W telegraficznym skrócie: mój najcudowniejszy mąż, ideał prawie (tak przynajmniej było dotychczas), wyjechał po raz pierwszy do sanatorium. Przed wyjazdem mieliśmy przez kilka miesięcy b. trudny okres, bo waliło w nas życie ze wszystkich stron grubymi pociskami. Przed wyjazdem kochający, pełne zaufanie, mowa z Jego strony o tym, że "każdy ma swój rozum i sumienie, za zaledwie 3 tyg. wrócę odrestaurowany, kocham...". Wrócił jako obcy, zmanipulowany człowiek, zły do szpiku kości (choć naprawdę jest/był zupełnie inny). Przez pierwsze 2 dni był cudowny (choć nieco sztuczny). Na trzeci dzień wykrzyczał mi w twarz, że mnie nie kocha, że ma mnie dość i chce rozwodu. Szok, niedowierzanie, trauma. Jak to: dziecko, dom, wspólne prawie ćwierć wieku razem, cudowne małżeństwo stawiane za wzór (szczęśliwe realistycznie, idyllicznie - okresowo)??? Pytałam, prosiłam, płakałam, krzyczałam, nie dowierzałam, pukałam się w głowę, kusiłam, uwodziłam....Eeech... Jeśli przeszłyście, same wiecie... Niczego mi nie wyjaśnił, nic nie powiedział. Jedynie przez kolejne tygodnie i miesiące wydzierałam z Niego strzępki informacji i składałam jak puzzle w całość. O tym, że zdradził, powiedział mi, odpowiadając na moje pytanie wprost, po 3 tyg. szalonej eskalacji negatywnych emocji: z uśmiechem na twarzy, drwiąco, bez skruchy, jakby wszystko zaplanował...
Liczą się tylko Jego potrzeby (bo ponoć do tej pory były tylko moje); nie ma znaczenia dla niego moja miłość (bo kocham Go dalej i nie wierzę, że z dobrego, wspaniałego człowieka stał się złem wcielonym). Nie chce o niczym rozmawiać. Działam na Niego jak płachta na byka. Próbowałam to ratować na wszystkie sposoby. On widział i celowo niszczył, bo powtarza w kółko, że NIE CHCE naprawiać (bo - jak mówi: nie wierzy, że może się udać). Manipuluje, kłamie, oszukuje, drwi, jest zimny jak lód. NIKT, kto Go znał dotychczas, nie umie UWIERZYĆ w to, co zrobił. Dla wszystkich to szok totalny. Nikt nie rozumie tej Jego transformacji osobowości.
Od samego początku próbował wtłoczyć mnie w jakiś chory schemat postępowania, Kiedy coś nie pasowało, były dłuuugie rozmowy tel. a potem kolejna eskalacja emocji. Wiem, że jest manipulowany. Że nie zerwał kontaktu z tamtą. Nie chcę rozwodu, bo pomimo tego, co się stało, nie straciłam w sercu ani nadziei, ani wiary w Niego. Boli; biorę na razie to na przeczekanie. Ile czasu trwa taki amok i czy którejś z Was facet, jak się już ocknął, to wrócił i udało się scalić związek?
Rozumem też już ogarniam wiele więcej, bo wiem, że ta jego postawa, te ataki to nic innego, jak forma obrony przed własnymi wyrzutami sumienia i próby zrażenia mnie do siebie, aby jak najszybciej to zakończyć bez konieczności martwienia się, że kiedyś dopadnie Go ból za to, co tak brutalnie zniszczył. Boli, oj boli, bo podważył sens wszystkiego i podeptał: wartości, które nas łączyły i które były ważne (dobro, miłość, oddanie, lojalność) oraz podeptał moją kobiecość. Nic Go nie usprawiedliwia. Wiem. Gdyby nie ta nieutracona jeszcze wiara i słowa córki, która orzekła, że chce mieszkać w domu a nie na blokach, to bym odpuściła sobie takiego... drania (jeszcze 4 miesiące temu najcudowniejszego męża na świecie).
