Hej ;/
Poznałam prawie rok temu fajnego chłopaka. Niedługo wcześniej wzięłam też kredyt na bardzo niskich stopach procentowych, więc jestem wśród szczęśliwców max wzrostu raty. Aktualnie jest mi ciężko, rata wynosi 2600 miesięcznie i od listopada wzrośnie do 3000 PLN. Oczywiście do tego dochodzą opłaty 300zł miesięcznie (prąd, gaz).
Zdecydowaliśmy się zamieszkać razem i doszło do rozmowy. Chłopak wynajmował kawalerkę za 1200zł miesięcznie, teraz wprowadza się do mnie i zaproponował robić wspólny budżet na zakupy i że będzie płacił połowę opłat czyli 150zł miesięcznie. Kredyt jest mój, więc nie chce spłacać mi domu bo jak się rozstaniemy to zostanie z niczym....
Ja nie naciskałam, bo nie chcę w żaden sposób mieć z Niego korzyść finansową, ale...no właśnie. Rata zabiera połowę moich zarobków, mam jeszcze 20 tys. długów, żyje mi się ciężko. Chłopak wychodzi na tym lepiej bo nagle nie płaci już za wynajem i ma +1000 do kieszeni
Do tego ma swoje mieszkanie bez kredytu w innym mieście, z które wynajmuje i też z tego leci mu kasa.
Ja nie zaglądam nikomu do kieszeni, ale im bliżej wprowadzki to czuję się źle, bo jeszcze nie dawno myślałam, że jednak trochę mnie od odciąży, dając chociażby z 500zł miesięcznie chociaż, a tutaj kicha.
Chłopak wprowadzi się do 2 piętrowego domu, będzie mieć własne pomieszczenie do pracy. Dom sama wykończyłam, była to deweloperka, więc wszystko jest nowe, czyste. Jest tutaj ze 100m2 + ogród.
Czy jestem roszczeniowa? Czy taki układ jest okej, aby nie dopłacał się nic do mojego kredytu?
Jak byście to rozegrali na moim miejscu?