Kochani proszę pomóżcie !!!
Jestem 8 lat po ślubie, mam dwoje dzieci.
Półtorej miesiąca temu odeszłam od męża, a w zasadzie uciekłam. Podczas imprezy urodzinowej wypil trochę (był wstawiony) grozil mi początkowo nożem że mnie zabije, zje mi serce na śniadanie (byl to dla mnie koszmar psychiczny), córka ze strachu zadzwoniła na policję, po przyjeździe policji ucieklam razem z dziećmi. Taka sytuacja miała miejsce pierwszy raz, ale zblokowała mnie niesamowicie.
Dodam że do tej pory oboje pracowalismy u teściów (to zamożni ludzie) i mieszkaliśmy obok nich, w domu który wybudowali oni, czyli w ich domu. Mąż już kilkakrotnie mnie z niego wyrzucał, bo nic nie miałam.
Zawsze robiłam to co chciał mąż, przepraszałam nawet wtedy kiedy on robił źle. Miewał przelotne znajomości, wybaczałam, blagałam zeby był z nami. On nigdy nie przepraszał. Jak nie było po jego mysli to nie było wcale... I tak 8 lat.
Po zdarzeniu odeszlam z pracy od teściow. Chcialam w końcu znaleźć pracę niezależną, żeby nikt nigdy więcej nikt mi nie powiedział że nic nie mam.
Przez ten ostatni czas byłam kilka razy u psychologa z dziećmi i ze sobą.
Mąż przez pierwsze dni próbował zwalić na mnie calą winę, że to przeze mnie się tak zachował. Potem przez kolejne dni obiecywał poprawę, caly czas mówil że nas kocha, że to się wiecej nie powtórzy. Dwa razy był u psychiatry, dostał tabletki na uspokojenie i na sen. Okazało się że nie do końca byl szczery z tymi jak się okazało dwoma lekarzami (byłam u tego drugiego osobiście, bo chcialam wiedzieć co mu powiedzial). Następnych 5 dni byl w szpitalu , bo stwierdzil że coś jest z nim nie tak i musi zrobić porządek ze swoim zdrowiem (przez ten czas wyleczyl zatoki). Gdy on był w szpitalu przez te dni byłam w domu, ze względu na naszego psa, nie mogłam go zabrać. Te 5 dni były dla mnie męczarnią, każdy kąt wywoływał złe wspomnienia. Mąż myśłał że jak juz byłam kilka dni w domu to juz zostanę. Ja jednak nie byłam w stanie tam zostać. Powiedziałam że jedyną szansą na to aby uratować to malżeństwo jest to abyśmy wynajęli gdzieś mieszkanie i zacząli wszystko od nowa, a poza tym chciałam abyśmy poszli na terapię małżeńską.
Następny tydzień mąż byl idealem, chciał się starać nawet na odleglość, zabrał nas do kina, mnie raz na kawę. Twierdzil że będzie dobrze. Ale za nic w świecie nie bylo mowy o tym żeby odszedl z domu ojca. Stwierdzil że jak odejdzie to ojciec zrobi mu na zlość i on nie dostanie nic na co pracowaliśmy tyle lat. Po tygodniu stwierdzil że jak nie chce wrocić do domu to nie ma sensu bo to malżeństwo i tak umrze a on już nie będzie się staral. Powiedzial że to koniec. Powiedział ze sklada papiery rozwodowe. Na dzieci przez te półtorek m-ca dał 600 zł bo powiedzial że miał cięzki miesiąć, a sam kupił sobie komputer za prawie 3000. Jakby nie moi rodzice to nie wiem jak dalabym rady. Teściowie nawet nie zainteresowali się tym jak się czuję. Wg jego rodziców jestem winna bo on przecież obiecywal mi zmianę a ja nie chce wrócić. Tylko problem w tym że on tylko obiecywal a nawet do tego psychologa nie zadzwonil. Dzieci zabiera czasami do siebie.
Na początku tygodnia dzieci po ostatniej wizycie u niego poinformowały mnie ze tata ma nową koleżankę, słyszały jak z nią rozmawia przez telefon. Oczywiście większości się wyparł, bo od kilku dni znowu chce ratować rodzinę bo nas bardzo kocha, ale tylko pod warunkiem że wrócę do domu.
Kocham go i powiedzialam mu tysięczny raz ze możemy być razem ale w innym mieszkaniu, z dala od jego ojca, który nim manipuluje,i że będziemy chodzić na terapię. Zgodził się tylko na terapie,ale w zamian musze wrócić. I tu pojawia się problem, ja nie będę w tym domu szczęśliwa, a on nawet nie chce tego przyjąć do wiadomości.
Od wczoraj dostalam od niego kilka wiadomości w których pisał że najlepiej dla nas wszystkich będzie jak on się usunie z naszego życia, że nie jest nam już do niczego potrzebny, że ja mialabym drogę wolna i wtedy jakby się usunął to bylibyśmy z dzieści szczęśliwi.Ze czeka do poniedziałku na moją decyzję o powrocie, jeśli nie to on przerwie to wszystko bo już dłużej nie może, ze będzie nam wtedy dobrze bez nigo niby tak jak chcemy...Córce wysłał wiadomość żeby pamiętała ze bardzo ją kocha, i jak jej będzie źle to niech wie ze tata jest tam gdzieś i o niej mysli. że nie może jej teraz wytłumaczyć o co chodzi ale kiedyś sama zrozumie, że ma się opiekować bratem....
Serce mi pęka , mam tysiąc mysli na sekundę. Nigdy wcześniej nie straszył mnie i nie zantażowal w taki sposób. Napisałam do jego siostry o moich obawach, ona mieszka obok. Odpisała mi że to ja jestem jego żona i ja się powinnam o niego martwić, ze on zrozumiał swoj bląd i nie potrzebuje pomocy tylko mnie. że oby faktycznie nie to do poniedzialku, bo on jest w złym stanie i żebym nie została wdową.
Dzisiaj dostałam pracę, podzieliłam się z nim tą wiadomościa bo wtedy moglibyśmy coś znaleść gdyby chciał. Powiedzialam o pracy drugiej siostrze, a ona mi odpisała :"gratuluję, może to bedzie tydzień zmian...kochajmy ludzi bo tak szybko odchodzą".
Nie mogę pojąc co to za chorzy ludzie!!!rodzeństwo. nie mieści mi się to w glowie...
Nie wiem co o tym mysleć, cholernie się o niego boję...
Przecież nie powiedzialam że nie chce z nim być, tylko że nie chce mieszkać dłużej w domu jego ojca, który też nigdy mnie nie szanowal. Zostawiłam wszystko, zostalam bez dachu nad glową z dziećmi, bez pracy, bez rodziny....Jestem gotowa zacząć wszystko od zera.
BŁAGAM POMÓŻCIE, NIE WIEM CO ROBIĆ !!!!