Rozmawiałem z nią o tym i postawiłem sprawę jasno - ja się będę starał, aby pokazać, że potrafię się zmienić, ale w zamian oczekuję szczerości i wierności w czasie, który ona potrzebuje na przemyśle swoich/moich/naszych błędów i podjęcie decyzji co do ewentualnej wspólnej przyszłości. Jednak te resztki dumy nie pozwalają mi być zapchajdziurą jej wolnego czasu, czy ramieniem, w które może się wypłakać z braku innego, lepszego ramienia. Stwierdziła, że nie planuje z nikim się spotykać, ale jeśli zacznie się z kimś innym umawiać to mi to powie. Wygodne i zachowawcze, nie zobowiązujące na dobrą sprawę do niczego. Ale biorąc pod uwagę problemy jakie przeszliśmy to odnoszę wrażenie, że wystarczająco uczciwe. Zmusza mnie to do zaufania i starania się - zapewne stąd takie podejście do tematu z jej strony. Staram się wierzyć i ufać, bo jak twierdzi, to coś do mnie jeszcze czuje. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że może to być zwykłe wygodnictwo z jej strony, bo ma przyjaciela i wsparcie we mnie, a jednocześnie może się umawiać i spotykać z innymi, bo do niczego się nie zobowiązała....ale staram się tych myśli do siebie nie dopuszczać. Zobaczymy ile ten stan potrwa. Spodziewam się, że od kilku tygodni w górę. Jeśli sytuacja się nie zmieni przez pierwsze 2-3 miesiące to ja pasuję. Wydaje mi się, że tyle czasu wystarczy, aby upewnić się, że zmiany w zachowaniu tej drugiej osoby (czyli moje) są raczej trwałe, a nie jednorazowe. Wystarczy też, aby przemyśleć wszystkie swoje problemy. Jeśli to będzie trwało, albo jeśli wyczuję, ze ma kogoś na boku....ciężko to zniosę i nie wiem co zrobię, ani jak to przeżyję, ale nie będę jej, jak to ładnie określiłaś, "pogotowiem".
Owszem nie jestem bez winy. Dałem ciała na kilku płaszczyznach i zdaję sobie z tego sprawę. Wydaje mi się jednak, że przyczyną moich błędów było jej zachowanie, a nie ja sam w sobie. Choć może jest to mylne przekonanie. Tak czy inaczej chcę pracować na swoimi wadami, czyli głównie z nieufnością, opryskliwością i arogancją oraz złośliwością. Ale też nie jest tak źle. Z poznawaniem nowych ludzi jakoś do tej pory nie miałem nigdy problemu (i zawsze byłem duszą towarzystwa), ale z utrzymaniem więzi już tak, ale to ze względu na ciągłe przeprowadzki, zmiany szkół/pracy itp, a nie ze względu na jakieś rażące wady w moich charakterze.
Co do sprawy seksu....wiele o tym myślałem. Naprawdę dużo. Od dawna ma problemy z okresem - a to jakieś upławy (popławy?), a to jakieś nadżerki, a to torbiele na jajnikach itp. Sam okres też jej się zawsze wahał - od tych dwudziestu kilku do niemal 40 dni i potrafiła go mieć niemal przez dwa tygodnie i to masakrycznie obwity. Długi czas byłem jej jedynym, a ja przed nią miałem kilka partnerek i to też było dla niej bardzo trudne. Podobnie jak to, że wszystkie jej koleżanki* (podobno, bo nie chce mi się w to wierzyć) dochodzą waginalnie, a ona jedynie poprzez stymulację łechtaczki (na szczęście bez problemów i orgazm wielokrotny nie jest wyzwaniem). Z tego wszystkiego jakieś półtora roku bierze pigułki, ale znowu coś się dzieje nie tak, jakieś czopki dopochwowe bierze, niedługo jakieś badania (kolejne) ma mieć. Zdaję sobie sprawę, że to może męczyć, podminowywać, ale pomimo tego wszystkiego to nie ma aż takiej tragedii jak mogłoby się wydawać. W tych trudnych chwilach starałem się być dla niej wsparciem, choć nie zawsze się to udawało, bo moja frustracja spowodowana brakiem seksu spowodowała, że momentami nie chciało mi się wierzyć w te jej problemy. Tym bardziej, że ona nie przejawiała zainteresowania, aby pobawić się w inny sposób w momencie jeśli seks nie jest możliwy. Swoim zachowaniem spowodowałem na pewno, że się na mnie wyłączyła. A przynajmniej tak przypuszczam. I to też mnie bardzo boli. Świadomość, że to ja sam mogę być przyczyną jej problemów, które odbijają się na mnie i naszym związku mnie przytłacza.
Tych fajnych kobiet to nie spotkałem jeszcze. Słyszałem o nich w opowieściach, ale nie spotkałem.
Nie jestem w ich typie niestety...
* szczerze mówiąc to zawsze mam wrażenie, że im częściej się z nimi spotyka tym gorzej jest potem między nami. Może to subiektywne uczucie, ale widziałem jak one (zwłaszcza jedna, akurat jej najbliższa koleżanka) były zazdrosne o nas, bo my byliśmy wtedy zakochani i szczęśliwy, a one same, albo w toksycznych związkach gorszych niż to co teraz jest między nami. JA się oświadczyłem, to one zaraz szybciutko też, albo łapały mężulka na wpadkę. Przynajmniej takie są moje odczucia.....