Moja historia jest bardzo długa, zatem ciężko by tu opisać wszystko, ale postaram się opowiedzieć w wielkim skrócie.
Po 8 latach związków (1.5 + 3 + 3.5 roku) zostałam sama przez kogoś zraniona i porzucona (wcześniej to z mojej strony "przechodziło").
Celowo pominę opisywanie jak idealny i bajkowy był ten związek (oparty zresztą na 7-letniej przyjaźni), ponieważ ten etap rozpaczy już się dla mnie zakończył, pomogło mi również w tym czytanie tego forum, osób w podobnej sytuacji. Tylko czytanie, nie opisywanie.
Wracając. Zbieram się od ponad miesiąca, pierwsze 3. tygodnie to był dla mnie koszmar - niezdana sesja (na szczęście jest jeszcze słynny "wrzesień"), ledwo uczestnictwo w obowiązkowych uczelnianych 4-dniowych praktykach, spanie w zaciemnionym pokoju do 15tej, "przeżycie" dnia, zero jedzenia (jestem baaardzo szczupła, a schudłam przez to jeszcze 4-5kg), płacz naprawdę dzień w dzień. W końcu antydepresanty, które odłożyłam sama, bo tylko mnie usypiały bardziej. Myślałam, że nigdy nie pozbieram się do życia.
Tak było przez pierwsze 3. tygodnie, pomimo bliskich mi ludzi, którzy za wszelką cenę chcieli mi pomóc, wyciągali mnie wszedzie, wysłuchiwali, pisali ze mną. Ciężko opisać w słowach, jak bardzo jestem im za to wdzięczna i nigdy w życiu im nie zapomnę.
W końcu nastąpił jakiś przełom i przestałam pisać do byłego i cieszyć się z małych, codziennych rzeczy.
Poznałam też nowego przyjaciela, który swoją drogą, nie jest mi obojętny.
Ostatni tydzień był dla mnie jak nowe życie - nowe wspomnienia, niekojarzenie czegoś z Tamtym, robienie rzeczy, które dawniej mnie cieszyły, a o których zapomniałam, spotykanie się ze starymi znajomymi (włączając eks, ale tylko po kumpelsku).
I znowu upadłam, bo zdałam sobie sprawę, że ci wszyscy ludzie dookoła, to tak naprawdę po prostu znajomi, albo przyjaciele. Nikt, dla kogo byłabym najważniejsza na świecie. No może przesadzam, bo trzeba też żyć dla siebie, ale rozumiecie o co mi chodzi. Potrzebuję w tym wszystkim kogoś, kto będzie do mnie pisał, dzwonił, pytał jak się czuję, czy wróciłam bezpiecznie do domu, kiedy się spotkamy - kogoś, dla kogo będę ważna, będę tą drugą połówką. O kogo sama będę się troszczyć, w związku wkładam całe swoje serce, podobno to złe.
No i tu zaczyna się mój problem. Za bardzo przywiązuję się do otaczających mnie ludzi. Mogłabym jechać do dobrego przyjaciela i spędzić z nim cały dzień, nie chce mi się wracać do domu (w którym nawiasem mówiąc nie jest dobrze również...). Ale wiem, że on ma też swoje życie, więcej przyjaciół, ba, ma swoją dziewczynę, a ja ją bardzo szanuję i nigdy nie chciałabym wejść między nich. Koleżanki albo nie mają czasu, albo mają kogoś, z kim spędzą wieczór. Zostaję sama. I szukam wtedy kolegów. I tutaj też jest problem, ponieważ jako, że brzydka nie jestem, nie chwaląc się - mam spore powodzenie, ludzie się mną fascynują od pierwszego wejrzenia dosłownie, dlatego boję się wyjść za często, za długo z jakimś kolegą, by nie zrobił sobie nadziei. EMPATIA. To kolejny z moich problemów. Za bardzo dbam o uczucia innych. Ostatnio usłyszałam, że dziwne, że po tym jak mnie skrzywdzono, ja jeszcze przejmuję się tym, by nie skrzywdzić innych.
Usłyszałam także od przyjaciela, że mało zna takich osób. Osób o tak wielkim sercu, i że takie osoby cierpią na świecie najbardziej, ponieważ świat jest skur*ysyński. Od innego, że jestem osobą "do kochania". Że mam piękne serce, ale nie potrafię nim kierować. Za dużo we mnie uczuć. Chciałabym je wyłączyć. To jest coś, o czym marzę od miesiąca - żeby potrafić wyłączyć uczucia, wielu moich znajomych tak potrafi, ja niestety nie. Żyję dla ludzi. Oni są moją siłą napędową, dzięki nim chce mi się coś robić w życiu.
Chciałabym wyłączyć uczucia i nic od nikogo nie wymagać. Nie oczekiwać. Nie czekać na sms'a, na zagadanie na gadu, na fb. Na propozycję spaceru, porobienia czegoś razem. Ale tak właśnie mam. Czekam.
I owszem, piszą do mnie osoby, ale często te, które myślą sobie za dużo - jak już opisałam, nie chcę, żeby się zauroczyli we mnie. Takie osoby mnie czasem męczą. Zatem jednocześnie jestem sama i jednocześnie otoczona ludźmi, których nie bardzo bym chciała. "Sama w tłumie", jak to nazwałam.
Po tych 8. latach związków po raz pierwszy tak długo (ponad miesiąc) jestem sama. Z wyboru. Ponieważ ludzie uczą mnie żyć dla siebie, robić coś dla siebie. Zapomnieć o facetach na chwilę. Bo nawet, jeśli ktoś kiedyś będzie dla mnie, to w życiu może być różnie. Może znowu odejdzie, może spotka go nieszczęście, może umrze przede mną (odpukując wszystko po kolei). Co wtedy?
Wiem, że to smutne, co piszę, ale tylko w ten sposób próbuję wpoić sobie do głowy, że trzeba żyć dla siebie i nie przywiązywać się mocno do ludzi. Nie dociera.
Gdzie jest mój problem?
Czy to dom, w którym nigdy nie okazywano uczuć?
W którym panuje patologia odkąd sięgam pamięcią, i odkąd po prostu z niego wychodzę i zapominam?
Jak walczyć z tym, jak odzwyczaić się od ludzi, nie stawiać ich zawsze na pierwszym miejscu?
Jestem sama z wyboru. Ale nie wiem, czy się znowu nie zakochałam. I mam mętlik. Czy pożyć dla siebie, nauczyć się tego, czy znowu stworzyć piękny związek, który oczywiście znowu będzie niepewny? Ten, z którego się teraz "leczyłam" wydawał mi się tym "na zawsze"... Ale się wyleczyłam, chyba. Nie tęsknię, nie wróciłabym. Przynajmniej teraz. A kiedyś jeśli byłaby szansa, to mam nadzieję, że byłabym z kimś szczęśliwsza i eks dopiero zacząłby cierpieć, co i kogo zostawił.
Poza tym chciałabym się już chyba zaangażować. Nie chcę przechodzić tych wszystkich etapów zakochania od nowa i od nowa, motyle są fajne, ale wyrosłam z nich - to rok, dwa latania za kimś, zapominania o całym świecie, byleby poznać tego kogoś na wylot, tęsknienie dzień w dzień. Ileż razy można. Dopiero po zauroczeniu można robić coś totalnie dla siebie. Ja tak miałam. Było mi wspaniale. Do końcówki czerwca.
Mam 23 lata. Sporo przede mną. A jednocześnie dużo za mną. I jak nie popełniać tych samych błędów i nie przywiązać się do kogoś na zabój?