Witam drogie Pani i Panowie.
Jestem na forum całkiem od niedawna, już nawet nie pamiętam jak tu trafiłem, chyba było jakieś trafienie w wyszukiwarce odnośnie mojego zapytania, które mnie tu przywiodło. Ale nie żałuję. Przeczytałem ledwo kilka tematów i widzę jak wiele inteligentnych i życzliwych ludzi tutaj pisuje. Czasem do bólu szczerych, ale tego właśnie potrzeba.
Wróciłem właśnie z pracy, z popołudniowej zmiany. Po drodze kupiłem jedno piwo, żeby się jakoś odprężyć, sam nie wiem czemu.
Ten wpis to będzie moja osobista spowiedź i w dalszej części będzie właśnie dotyczyła rozstania. Być może, jako że targają mną w tej chwili emocje, będzie momentami trochę patosu, trochę wzniosłych słów, trochę na wyrost porównań. Musicie mi to jakoś wybaczyć.
Żeby było od początku. Mam 27 lat, pracuję w dużej korporacji, ale właśnie zmieniam pracę na inną, lepiej płatną, równo za tydzień.
Długo o tym marzyłem, bo właśnie ta nowa praca da mi finansowe możliwości, aby wyprowadzić się z domu, ponieważ nadal stety/niestety mieszkam z rodzicami. Po prostu mnie na to nie było stać. Jestem po studiach, aktualnie robię podyplomowe (na kredyt, który co miesiąc spłacam).
Już się tyle w życiu nasłuchałem, tyle dowodów na to zebrałem, że mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że jestem przystojnym facetem i mam raczej duże powodzenie wśród kobiet. Od kilku lat chodzę na siłownie, dbam o siebie, uprawiam sport. Nie, nie jestem typem "metro", ale powiedzmy, że przynajmniej na tle moich kolegów z pracy wyróżniam się dobrym ubiorem i sylwetką.
Nie jestem osobą zamkniętą - wręcz przeciwnie. Mam duże poczucie humoru i mam wrażenie, że jestem raczej lubiany przez ludzi. Ale gdzieś, na którymś etapie mojego wychowania, zabrakło Ojca. Ojciec jest w domu, żyje, są z Mamą małżeństwem, ale w latach dzieciństwa i nawet później moim wychowaniem zajmowała się wyłącznie Mama. I robiła to najlepiej jak umie. Niestety (teraz po kilku lata mogę stwierdzić, że "niestety") moja mam jest osobą za dobrą, wrażliwą, kochaną, która wybacza, która nie umie się długo gniewać, zapomina złe itd itd. I ja to niestety przejąłem.
Dość powiedzieć, że przez długie lata myślałem, że dla kobiet trzeba być dobrym, robić im niespodzianki, zabiegać o nie, dbać, prosić itd itd. I nacinałem się raz za razem. Żadna ze mną nie wytrzymywała dłużej niż 2 miesiące. Dziewczyny były ładne,, bo tak jak wspomniałem wcześniej nie mam złej prezencji a i gadkę mam nie najgorszą. Ale w dalszych tygodniach po poznaniu robiłem szkolne, najgorsze błędy. Po prostu nie widziałem wtedy jeszcze, że kobiety to takie przebiegłe istoty
że celowo z nami czasem grają, celowo nie odpisują, że badają nasz charakter. Dowiedziałem się o tym kilka lat temu, ale samo dowiedzenie się o tym nie przeszkodziło mi powielać błędów w każdym kolejnym pseudo-związku. Na początku się trzymałem, a potem rozpływałem jak ciota. A potem zawsze był okres smutku, płaczu, prawie depresji. Każda z nich to była ta wyjątkowa, a ja to zawsze spieprzyłem (tak, celowo ironizuję i kpię z samego siebie)
I trwało to tak i w sumie można powiedzieć że nadal trwa. Niespełna dwa lata temu poznałem dziewczynę, dużo młodsza ode mnie, nazwijmy ją Kasia. Poznałem na imprezie i od początku zakładałem że z tego nic nie będzie. Raz, że duża różnica wieku (aż 7 lat), dwa że pod wieloma względami mi nie pasowała. Początkowo byłem uprzedzony również z tego tytułu, że jest po zawodówce - jak się później okazało ma więcej oleju w głowie i swojej wrodzonej inteligencji niż część moich byłych koleżanek ze studiów.
