Witam Wszystkich!
Mimo, że przeczytałam już kilka wątków o podobnej tematyce, to chciałabym mimo wszystko podzielić się swoim przypadkiem. Moze ktoś mi cos doradzi? Mam znajomych, ale nie chcę im juz tyle "truć dupy" - moje problemy trwają od dawna i zdaje sobie sprawę,że jestem męcząca.
Nie wiem skad mi się to wzięło, ale mam jakis przerost ambicji, jakieś absurdalne dążenie do perfekcji, które ma być moją osobowością - jestem jedynaczką, ale ani za dzieciaka ani kiedykolwiek nikt nigdy ode mnie nie wymagał nie wiadomo czego. Tak do gimnazjum wiodło mi się nieźle, tzn wysoka średnia w szkole, znajomi, nawinęła sie nawet pierwsza miłość. Ale zawsze, nawet wtedy marudziłam,ze jestem gruba, brzydka tratatatatata. I kiedy poszłam do LO, do nowych ludzi, tamta milosc mnie zostawiła a ja przestałam być pierwsza uczennicą w szkole, to się pogubiłam. Wtedy to napawdę zaczęłam wierzyć,ze jestem beznadziejna.
No i w jakimś sesnie to złe myślenie o sobie trwa do dzisiaj (aha - kończę studia niedługo), bo pomimo pracy nasd sobą i jakiś sukcesów, to ciagle nie jestem wystarczajaco dobra dla samej siebie.
Nie jestem brzydka (choć mam bliznę na piersi, krzywe cycki, poranione nogi od depilacji ), po prostu nie na tyle brzydka, by ludzie uciekali z krzykiem, ale do femme fatal mi daleko (a szczerze mówiac taki typ kobiety to mój ideał - też ze względu na pewność siebie). Nie podobam się sobie, nie reprezentuję typu urody, który mi się podoba. To jak mam się pdoobać innym? Nawet , jeśli ktoś by się we mnie zakochał, to to odrzucę, będe kwestionować (o czym dalej jeszcze).
Czuję,ze sie nie podobam facetom. Wygląda na to, że mój pierwszy i jak dotąd jedyny poważny związek okazał sie niewypałem. Sądziłam,że mimo wszytsko, nawet jeśłi to nie była miłosć, to ktoś w stylu bratniej duszy. a niedawno sie dowiedziałam,że wg niego głównie nas połączyły wspólne WADY. tak własnie...
Poza tym zerwał ze mną, bo nie byłam juz aż tak atrakcyjna, wesoła, spontaniczna, za dużo marudziłam o swoich kompleksach...
Mam taką teorię, ze pociągają mnie faceci dziwni, nietypowi, w zasadzie tacy, którzy nie nadają sie do związku(patrząc na to obiektywnie, a nie wtedy, gdy sie zainteresuję). I niedawno sobie pomyslałam, że wynikać to moze z tego ciągłego poczucia niskiej wartości. Że normalnemu, wartościowemu facetowi 9który też moze mieć ciekawa osobowść), sie nie spodobam, no bo co mu się we nie spodoba?
Jest taka sentencja, by "Szukać szczęścia w sobie, a nie w innych" czy jakos tak.
Mój zasadniczy problem polega na tym,że całe swoje jestestwo uzależniam od świata zewnętrznego: od opinii innych, od standardów z kolorowych pism, od porad na forum (tu pozdrawiam Was serdecznie), przy czym jednocześnie zdaję sobie sprawę,że to wszystko to pic na wodę i choćby mi przyznano Nobla, tytuł Miss Universe to ja i tak powiem : "to wszystko nieważne".
Bo to jest nieważne, a to co jest naprawdę ważne powinno byc we mnie - tyle,że mam wrażenie, jakby tu w srodku nic nie było...
Mam wrażenie,że moja osobowosć to jeden wielki Kompleks. Nie wiem jaka jestem, nie umiem chyba cieszyć się życiem. Chciałabym "cos z sobą zrobić",ale nie mam pojęcia co... Bo jak juz cos robię, to ciągle widze wartosc w tym co zewnętrzne, co powierzchowne. Nie umiem nabrać dystansu. Kiedy myślę o sobie, to zawsze "projektujac" siebie. I w ogóle mam wrażenie,ze zdecydowanie za duzo czasu poswiecam ona ocenianie swojego wyglądu, na porównywaniu z innymi...
Do tego wszytskiego dochodzi samotność. Mam znajomych,ale głównie znajome - już w związkach, czesto wieloletnich. Nie mam takiego kolegi, ktorego moglabym spytać czy moge sie podobać itd.
Ciągle myśle o tym,ze chciałabym kochać, ze chciałabym kogoś poznać... Ale to takie błędne koło, bo w obecnym stanie nie mam nic do zaoferowania ewentualnemu partnerowi. Trochę zachowuję się, jakby moim jedynym celem w życiu była miłość i przez to gdzieś gubię siebie, resztę swojego życia...!
Mam poczucie, jakbym się bardzo mocno pogubiła i coś skopała po drodze. Bez odnalezienia wewnętrznej równowagi raczej nie mam co marzyć o związku... ale wiem,że będe marzyć i suzkac mimo to, dlatego chciałam was się psytac, poradzić... Co ja mam ze sobą zrobic? Strasznie sie boję,że będe sama, że nikt mnie nie pokocha (tak jak dotąd nikt nie kochał)...
Podchodzę do życia dość serio ( co nie znaczy, że się nie wydurniam - ostatecznie jednak sprawiam wrażenie osoby poważnej)