Czasem płaczę i się tego nie wstydzę (bo bywał czas, że wyłam prawie jak ranione zwierzę). Boję się o przyszłość - bo wszystko, co dotychczas udało nam się wspólnie wypracować, możemy stracić, zanim On się ocknie. Na chwile obecną dałam Mu wolność, zaznaczając, że z Jego moralności On sam będzie rozliczany, a nie ja. Ale nie umiem całkiem zobojętnieć i zabrać się za swoje życie. Przerasta mnie to,bo dotychczas wszystko robiliśmy razem. Byliśmy naprawdę blisko - przez tyle lat i nigdy nam to nie przeszkadzało. Może za blisko byliśmy?
Macie pomysł, jak z tej prawie beznadziejnej sytuacji wyjść? Jak wypędzić z niego to zło, które się weń wcieliło i odzyskać miłość lub przynajmniej zainteresowanie??? Rozwód na razie nie wchodzi w grę.
Podobne tematy
2 2015-06-20 01:17:06 Ostatnio edytowany przez Paweło (2015-06-20 01:17:38)
Zostaw go, weź rozwód z orzekaniem jego winy i alimenty na córkę. Dzięki temu będziesz miała alimenty też na siebie w związku z zubożeniem.
Co się dzieje w tych sanatoriach?
Sodoma i Gomora
Nic nie rób na siłę
Im bardziej się będziesz starać - tym bardziej on będzie miał to w 4 literach
Olej go i skup się na sobie
4 2015-06-20 02:29:46 Ostatnio edytowany przez panibaronowa (2015-06-20 02:32:47)
Uuuuu... puściłaś męża samego do sanatorium, błąd. Okazja czyni zło-dzieja. No ale trudno, co się stało, to się nie odstanie. Co ja bym zrobiła? Pewnie też bym wyła jak postrzelona łania, ale zaraz bym się wzięła w garść i zaczęła knuć chytry plan przedostania się nad jezioro. Wywaliłabym go przede wszystkim z domu i wymieniłabym zamki. Nie chce małżeństwa, to niech spada na bambus prostować banany. Uprzednio wyczyściłabym wspólne konta, sprzedała jego wartościowe rzeczy. Wywaliłabym dziada na zbity pysk. Kryzysu wieku średniego mu się zachciało, z panną Krysią, co bryluje na turnusach nie od dzisiaj. To Ty mu dzieci rodzisz, obiady gotujesz, a on Ci taki numer? Ta zniewaga wymaga awantury co najmniej we włoskim stylu i, uwaga, to jest moim zdaniem jedyna opcja, żeby się opamiętał.
Następnie zaś zajęłabym się sobą. Fryz, odchudzanie parę kilo, garderoba. Jak się opamięta, to będzie z kwiatami gila do kawy upuszczał, bo pokażesz mu, że traci wystrzałową kobietę, a nie jakąś ryczącą rozworę, od której każdy facet by pryskał z przeświadczeniem, że dobrze robi.
Jeśli się nie opamięta, to przynajmniej się go szybko pozbędziesz, bo szlochami nie przekonasz go na pewno. Trzymaj się i nie rycz. Wiem, że boli, ale już dość.
Aaa, i marsz do prawnika! Musisz brać pod uwagę, że on zrobi to pierwszy i że nie ma dobrych zamiarów!
To niestety sie zdarza, pojawia sie nowa osoba i jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki, ktos kto byl dla nas calym swiatem staje sie wrogiem. Smutne:(
Obawiam sie, ze nie masz szans na obecnym etapie zmienic jego stosunku do Ciebie. Postaraj sie przelknac te gorzka pigulke i zachowywac sie w stosunku do niego obojetnie. Wiem, ze to duze wyzwanie, ale chyba jest to obecnie jedyna racjonalna opcja. Zmus sie do skupienia na sobie, postaraj sie skupic na swoich zainteresowaniach, pracy, sporcie. Wszystko, zeby nie zadreczac sie mysleniem o nim. Jestes silniejsza niz Ci sie wydaje.
Zostaw go, weź rozwód z orzekaniem jego winy i alimenty na córkę. Dzięki temu będziesz miała alimenty też na siebie w związku z zubożeniem.
