Witam...jestem nowa na forum wlasciwie to mój pierwszy wpis...postanowiłam zarejestrowac się tutaj bo czytałam kilka wpisów o podobnych problemach jak mój i stiwerdziłam, że warto podzielić sie problemem gdyż nei jest to forum na którym uzyskuje sie glupie, banalne czy niemile odpowiedzi...jesteście tu naprawde po to zeby pomoc...ale do rzeczy...
Mam 25lat...Jestesmy z S.(27l) razem nie dlugo...jakies pół roku...obydwoje mamy za soba ciezkie zwiazki...pierwszy raz w zyciu czuje, że naprawdę się zakochałam, potrafie robic dla niego rzeczy o ktorych wczesniej nawet bym nie pomyslała...ciagle czuje to samo zauroczenie co na samym poczatku a jednoczesnie miłość ktora staje sie coraz bardziej dojrzała...ale nie jestem też aniołkiem...mój problem polega na tym, ze jestem jedynaczka, której trzeba poswiecać duzo uwagi, czuje sie nie raz jak mała dziewczynka ktora trzeba sie zaopiekowac, przytulic i pogłaskac...troche to kloci sie z moim wizerunkiem twardej, zaradnej kobiety bo tak naparwde mało osób wie jaka jestem na prawde ale to nie ma teraz znaczenia...wazne jest to, ze nie raz zarzucałam S. że o mnie nie dba, ze sie nie stara itd jednoczesnie sama dawałam z siebie wszystko...ostatnio czesto sie kłocilismy...głownie o to, ze on nie poswieca mi uwagi...własciwie to tylko o to...wczoraj poszło o błachostke, sama nie wiem o co...w pewnym momencie S. nie wytrzymał i powiedział ze nie jest i nigdy nie ebdzie dla mnie tym kogo potzrebuje, z enie potrafi taki byc i lepiej bedzie jesli sie rozstaniemy...powiedzialam ze ma mi powiedziec wprosct ze nie chce ze mna byc a nie zwalac na to ze "nie daje rady"...powiedzial to..powiedział "nie chce z Toba byc" a wtedy moje serce pekło na pół...poczulam jakby mi ktos własnie powiedzial ze ktoś mi bliski nie zyje...wpadlam w histerie...zaczelam go prosic zeby tego nie robil "nie...prosze cie nie zostawiaj mnie"...płakałam, zrobiło mi sie nie dobrze...on zaczał mnie przytulac i trzymał mocno przy sobie nawet gdy prosilam by mnie puscił...gdy sie nieco uspokoiłam zaczelismy rozmawiac...uslyszalam od S. że on ciagle cos zawala, ze taki juz jest i nie potarfi inaczej i nawet gdy sie stara to dla mnie to za malo...zaczelam go przepraszac za swoj egoizm na co uslyszalam ze to nie moja wina...zapytałam czy mnie kocha...odpowiedzial że tak...ale " M. Ty nie bedziesz ze mna szczesliwa....bedziesz sie meczyc, moze teraz tego nie dostrzegasz ale ja nie jestem w stanie ci dac tego czego potrzebujesz". Wiem czego chce, wiem czego potrzebuje i wiem ze tym kims jest on...po kilku godzinnej rozmowie i płaczu postanowilismy dac sobie jeszcze jedna szanse...spalismy ze soba, zasnaelismy objęci
Nie wiem co robic...wiem ze ciagla krytyka z mojej strony go niszczy...nie chce tego robic...ale tez nie jest ta ze czepiam sie bez przyczyny...
Dostałam dzis rano smsa od niego...ze przeprasza za wczoraj, ze nie wie co mu (mówiac kolokwialnie) odwaliło i ze widzimy sie wieczorem...
Mam taki metlik w głowie, taki bałagan, nie wiem co robic...walczyc, zmenic sie, czy odpusic...