Krążę i krążę nad tym forum od kilku miesięcy, szukałam ludzi z podobnymi problemami (aby znaleść rozwiązanie swojego bez otwierania się), było dużo problemów bardziej banalnych jak i tych poważniejszych, ale jakoś nie pomogło mi to z moimi zmaganiami. Chociaż czasami wydaje mi się, że sobie już radzę, ale potem znowu jest gorzej. Dlatego w końcu spróbuję się jednak otworzyć, może to mi pomoże... Mam nadzieję, chociaż nie wiem czy odważę się przeczytać Wasze odpowiedzi...
Do rzeczy. To jest taki "problem bez problemu", dla niektórych naprawdę błahostka do której nie przyłożyli by większej wagi, a mi to spędza sen z powiek, czas mija a ja czuję się co raz gorzej. Bardzo możliwe, że wyolbrzymiam, przesadzam. Jednak to nie zmienia tego jak źle się czuję, więc takie wyjaśnienie sprawy mi za bardzo nie pomoże
Jesteśmy z mężem już kilka lat po ślubie, mamy rocznego maluszka, dobrze nam się układa, bardzo się kochamy, jesteśmy co raz bardziej zgrani, często czuję się przy mężu tak jak te 9 lat temu kiedy go poznałam. Fakt, jest oszczędny w okazywaniu uczuć, mało romantyczny (raczej z lenistwa), potrafi nmnie naprawdę rozczarować niektórymi zachowaniami... Ale to tak jak w każdym innym związku szczęśliwym i nieszczęśliwym.
Jest jedna rzecz, którą mój mąż zrobił, a raczej bardzo źle zrobił przed ślubem. (I teraz proszę się dokładnie wczytać by nie było nieporozumień, że jestem materialistką, albo niepoprawną marzycielką) Z moim mężem rozmawialiśmy o ślubie już rok po poznaniu się, on nalegał, ja chciałam "dorosnąć", bo bylisy jeszcze gówniarzami. Ale ogólnie podchodziłam entuzjastycznie do tego pomysłu. Czasami potrafił mi opowiadać jak pięknie mi się oświadczy (nie wdawając się w szczegóły), ja sobie marzyłam, cieszyłam się na tą chwilę. Mijały lata, przeszliśmy bardzo dużo przez ten czas w naszym związku, głównie przez mojego męża, ale radziliśmy sobie z trudnościami, mimo że było mi przykro, że on je na nas sprowadzał. Ale każdy popełnia błędy. Byliśmy już na wysokim (nie wiem jak to napisać? high lvl?
) etapie związku, tyle razem przeszliśmy jak niejedno małżeństwo z długim stażem, czekałam na jakąs deklarację, że on myśli o mnie poważnie, że już nie będzie więcej problemów (powodowanych przez neigo) i możemy iść dalej razem przez życie, potem oświadczyny (skoro tak dużo o tym opowiadał), ślub itd. Oczywiście bez żadnego założenia czasowego, po prostu chciałam wiedzieć, czy dalej idziemy razem przez życie czy stoimy w miejscu (w tym mialam dużo ważnych powodów dla których chciałam wiedzieć na czym stoję). No ale sobie tak czekałam (tak jak wiele kobiet nieszczęśnic
he he ). W końcu po długim czasie usłyszałam jak mój wtedy chłopak zasugerował mi, że "za rok bierzemy ślub". Potem chciał żebyśmy zaczęli się oglądać za salami, zespołami itd. Następnie znów temat ucichł, a ja sobie czekałam. W końcu się zapytałam o co chodzi, to się tak pokrętnie dowiedziałam, że musimy powiedzieć rodzicom o ślubie, ale najpierw on musi mi kupić pierścionek itd. Oczywiście cały czas czekałam na oświadczyny, przestałam sie interesować organizowaniem "ślubu widmo", czułam się żałośnie. Czekałam. Znowu rozmawialiśmy na ten temat. Nic. Przestałam rozumieć o co chodzi, chciałam odejść bo myślałam, że on po prostu nie potrafi się ze mną rozstać. Ale on nie chciał sie rozstać, dalej mówił że chce mi się oświadczyć. No do cho*ery, ile można tak zwodzić? Już nie wspomnę o tym jak się głupia cieszyłam jak