To najprostsze rozwiązanie. Ale na razie nie wchodzi w rachubę. Przyczyn jest wiele - w tym materialne, zobowiązaniowe, religijne. I choćby z tego powodu, że TERAZ już umiem radzić sobie z emocjami, umiem być opanowana (choć czasem w chwili złego popłaczę sobie, kiedy On nie widzi), i chyba z każdym dniem wierzę bardziej w to, że z czasem może będzie tylko lepiej (bo gorzej już nie może chyba być). Jestem zodiakalną Lwicą: z mocnym charakterem, upartą i dążącą do celu. Życie nie raz mnie łamało, ale ja się podnosiłam. Poza tym: lubię wymagające zadania - i tak chciałam podejść do ratowania i naprawy mojego związku i małżeństwa. Zbyt wiele było w nim miłości i szczęścia, aby to tak łatwo odrzucić... Mam oparcie w rodzinie i mocne fundamenty w postaci własnego szczęśliwego dzieciństwa, któremu mojemu Mężowi zabrano (podwójne odrzucenie: przez ojca i potem przez matkę). Tylko tak trudno mi wykrzesać z siebie optymizm, kiedy On nadal odrzuca wszelkie próby naprawy i niszczy każdy maleńki gest w Jego stronę.
Wiem, że potrafimy ze sobą być - zawsze byliśmy przyjaciółmi. Jestem typem kobiety, która lepiej dogaduje się z mężczyznami i w moim życiu zawsze więcej było prawdziwych kolegów i przyjaciół niż koleżanek i przyjaciółek. Założyłam, że skoro na płaszczyźnie neutralnej jako tako mamy komunikację, to z czasem - zaczynając od nowa - pogłębimy tę relację. Tylko jak wyrugować tę trzecią? Ona jest prawdopodobnie moim przeciwieństwem: przytulna, miękka i lekko nieporadna "słodka bułeczka" - taki typ kobiet nigdy mojego męża nie fascynował.
Czy facet, dobierając sobie kochankę, zawsze szuka przeciwieństwa żony?
7 2015-06-20 17:03:15 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-06-20 17:09:08)
Uuuuu... puściłaś męża samego do sanatorium, błąd. Okazja czyni zło-dzieja. No ale trudno, co się stało, to się nie odstanie. Co ja bym zrobiła? Pewnie też bym wyła jak postrzelona łania, ale zaraz bym się wzięła w garść i zaczęła knuć chytry plan przedostania się nad jezioro. Wywaliłabym go przede wszystkim z domu i wymieniłabym zamki. Nie chce małżeństwa, to niech spada na bambus prostować banany. Uprzednio wyczyściłabym wspólne konta, sprzedała jego wartościowe rzeczy. Wywaliłabym dziada na zbity pysk. Kryzysu wieku średniego mu się zachciało, z panną Krysią, co bryluje na turnusach nie od dzisiaj. To Ty mu dzieci rodzisz, obiady gotujesz, a on Ci taki numer? Ta zniewaga wymaga awantury co najmniej we włoskim stylu i, uwaga, to jest moim zdaniem jedyna opcja, żeby się opamiętał.
Następnie zaś zajęłabym się sobą. Fryz, odchudzanie parę kilo, garderoba. Jak się opamięta, to będzie z kwiatami gila do kawy upuszczał, bo pokażesz mu, że traci wystrzałową kobietę, a nie jakąś ryczącą rozworę, od której każdy facet by pryskał z przeświadczeniem, że dobrze robi.
Jeśli się nie opamięta, to przynajmniej się go szybko pozbędziesz, bo szlochami nie przekonasz go na pewno. Trzymaj się i nie rycz. Wiem, że boli, ale już dość.Aaa, i marsz do prawnika! Musisz brać pod uwagę, że on zrobi to pierwszy i że nie ma dobrych zamiarów!
