zarzuca mi, że wszystko robimy tak. jak ja chcę - bo np. ja chciałam jechać na wakacje za granicę, on niby nie chciał, ale pojechał i teraz mi to na każdym kroku wypomina (po fakcie). A na tych wakacjach, gdyby nie wspólny pokój i łóżko, każdy by nas wziął za rodzeństwo a nie za parę. Chodził wszędzie kilka metrów przede mną, o wszystko miał pretensje, mimo że to miała być nasza podróż poślubna, seks przez 2 tygodnie może uprawialiśmy raz czy dwa. Mówi, że mu się nie podobam, bo przytyłam i wyzywa mnie od beczek, wielorybów, itp. Sam natomiast uważa się za 8 cud świata, mimo kilkunastu kg nadwagi i szybkiego łysienia. Ok., nie twierdzę, że jestem teraz super laska, ale nie on zupełnie mnie nie wspiera, więc ja jem, bo to mi daje złudne poczucie szczęścia. Zaczął mnie traktować jak szmatę - albo mnie wyzywa albo ignoruje.
Pewnie napiszecie, że przecież mogę schudnąć - niby tak tylko, że jest pewien problem - boję, że jak znowu będą laską, to będzie lepiej, ale i tak wybuchy agresji i wieczne pretensje nie znikną. A ja poza tym - co może nie zabrzmi skromnie - jestem super żona. Może w tym też tkwi problem, że chce się zastąpić facetowi matkę, kochankę, szofera, sprzątaczkę, księgową, sekretarkę, konsjerdza (np. kupowanie prezentów czy biletów), organizatora wszystkiego itd. Na dodatek jestem niezależna finansowo i zarabiam się tyle co on. I nie wydaje mi się, żeby z powodu nadwagi mam słuchać, że jestem beznadziejna, że nikt mnie nie będzie chciał, że nic nie jestem warta.
Teraz w sumie jedynym rozwiązaniem wydaje mi się rozwód, ale nie chcę podejmować pochopnych decyzji. Wiem, że decyzję o małżeństwie podjęłam złą - wydawało mi się, że po ślubie on będzie miał poczucie bezpieczeństwa i rodzinę - i już nie będzie chciał wszystkim udowadniać, jaki jest cool i zaradny (pochodzi z rodziny, gdzie jego ojczym znęcał się nad nim psychicznie i czasem fizycznie).
On o to wszystko nie chce walczyć i nie chce pójść na terapię. A ja nie wiem co mam zrobić, jak on nie chce nawet rozmawiać "bo mu się nie chce" i "ze mną się nie da".
.