Witajcie.
Kochani Uzytkownicy, jako ze jestem tutaj zupelnie nowa prosze o wyrozumialosc, jesli cos sie powiela itd.
Zdecydowalam sie napisac na forum, bo czasem w kazdym z nas jest tak, ze cos wzbiera i wzbiera i nagle peka. we mnie wlasnie sie tak wezbralo .nie mam sie komu wyzalic ani zwierzyc z tego wszystkiego co siedzi we mnie.
Prosze Was jednoczesnie o Wasze zdania na temat, ktory zaraz porusze, rady - co zrobic, zmienic zeby bylo lepiej.
Moja sytuacja jest zapewne jak miliony innych. Zwiazek, ja i on. ale po kolei.
Z moim Cz. znamy sie od najdawniejszych lat. Chodzilismy do jedej podstawowki, mieszkalismy w tym samym miescie, mamy po 24 lata. razem jestesmy od ponad 3,5 roku, mieszkamy razem od roku. po pol roku od poczatku naszego bycia ze soba on wyjechal na dwa lata do szkoly. widywalismy sie raz na dwa trzy tygodnie. nie moge jednak powiedziec, ze bylo zle. wiadomo, odleglosc dawala nam w kosc, jednak zawsze robil wszystko, zeby moc do mnie przyjechac, spedzic ze soba czas. w czasie naszej rozlaki powstalo wiele planow na nasze wspolne zycie, bo Cz. od samego poczatku mowil, ze chce ze mna sie zestarzec. i tak, ustalilismy, ze zaraz po jego szkole wprowadza sie do miasta, w ktorym studiowalam, tutaj zreszta dostal prace, wynajmujemy mieszkanie i spelniamy nasze pierwsze wielkie marzenie - koniec rozlaki, wreszcie wspolne zycie. i tak sie stalo. dokladnie rok temu wynajelismy mieszkanie, zaczelismy wspolne zycie. bylo wspaniale, w zasadzie jest tak czasem jeszcze teraz. jest strazakiem, dlatego z pracy wraca rano. czasem przynosil mi kwiatki, zawsze po wejsciu idzie przywitac sie czule ze mna. nie ukrywam, pod tym wzgledem nie mam mu nic do zarzucienia. dotarlismy sie naprawde super. nie klocimy sie o zmywanie, kto robi obiad czy o zakupy. wydatkami dzielimy sie po polowie, obowiazkami tez. od kiedy rozpoczelam prace, za kazdym razem kiedy jest w domu robi mi obiadki, herbatki... mozna powiedziec sielanka...
zeby nie bylo, ze problemow nie mamy...
zdarzaja sie nam sprzeczki, klotnie mniejsze i wieksze, ale ostatnio z drobiazgu zaczynaja sie tworzyc czasem calodzienne awantury. podczas nich padaja bardzo ale to bardzo obrazliwe slowa (zarowno w jego kierunku jak i moim), on zawsze jest ta strona spokojniejsza, jednak kazdy ma swoje granice. czasem zdarza sie mu rozplakac po tym, co powiem, a czasem po prostu ubiera sie i wychodzi. zdarzylo sie tez, ze dwa razy uderzylam go w twarz, bo po prostu stracilam juz nad soba kontrole. wiele razy pod wplywem klotni mowil, ze sie wyprowadzi, ze mam szukac sobie nowego lokatora lub nowego mieszkania. jednak kiedy emocje opadaja przeprasza za swoje zachowanie, ze mnie obrazil, ze wcale nie chce sie wyprowadzac. ja rowniez go przepraszam. jednak tak jest do kolejnego wybuchu (a do tego potrzeba nam bardzo niewiele). tu jest moj pierwszy wielki bol... co zrobic, zeby te awantury, ktore jak ostatnio przyznal, wykanczaja go, zaprzestac? o co sie klocimy? najczesciej o glupoty, typu: mowie, ze jest obiad na stole, on ze zaraz i to trwa duzo wiecej niz zaraz... zaczyna sie wtedy delikatnie od: to ja dla ciebie sie staram, a ty wolisz posiedziec przez telewizorem niz zjesc.i lawina rusza, konczac na ogromnej bolesnej awanturze. za kazdym razem, kiedy mowi, ze cos mu nie odpowiada, mowie, ze zawsze moze sobie mnie zmienic na lepsza, skoro jestem taka zla. wiem, ze go to boli, ale mnie chyba walsnie o to chodzi, zeby po prostu zrobic mu na zlosc, uderzyc w najczulszy punkt i zadac bol. sam powiedzial, ze moje lzy na niego nie dzialaja, ale jego na mnie bardzo... czuje sie wtedy bardzo zle.
wine za kazda awanture z wiekszego czy mniejszego powodu zwala na mnie, przy czym nie zawsze to faktycznie moja wina.mowilam mu o tym, ze nie zawsze faktycznie to ja jestem ta zla, ale on idzie w zaparte ze to moja wina.