Z prawnikiem to racja. Długo odrzucałam tę opcję, ale naiwnych nie sieją (nawet jeśli to żona jeszcze niedawno prawie idealnego faceta, prawda?;-))
Kiedy pojawiła się opcja, że może pojechać do sanatorium, przyszedł i mnie najpierw zapytał, czy Go puszczę. To było prawie 3 lata temu. Było jasne jak słońce dla nas obojga, że taki wyjazd w żaden sposób nie może wpłynąć na nasze relacje - wtedy. Ale widać ostatnie miesiące traumatycznych przeżyć zrobiły swoje i mój małżonek wybrał opcję "wylogowania się" w życia z problemami, bo bywalcy sanatorium przeprali mu mózg i pokazali taki świat, do którego tęsknił: bezproblemowy (do czasu, jak wiedzą rozsądnie myślący). Amok emocjonalny amokiem, ale boli mnie, że mężczyzna, któremu zawierzyłam życie, zaufałam, bez żadnych skrupułów odrzuca i niszczy to, co jeszcze kilka miesięcy temu było sensem Jego życia. Nawet dla córki nie ma za dużo serca. Choć powtarza, że ją bardzo kocha.
To niestety sie zdarza, pojawia sie nowa osoba i jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki, ktos kto byl dla nas calym swiatem staje sie wrogiem. Smutne:(
Obawiam sie, ze nie masz szans na obecnym etapie zmienic jego stosunku do Ciebie. Postaraj sie przelknac te gorzka pigulke i zachowywac sie w stosunku do niego obojetnie. Wiem, ze to duze wyzwanie, ale chyba jest to obecnie jedyna racjonalna opcja. Zmus sie do skupienia na sobie, postaraj sie skupic na swoich zainteresowaniach, pracy, sporcie. Wszystko, zeby nie zadreczac sie mysleniem o nim. Jestes silniejsza niz Ci sie wydaje.
Wiele rozmawiam z ludźmi o tym, co się stało w moim życiu. Z mądrymi ludźmi. Wszyscy powtarzają to, co i Ty:żyć własnym życiem. A do tego czas, cierpliwość (albo kosmiczna trauma, która musiałaby spaść na Niego, aby szybko się ocknął).
Tylko że ten mój Mąż działa nadal na mnie jak afrodyzjak i nawet po tylu latach małżeństwa nie umiem przejść obojętnie obok Niego. Emocje schowałam, racjonalizm coraz bardziej wyciągam na wierzch - bo inaczej psychicznie nie dałabym rady.
Masz rację, jestem silna, ale i tak się boję - o przyszłość.
Ach te sanatoria ' zawożę moja mamę tam co roku ,już przy wejściu czekają adoratorzy ! im bardziej zadbana babka tym więcej muszonów:)
i jeszcze jedno : żona kolegi po zawale wyjechała do sanatorium na 3 tyg , jak wróciła krótko oznajmiła że nie kocha odchodzi !?! szok dla wszystkich , obecnie są po rozwodzie .
autorko siłą , kłutnią nic nie wskórasz ,może i pogorszysz bardziej waszą relację , proponowała bym spokój , zajmij się sobą córką , rozmawiaj z nim normalnie , wiem że ciężko jak się kocha ale innego wyjścia nie ma , daj mu czas ,
czyli idealny maz, z ktorym byla wiez, przyjazn i zrozumienie wyjechal do sanatorium na 3 tygodnie i wrocil jako ktos inny!
ladna historyjka ale nierealna, chyba, ze twoim mezem jest socjopata.
jesli to jest "normalny" facet to od dawna cos w waszym zwiazku szwankowalo, musisz sobie szczerze odpowiedziec co to bylo.
kobieta, z ktora mial tam seks jest jego powierniczka, zapewne twoj maz radzi sie jej jak pomoc sobie w tym "trudnym" momencie i przekonac cie, ze zbliza sie nieuchronne....
ona nim manipuluje na tyle na ile on jej na to pozwala, a robi to by wzmocnic swoja pozycje i pewnosc siebie.
jesli bardzo chcesz ratowac zwiazek to mozesz zaproponowac mu wspolna terapie, na zasadzie: rozumiem twoj punkt widzenia, rozumiem, nie chcesz ze mna juz byc, ale ze wzgledu na dziecko i wszystko co nas laczylo powinnismy sprobowac terapii, jesli nam nie wyjdzie- trudno- ale byc moze ja sobie uzmyslowie co robilam zle w zwiazku;) w ten sposob zyskasz na czasie, ale terapeuta musi byc bardzo zyciowym czlowiekiem, z ogromna praktyka, zebyscie sie sobie mogli uzmyslowic kiedy sie "zgubiliscie".