gdzieś wychodziliśmy razem, malowałam się, szykowałam, wyobrażałam sobie jak mi się oświadczy skoro tak dlugo to odklada, pewnie coś szykuje pomysłowego itd. A tu nic. W końcu sobie wymyślił, że pojedziemy na miasto, on kupi mi pierścionek, potem mi się oświadczy. Głupio się zgodziłam, chyba przez to całe zamieszanie, po prostu już chciałam mieć to z głowy, było mi strasznie przykro, że tak się dzieje, ale nie wiedziałam co mam zrobić, teraz bym wiedziała, ale wtedy moje poczucie wartości było już na takim niskim poziomie... Nie sądzę by zrozumiał to ktoś kto nie był w podobnej sytuacji. Koniec końców, te jego zapowiadane "cudowne" oświadczyny, odbyły się bez jakichkolwiek starań z jego strony, nie miał na nie żadnego pomysłu. Było mi przykro, rozmawialiśmy o tym. Myślałam, że mi to wszystko wynagrodzi jak zrozumie jak było mi przykro, ale nic z tych rzeczy. Potem już do ślubu za dużo o tym nie myślałam, były problemy z jego rodziną (nie byli przeciwko, inne problemy robili), to przez nich miałam ochotę sie wycofać, bo całą radość przygotowań mi psuli. Ale przecież nie z rodziną brałam ślub tylko z ukochanym, więc dalej radziliśmy sobie z problemami. Ukochany dużo pomagał mi w przygotowaniach, był bardzo zaangażowany, mówił mi o swoim szczęściu itd (więc nie miałam powodu by się zastanawiać, że to ślub z "musu"). Dzień ślubu był piękny, chociaż moja nowa rodzina go trochę sabotowała... Ale ja nie o tym
Najpierw długi czas była poślubna euforia, potem znów było mi przykro bo nie odbyliśmy podrózy poslubnej, chociaż to było jedno z moich największych marzeń, nigdy nie byłam za granicą, kasy za dużo nie mamy i prawdopodobnie podróż poślubna to była jedyna okazja do takiej wycieczki
Przed ślubem dużo wtedy przyszłemu mężowi opowiadałam o tym jak bardzo bym chciała żebyśmy wyjechali, szukałam ofert, ale on stwierdził, że nie musimy nigdzie jechać
Potem znów o tym wszystkim nie myślalam, bo miałam pisanie i obronę pracy dyplomowej. Potem ciąża. Gdzieś z tyłu głowy cały czas miałam żal o to, jak to wszystko się odbyło. A teraz od jakiegoś czasu to wszystko do mnie wraca. Rozmawiałam wiele razy o tym z mężem. Jest mu przykro, mówi że nie wie dlaczego takie przykrości mi robił, że mnie kocha, że mi to wynagrodzi. Niestety jak zwykle kończy się na słowach. Mimo, że jesteśmy szczęśliwi, kochamy się, dogadujemy się itd to kładzie to cień na naszym związku. To znaczy ja sobie nie mogę z tym poradzić niestety
A bardzo bym chciała przejść nad tym do porządku dziennego. Ale jak wracam do tego myślami to czuję się tak mało warta. Staram się nie przyrównywać do innych, ale jak widzę jak koleżanki się zaręczają i jak ich narzeczeni się starają o ich rękę ( po prostu robią cokolwiek, albo robią to z zaskoczenia w odpowiednim momencie), to zaczynam płakać, ciężko mi się o tym rozmawia z kimkolwiek, poza mężem z nikim o tym nie potrafiłam rozmawiać, nie chcę widzieć współczucia na twarzy przyjaciółek. Kilka razy w towarzystwie na imprezie ktoś powiedział coś w stylu "jak może się facet w ogóle nie postarać, nie okazać szacunku kobiecie", prawie pod stół weszłam dosłownie...
No to się "wygadałam". Bardzo prosiłabym o jakąś radę kobiety które były lub są w podobnej sytuacji, nie za bardzo wierzę, że inna potrafiłaby mnie zrozumieć. Chcę tylko wiedzieć, jak sobie z tym poradzić? Jak o tym nie myśleć? Jak się z tym pogodzić?
I błagam żadnych opisów pięknych oświadczyn, bo po prostu będzie mi przykro.