sprawa numer dwa, ktora mnie nurtuje bardzo i tez jest przyczyna awantur miedzy nami, to jego rodzina. ma troje mlodszego rodzenstwa, rodzicow. mieszkaja od nas 140 km, tak wiec nie maja szans na keirowanie naszym zyciem, zreszta jego rodzice sa moze niezbyt zamozni, ale dobrzy. znamy sie od lat i nigdy, przenigdy nie dali mi odczuc czy cos ze jestem osoba nieakceptowana, ze maja do mnie "cos". za kazdym razem, kiedy kontaktuja sie z Cz. pytaja o mnie, pozdrawiaja itd, wiec nie chodzi o jakies relacje cos na wzor tesciowa - synowa. nie mieli nic przeciwko naszemu wspolnemu zamieszkaniu. jednyne co mnie hmm....denerwuje jest fakt, ze jestesmy ze soba 3,5 roku ponad, mieszkamy ze soba rok, a ja bylam u niego jedynie 2 razy... pochodzimy z jednej miejscowosci, nasze rodziny znaja sie. on u mnie jest stalym bywalcem. przyjezdzajac w trakcie szkoly spedzal u mnie praktycznie caly weekend. moja rodzina go bardzo lubi, akceptuje, jest naszym gosciem podczas kazdych swiat, kazdej uroczystosci. jest czlonkiem rodziny. dlugo zbieralam sie, zeby powiedziec Cz. o tym, ze taka sytuacja sprawia mi przykrosc, bo nie chodzi o wspolne obiadki, ale kiedy juz razem jestesmy w naszej miejscowosci, to byloby milo, gdyby zaprosil mnie chociaz na herbate. z tej rozmowy wyniknela ogromna awantura. jak stwierdzil, nie poinformowalam go, ze chcialabym przychodzic do niego, dlatego tez nie proponowal, bo jak sama kiedys powiedzialam, przesiadywanie u faceta byloby dla mnie nie na miejscu. nie dotarly do niego tlumaczenia, ze chyba nie trudno sie domyslec, ze to raczej naturalne, ze skoro mieszkamy razem, jestemy ze soba uz kawalek, to czasem moglby mnie zabrac do siebie. uparl sie ze to moj wymysl, moje widzimisie, ze go nie poinformowalam, a robie awanture (rozmawialam z nim najspokojniej na swiecie, to on podniosl glos, ale jak zwykle wina byla moja).
jego rodzina jako caloksztalt denerwuje mnie jednak w pewnej kwestii. nie znosze, kiedy do nich jezdzi. jako, ze mamy rozne prace i nie mozemy jezdzic oboje razem, jezdzimy oddzielnie. zwykle wtedy zostawia mnie na dwa dni. i przez dwa dni jest miedzy nami zle. jest najstarszy z rodzenstwa i najlepiej tez powodzi sie mu w zyciu. mam poczucie, ze oni po prostu wyciagaja od niego pieniadze, ze najzwyczajniej w swiecie jest ich sponsorem. niebawem jego 19-letnia siostra urodzi i jestem pewna, ze bedzie finansowal to dziecko. ona nie jest w stanie, bo nie pracuje, szanowny tatus tez. o to tez jest wiele awantur. niby mowi, ze nie bedzie nikogo sponsorowal, utrzymywal, to wiem, ze po praniu mozgu przez bliskich zrobi co mu kaza. tak bylo, kiedy najmlodsza siostra miala komunie. otrzymal dzien wczesniej sms, ze ma jej kupic prezent, bo mala na niego czeka. nie sadze, ze takie rzeczy jest sobie w stanie wymyslec mala, 8 letnia dziewczyna. zwlaszcza, ze u niego prezenty dawane sobie wzajemnie sa rzadkoscia...
jeszcze jedna sprawa, ktora mi bardzo lezy na sercu, to nasze plany na przyszlosc. wielokrotnie zapewnial mnie, ze chce byc ze mna do konca zycia, ze ja jestem ta wlasciwa, ze chce mi sie oswiadczyc i wziac slub, zbudowac dom i miec dzieci. poki co nic w tym celu sie nie dzieje. okres wspolnego mieszkania mial byc przejsciowy, ok.roku. mija rok i nic sie nie dzieje. za kazdym razem mi tlumaczy, ze najpierw musi zebrac pieniadze na slub, ze nie chce byc narzeczonym wiele lat, tylko zareczyny i za rok slub, ze nie chce tez zyc na kocia lape caly czas. ok, fajnie ze jest odpowiedzialny i mysli powaznie o calym przedsiewzieciu. jednak za kazdym razem kiedy pytam ze moze bysmy podjeli jakas decyzje, to slysze, ze on ma czas, ze jemu sie nie spieszy, ze to tylko papier, ze nic miedzy nami nie zmieni. nie mam jakiegos wielkiego cisnienia na slub, po prostu chcialabym wiedziec czy mam na co czekac jeszcze czy juz nie. za kazdym razem bardzo sie denerwuje. nie poruszam zatem tego tematu. ostatnio wybuchnal na mnie z powodu bardzo drobnego, bo wspomnialam o zblizajacym sie weselu kolezanki. zdenerwowal sie, ze znowu wracam do tematu, ze naciskam na niego i ze dopoki bede naciskac, to na pewno "nic nie bedzie".
przepraszam, ze taki elaborat mi wyszedl. musialam sie wyzalic i wyrzucic wszystko z siebie. mam nadzieje, ze pomozecie mi choc w czesci zeby wszystko jakos poukladac. czy to ze mna jest cos nie tak czy on jest dziwny? czy rzeczywiscie wina lezy tylko po mojej stronie? kochamy sie oblednie, nie potrafilibysmy bez siebie zyc. wiem, ze jest moja jedyna miloscia, podobnie jak ja jego, jednak dzieje sie zle. prosze Was o pomoc, bo sama nie potrafie chyba wszystkiego pojac.