twoj maz byl idealny pewnie dla dobra sprawy, aby nie powodowac klotni, aby wszystko dobrze "funkcjonowalo", metamorfoza w nim samym zaczela sie zapewne na dlugo wczesniej przed wyjazdem. on wyjezdzal wiedzac, ze chce odmiany, ze bedzie szukal. mozna rzec, ze to on znalazl ta nowa, a nie ona jego- i on sam rownie mocno nia manipuluje. facet zdaje sobie sprawe, ze rozwala cos co bylo sprawne i dobre, potrzebuje przeciwagi, wspolnika.
przed toba ciezkie chwile ale wiele tez zalezy od ciebie i twojej determinacji, oraz tego czy potrafisz przesterowac swoj dotychczasowy sposob widzenia rzeczywistosci.
Znam podobny przypadek. Osoba po pobycie w sanatorium odmieniła się. Niedługo potem zostawiła żonę. Minęły lata i nigdy nie wróciła.
Może jednak ta przemiana Twojego męża nie jest wynikiem tego wyjazdu. Rozumiem, gdyby nastąpił skok w bok, potem skrucha. Ale taka uparta chęć zmiany może świadczyć o tym, co piszą tu inni... że on już wcześniej się zmieniał. Może tylko "na zewnątrz" byliście cudownym, idealnym małżeństwem...
Może też być tak, że czegoś mu brakowało, za czymś tęsknił. I teraz szuka tego w amoku, uczepił się jak ostatniej deski ratunku. Czas może pokazać, że jeśli naprawdę Cię kocha i to tylko odezwaly się jakieś tam braki, to wróci...
12 2015-06-20 22:46:04 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-06-20 23:41:30)
Znam podobny przypadek. Osoba po pobycie w sanatorium odmieniła się. Niedługo potem zostawiła żonę. Minęły lata i nigdy nie wróciła.
Może jednak ta przemiana Twojego męża nie jest wynikiem tego wyjazdu. Rozumiem, gdyby nastąpił skok w bok, potem skrucha. Ale taka uparta chęć zmiany może świadczyć o tym, co piszą tu inni... że on już wcześniej się zmieniał. Może tylko "na zewnątrz" byliście cudownym, idealnym małżeństwem...
Może też być tak, że czegoś mu brakowało, za czymś tęsknił. I teraz szuka tego w amoku, uczepił się jak ostatniej deski ratunku. Czas może pokazać, że jeśli naprawdę Cię kocha i to tylko odezwaly się jakieś tam braki, to wróci...
Fakt, przed wyjazdem widziałam, że coś Go gryzie. Wielokrotnie próbowałam rozmawiać, ale efekt był taki sam: irytowanie się, że on nie ma problemów, że jest człowiekiem bezproblemowym, że tylko ja wymyślam kolejne problemy. Było to dla mnie przykre, ale tłumaczyłam to sobie tajfunem losowym, który nas dotykał. Nigdy dotychczas nie zdarzyło się, aby w ciągu krótkiego czasu spadło na nas i najbliższą rodzinę tyle złych zdarzeń. A jako że to ja byłam tą bardziej odporną psychicznie stroną naszego związku, więc dla mnie nie było nowiną, że i teraz lepiej się trzymam niż On. Może dlatego, że tak byłam skupiona na tym, by być silną za nas wszystkich i dla nas wszystkich, nie zauważyłam Jego przemiany...
Swoje błędy już zrozumiałam. Przeprosiłam Go za nie; i skupiłam się na ratowaniu. Było dla mnie logiczne, że skoro powiedział (i powtórzył to sam z siebie kilka razy jeszcze), że tamta się nie liczy, tylko tu chodzi o nas: o Niego i o mnie, i że jest miejsce w Jego życiu dla mnie, to na tym da się przeprowadzić naprawę. Kompletnie mnie zdołowało, kiedy zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby naprawić (łącznie z likwidacją tego, co było złe w moim zachowaniu), a On dalej twierdzi, że nie chce niczego naprawiać i że celowo niszczył to, co robiłam. Zabrzmiało to podle... bo kocham i ufałam bezgranicznie temu człowiekowi i spędziliśmy ze sobą przecież ponad pół życia... Czułam się strasznie, kiedy o tym mi powiedział, po prostu strasznie... Rozumiem, że może nie chcieć naprawiać, bo ma po temu powody, ale żeby celowo i brutalnie niszczyć wszystko?!; a kiedy wszystko już zniszczył i wiedział o tym, że to zrobił, to dlaczego zaczął bezlitośnie niszczyć mnie? Tego kompletnie nie rozumiem.