I od początku Kasia o mnie zabiegała a ja, nawet z pewną niechęcią, ale godziłem się na spotkania. Zawsze z propozycją wychodziła ona. A ja nie musiałem udawać obojętności - po prostu w tyle miejscach mi nie pasowała, że naturalnie byłem na dystans. No ale to tak trwało i trwało, ja od początku mówiłem, jej wprost, że z tego nic poważnego nie będzie bo nie szukam związku. Ona to przyjmowała i mówiła, że cieszy się każdą chwilą. Widywaliśmy się zawsze w weekendy (sobota, noc, niedziela), tydzień w tydzień, rzadko kiedy indziej. Ona pisała, ona starała się, a ja byłem bierny. I tak dotarliśmy od kwietnia - miesiąca poznania - aż do sylwestra. Do tego czasu jedyne co jej powiedziałem, to to, że ją lubię (gdy pytała co do niej czuję). Pomijam wiele sytuacji, bo nie sposób napisać o wszystkim. Prawie się nie kłóciliśmy. Kasia była dla mnie cudowna, aż za słodka (co pewnie też w jakimś stopniu mnie od niej odrzucało). Ale w którymś momencie nastąpił przełom. W innym temacie na tym forum pisałem, że zaczęła mnie podrywać dziewczyna z pracy. I ten moment, kiedy się jej oparłem, tej pokusie, uświadomił mi, że kocham Kasię. Powiedziałem jej o tym (o tym, że ją kocham), była szczęśliwa. Wizja tego, że mógłbym ją stracić dała mi do zrozumienia, że nie warto ryzykować straty takiej osoby. Niedługo potem była nasza rocznica, którą spędziliśmy w Krakowie - było cudownie. Pamiętam jak pisała mi na drugi dzień, że jeszcze nigdy nie była taka szczęśliwa. Zaczęła zagadywać coś, żebym się jej oświadczył, i przyznam, że w głębi serca już zastanawiałem się, żeby kupić jej pierścionek i oświadczyć się na planowanych wcześniej wakacjach. Gwoli wyjaśnienia : Kasia jest bardzo ładna, ma talent manualny, mieszka tylko ze swoją mamą, ojciec zniknął gdy Kasia miała 5 lat. Jest bardzo wrażliwa (czasem aż za bardzo, bo wzrusza się byle czym). Aha, co ważne, kiedy już powiedziałem Kasi, że ją kocham, nie od razu, ale kiedy zaczęło być jasne, że mi na niej tez zależy, zaczęła trochę pokazywać pazurki - mniej się starała, czasem odpysknęła, potrafiła mi powiedzieć coś złośliwego, kpiącego. Reagowałem na to, ale teraz widzę z perspektywy czasy, że nie wystarczająco. Pozwalałem jej na docinki, a trzeba było reagować. I w ogóle wkradło się takie coś w nasz związek, że zaczęliśmy sobie docinać, niby dla żartu, niby było śmiesznie, ale gdzieś ta relacja damsko-męska stawała się niebezpiecznie koleżeńska.
Nastąpił krach. Kiedyś, pierwszy raz w historii, ale miałem ku temu przesłanki, zerknąłem do jej komórki. Pisała z byłym (takim sprzed kilku lat) gdzie twierdziła przez cały związek, że nie ma z nim kontaktu (w sumie mogłaby mieć, tylko trzeba było powiedzieć, ale okłamywała mnie, że nie ma). Były telefony, sms, w tym jeden od niej do niego "kocham Cię". Jej były też miał kobietę z którą mieszkał. Była wielka awantura, płacz, szlochy, ja mówiłem, ze to koniec, ona błagała na kolanach, przepraszała. Za tydzień mieliśmy ten wyjazd na wakacje. Strasznie to przeżyła, a ja w końcu postanowiłem i tak jechać na te wakacje z nią (może to był błąd). Oczywiście zapewniała mnie, że nigdy nic z nim, że to tylko przyjaciel etc. Uwierzyłem, mimo wszystko, bo Kasia to nie jest zła kobieta. Ale niestety, od tego momentu miałem co chwila podejrzenia i czułem wściekłość, że tak mnie oszukała. Na wakacjach pierwszy dzień to były ciągłe kłótnie. Dopiero następne dni już były w zgodzie. Ale ogólnie, od tego faktu, zaczęło się sypać. Ja miałem wieczne podejrzenia, nie ufałem jej, ją to męczyło (i nie dziwie się, bo wracałem do tego przez dwa tygodnie co chwila, aż w końcu odpuściłem i założyłem, że temat zamknięty). Poczuła moją słabość, przestałem być tym pociągającym pewnym siebie facetem, a stałem się nudnym gościem z wyrzutami. Skracając - najpierw była przerwa na jej prośbę (w płaczu, niestety także z mojej strony), a po tygodniu rozstanie. Na rozstaniu byłem nieugięty (bo miałem już zwyczajnie tego dość) - wtedy powiedziała płacząc - dlaczego nie mogłeś być taki wcześniej. I teraz najlepsze. Od rozstania ciągle mieliśmy kontakt, codziennie, przez 4 miesiące. Kontakt prowokowała ona, dzwoniła, pisała. Czasem rozmawialiśmy i godzinę przez telefon dziennie. Nie umiałem przezwyciężyć uczucia do niej żeby ten kontakt urwać. I teraz, po tych 4-ech miesiącach, nagle z dnia na dzień kontakt osłabł, nagle nie jestem jej potrzebny. Najpewniej kogoś znalazła.
Naprawdę myślałem pierwszy raz w życiu, że znalazłem kobietę z którą się ożenię i z będę miał dzieci.
Aha, czemu rozstanie: bo ona nie kocha mnie już jak mężczyznę, że gdzieś zniknęły motylki itd. Co ciekawe, tak młoda osoba, jest już po dwóch długich prawie dwuletnich związkach. Jakąś rolę na pewno odegrała jej najlepsza przyjaciółka, która bez przerwy z nią miała kontakt, a jest typem "księżniczki".
I teraz już całkiem nie wiem jak się odnaleźć. Co chwile łzy mi napływają do oczu (nosz kur*wa, nic z tym nie mogę zrobić, jestem miękki jak plastelina). Czuję apatię i brak wiary, że którakolwiek kobieta mnie tak pokocha jak ona. Tęsknie za nią, staram się nie myśleć ale to wraca.
Widzicie drogie kobiety - faceci też potrafią cierpieć. I co najgorsze - takimi zwykle gardzicie ![]()
Ja się nie potrafię zmienić, próbowałem, ale to jest gra wtedy. To z czasem wychodzi. Nie wiem jakie jest wyjście w tej sytuacji...