Witajcie,
mój problem - związałam się z Piotrusiem Panem: jedynak wychowany przez mamę i dziadków, zauważalna większość "objawów". Historia jakich wiele... trwa to łącznie już od ponad 6 lat. Półtora roku temu po ok 6 m-cznym rozstaniu (był całkowity brak kontaktu) przyszedł i mówił pięknie o tym ile zrozumiał przez ten czas, że się zmienił itp itd. Po kilku m-cach "wychodził" swoje, przez ten czas obserwowałam go i widziałam, że zmiany są. Po ok roku od powrotu i zamieszkania razem widzę, że niektóre sprawy się nie zmieniły.
Ostatnio po małym zgrzycie (których jest coraz więcej) powiedziałam mu, że musimy iść do terapeuty bo inaczej nie jesteśmy w stanie się dogadać powtarzając wciąż ten sam schemat - kłótnia, rozmowa, godzenie się a potem cisza o problemach, które nie zostały do końca omówione. Dałam mu 5 dni na przemyślenie i podjęcie decyzji, po ok 30 min sytwierdził, że to ja mam problem i to ja powinnam iść do specjalisty a jak rozwiążę już swoje problemy to wtedy możemy pomyśleć.
Proszę nie opisujcie tu swoich historii i tego, że jesteście w takiej samej sytuacji - tego na tym forum jest sporo.
Chcę konkretnej odpowiedzi co mam zrobić? Rozstania nie biorę pod uwagę bo to pójście na łatwiznę! Kochamy się i oboje przekonaliśmy się, że rozstania nam nie wychodzą i jest to ostateczne wyjście z tej sytuacji. Jak namówić go na wizytę u psychologa? Nie mogę mu powiedzieć wprost co podejrzewam bo wiadomo jak to się skończy.
Proszę pomóżcie!