Chyba rzeczywiście w amoku uczepił się tej sanatoryjnej "ostatniej deski ratunku"... Od samego początku wiem, że jest manipulowany. Szpetnie manipulowany. Nie widzi tego, drwi z tego, na co wskazuję, odrzuca logiczne argumenty. Ci, co Go znają od lat, też wskazują na manipulację, bo wierzyć im się nie chce, że to ten sam człowiek - tak się zmienił...
Kiedy powiedziałam Mu, że zamiast zmierzyć się z problemem, wybiera ucieczkę, powiedział, że doskonale o tym wie. Wiem, że jest manipulowany - i z mózgu ma robioną sieczkę, ale choć mówiłam mu o tym, do Niego to nie dociera. Swoje Ego stawia ponad wszystko - nawet ponad córkę. To boli. Ale już umiem z tym żyć. Tę gorącą miłość schowałam na dno serca - żeby nie oszaleć z bólu. Wiem, że muszę się odseparować psychicznie, bo mnie wykończy.
Czas... Dałam mu czas. I sobie też. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. Czas pokaże. Mi zależy. Bardzo. Bo pomimo wszystko, nie przestałam kochać Mojego Męża - tego, którego znam od ćwierćwiecza prawie.
Jakoś w sercu ciągle czuję, że jednak nie przestał mnie kochać. Musi się tylko ocknąć. Może się łudzę, ale moja intuicja rzadko mnie zawodzi.
@Kamoa: święte słowa. Przetestowałam od kilku dni. I działa. Przynajmniej jest spokój i ja się umiem wyciszyć lepiej i logiczniej działać - choćby po to, aby przynajmniej część winy, którą w całości zwalił, oczywiście na mnie, maleńkimi drobinkami przerzucić w należnej Mu części do Jego sumienia. Rozmawiam normalnie, byle tylko nie tykając wątku "My". Ot, po przyjacielsku (jeśli tak można nazwać te relacje między nami, które przeplata wrogość z Jego strony i szalone irytowanie się i czepianie szczegółów). Właśnie: czepia się wszystkiego, ale sposobem i humorem wytrącam Mu spokojnie argumenty: że ogórki małosolone za słone (zawsze mu smakowały) -więc zaproponowałam: "Kochanie, odlej trochę wody z kiszonki, dolej źródlanej i poczekaj ze 2 dni, a będą w sam raz"; że nie chce, abym podjechała po Niego po pracy, bo autobusy też są i on może z nich skorzystać, bo chce być sam (więc ja: "OK. Nie ma sprawy". I jeździ nimi, czy Mu się to teraz podoba, czy nie - mój nr telefonu zna przecież), itd, itp. Czasem się we mnie wszystko gotuje w środku, jak jest taki niemiły, ale trzymam fason. Skoro chce być wolny, to niech jest. Ufam, że za kilka dni pozbieram się na tyle, że i za swoje życie się zabiorę. Pracy mi potrzeba poza domem, etatowej. Do ludzi muszę. Stąd jestem na tym forum. Dziękuję za Wasze spostrzeżenia - życzliwi ludzie dają nie tylko dobre towarzystwo, ale świetnie podtrzymują nadzieję i wiarę w samego siebie :-).
@PaniBaronowa: :-) doskonałe rady, dziękuję, ale: parę kilo, a konkretnie 10 zjadł mi stres w ciagu 6 tygodni. Zawsze byłam szczupła, teraz mam figurę lepszą niż miałam, będąc nastolatką. Wygląd: szczerze i bez fałszywej skromności? Faceci się za mną często oglądają. Dla mojego męża zawsze byłam bardzo atrakcyjną kobietą. Był ze mnie dumny i nieraz publicznie podkreślał, jak mnie kocha i jak Mu się podobam. Kiedy inni się oglądali lub podejmowali próby podejścia, zazdrość Mu w oku błysnęła, ale WIEDZIAŁ, że może być za mnie pewny. Więc kiedy teraz mówi mi, że Mu się juz nie podobam, że nie może na mnie patrzeć - boli... Ale idę dalej, pamiętając, że było inaczej.
