Odkąd pamiętam, zawsze miałam problemy z pracą - albo pracowałam bez jakiejkolwiek umowy, albo w firmie która z dnia na dzień przestała istniec a prezesa ściga prokuratura...później trafiłam do firmy, w której wypłata za jeden miesiąc była płacona w ratach ciągnacych sie przez dwa miesiace ( z ktorej w koncu mnie zwolnili z powodu licznych redukcji etatow) albo tez firma tzw "kogucik" w ktorej bylam jedynym pracownikiem...siedzialam 8 godzin sama nie robiac kompletnie nic i zarabialam 1100zł z ktorej postanowilam sie zwolnic gdyz wprowadzala mnie w rozne dziwne stany...(akurat tej decyzji nie zaluje)...
Mam 25 lat, ukonczony jeden fakultet, jestem w trakcie robienia drugiego...jestem ambitna nie lubie sie nudzic, lubie gdy cos ode mnie zalezy, gdy jestem za cos odpowiedzialna i czuje ze w firmie jestem potrzebna...
Od czerwca szukam pracy...znowu...po wstepie do mojego wywodu mozecie sie domyslic, ze robilam to juz nie raz...biegam na rozmowy, buduje mnie nadzieja, czekam na telefon ktory jednak nie odpowiada- znow inni okazali sie lepsi a ja zostaje z niczym...
Moja sytuacja nie jest tragiczna, nie mam na utrzymaniu rodziny, dzieci...ponad rok temu z powodu rozstania z chlopakiem musialam wrocic do rodzicow i tutaj tez mieszkam do tej pory...za nic nie musze placic wiec naprawde jak wielu pewnie mysli, jestem w komfortowej sytuacji by na spokojnie poszukac dobrej pracy...takiej ktora nie dolaczy do mojej listy " zatrudnieniowych nieudacznikow"...problem w tym, ze powoli zaczynam tracic nadzieje...chodze coraz bardziej przybita, znudzona, na nic nie mam ochoty a nawet gdybym miala to nie stac mnie na inna rozrywke niz spacer...kazdy dzien wyglada tak samo, wstaje - sprzatam- szukam pracy- zjem cos - spie- ide na spacer- poczytam ksiazke -spotykam sie z chlopakiem- telewizor - spac...
Czuje sie jak stara kobieta ktora przezyla juz tyle,ze na wiecej nie ma ochoty, kompletnie nic mi sie nie chce, czuje sie bezużyteczna, do niczego, gorsza od inych itp itd. Wraz z kolejna utrata pracy utracilam zyciowa energie, entuzjazm...i wiare w to ze bedzie lepiej...bo jak mozna w to wierzyc po tylu upadkach...czasami nawet nie chce mi sie zyc...