Terapia? Nie chce o tym słyszeć. Proponowałam wiele razy. Mąż potrzebuje tego bardziej niż ja, bo On ma więcej problemów do ogarnięcia - jeszcze z czasów dzieciństwa. Sama poszłam więc do psychologa. MĘŻCZYZNY (bo instynktownie uznałam, że ten temat będę umiała konstruktywnie podrążyć tylko z facetem )- poszłam tam ot, z marszu, bo chciałam tylko spytać o terminy i o pomysł, jak mojego małżonka przekonać do pójścia na terapię. Powiedziałam dwa zdania podczas spotkania i facet zaprosił mnie do pokoju na rozmowę. Wyszłam po ponad 2 godzinach ze spokojem w sercu i jasnością myśli, bo przywrócił mi pewność, że to nie mi walnął się system wartości, ale mojej połówce; i wiarę, że dam radę - cokolwiek się stanie. Wyjaśnił mi wiele i potwierdził moje przypuszczenia odnośnie pewnych spraw dotyczących zachowań mojego męża. Popukałam się w głowę, że tak późno zdecydowałam się na ten krok, ale sądziłam do tej pory, że terapia w pojedynkę nie ma sensu. W przyszłym tyg. znów idę na spotkanie - będę budować siebie. Wierzę, że na tym fundamencie uda mi się odbudować dobre relacje z mężem i może Jemu dotrę powolutku do głowy (a z czasem i ponownie do serca). I pomogę w uzdrowieniu tego zmanipulowanego umysłu.
Viollace wiem co czujesz, bardzo podobna sytacja do mojej. Musisz byc dzielna kobieto, innego wyjscia nie masz. Trzymaj sie dzielnie, nie pros, nie blagaj i nie placz...wiem ze to ciezko, tym bardziej gdy sie kocha i nie chce sie stracic kochanej osoby. Ale to nic nie da....
Powiem ci, ze wszystko i o czym piszesz i ja przeszłam. Moj maz zachowywał sie identycznie, pamiet do dzis ta ironię, chamstwo, czepialstwo, brak rozmów, zamykanie drzwi przed nosem, teksty, ze nie bedzie ze mna rozmawiał, mam sie odczepić i nie interesować jego życiem, wywalenie mnie z konta i zlikwidowanie wszelkich upoważnien, ten wzrok najgorszego wroga...
Wszystko było tak samo. Żadne argumenty nie docierały, ani dzieci, ani dom, ani wspólne naście lat- nic.
Zero szans na cokolwiek, on nie bedzie naprawiał bo nie ma czego, nie kocha mnie.
Wyjazdy slozbowe z koleżanka z pracy, telefony do niej w środku nocy, poblokowane i zahaslowane telefony, laptopy itp. Powroty w środku nocy...
Internetowa przyjaciółka, ktora ostro nim manipulowała, od lat był z nią "zaprzyjaźniony"- sex rozmowy, fotki, fantazje i jej propozycje... Manipulowała nim jak nikt inny, wmawiała ze nie ma jaj, ze powinien byc szczesliwy sam i szaleć i żyć bo taki facet marnuje sie w małzeństwie. Kiedy ja walczylam o rodzine, ona mówiła mu ze jestem wariatka, ze ma byc ostrożny bo mogę mu założyć niebieska kartę za znęcanie psychiczne.
Do tej pory nie wiem co sie stało. Wiem ze od prawie roku sie oddalał, ze wzrosło mi ego i stał sie arogancki, ze zaczął nas olewac, tłumaczyłam ale dawałam czas, wzięłam to na przeczekanie. Kiedy juz we mnie pękło, powiedział ze ma mnie w dupie. Ze gdyby nie dzieci to juz dawno byłby sam. Walczylam 2 lata. Dwa lata byłam wrakiem i dochodziłam do siebie. Czekalam dwa lata. Po 2 latach powiedziałam koniec. Odchodzę. Jedyne co powiedział, to ze gdybym tak nie postanowiła to jeszcze byśmy to uratowali i ze był na to czas. To żart prawda? Kiedy był ten czas? Kiedy? Skoro nawet nie wolno mi było z nim rozmawiać ani zapytać o nic bo twierdził ze to nie moja sprawa i ze nie bede go inwigilować. Nic nie mówił. Robił co chciał i z kim i kiedy. O niczym nie mówił. Kiedy wracał nad ranem, nie wiedziałam czy sie gdzieś szlaja czy moze potracił go samochód... Nic.
Teraz minęły kolejne dwa lata. To sa moje dwa lata. Odseparowalam sie i żyje swoim życiem. Jesteśmy w separacji. Uspokoił sie. Rozmawia, czasem zaczepia, czasem sie uśmiecha... Widze w nim smutek, stracił tamten wigor, patrzy na mnie czasem z boku, widze jak obserwuje... Widze w nim zazdrość. Ale znam go. Tak czy siak, nic i tak nie zrobi. Ego mu nie pozwoli. Zdaje sobie chyba tez sprawę z tego co zrobił i ze to nie jest do naprawienia. Juz nie jest tym siurem jaki był ale ja juz nie widze w nim od dawna faceta, ktorego kochalam. To zupełnie obcy człowiek. Uzależniony od tanich rozrywek z internetu, od porno, od tandetnego i nic nie znaczącego dreszczyku emocji... Nie jestem pewna czy jest jeszcze w stanie budować relacje z innymi. Jego wydumane ego jest tylko przykrywka ogromnych kompleksów i braku pewności siebie. Tez miał podle dzieciństwo- oboje rodzice toksyczni, oboje manipulujący, oceniający, wytykający tylko bledy, zimni i podli. Do tej pory łączy ich toksyczna relacja. Widzisz podobieństwo? Jesli widzisz to nie żyj nadzieja. To bardzo smutne, wiem co czujesz. Kochalam swojego męża najbardziej na świecie. Śmiałam sie zawsze, ze nawet rękę bym mu oddała jesli byłaby taka potrzeba. Jak odszedł to tak sie wlasnie czułam, jakby ktoś mi odebrał rękę. Nie do zniesienia. Nic nie potrafię ci poradzić bo pomimo, ze przeszłam terapie i wiele zrozumiałam, stanęłam na nogi dawno temu i nauczyłam sie żyć, walczyć o godność oraz odgrzebalam moja utracona kobiecość- ja do tej pory tego nie rozumiem. Nie potrafię pojąć. Trzymaj sie ciepło i dzielnie. Przede wszystkim, dbaj o siebie!
15 2015-06-21 00:03:35 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-06-21 00:10:14)
@Ania2000
Dziewczyno, było i jest prawie identycznie! Włącznie z szantażem emocjonalnym, straszeniem i coraz silniejszymi manipulacjami płynnością konta. Też toksyczni Jego rodzice byli (ale teściowa - oddaję Jej honor z ukłonem - to obecnie moja największa podpora w tym wszystkim, bo sama zrozumiała, ile krzywdy wyrządziła swojemu synowi i że to tylko dzięki mnie On zechciał odnowić i utrzymywać z nią kontakt).
Wiem, przez co przeszłaś. Gratuluję wytrzymałości. Mnie bolało tak, jakby mi ktoś ciało rozrywał na połowę na żywca. To był straszliwy, fizyczny ból. Znajoma psycholożka, notabene znająca nas oboje świetnie, bo się przyjaźnimy od lat i bywamy u siebie, uświadomiła mi, że to naturalna reakcja, kiedy związek był bardzo silny, a nasze relacje bardzo bliskie. Bo z mężem byliśmy odrębnymi jednostkami, ale jednocześnie stanowiliśmy jedno -od 24 lat. To tak, jakby ci umarł nagle śmiercią tragiczną ktoś najbliższy i najbardziej kochany. Stres jest ten sam.
NIKT nie potrafi zrozumieć tego co się stało z moim mężem... Nawet zaprzyjaźniona psycholożka jest przerażona tą przemianą i wskazuje na ogromną siłę psychomanipulacji, jakiej poddany został mój mąż. Zatem to nie ja sobie wyssałam tę Jego transformację z palca.
Spokój czyni cuda, racja, przekonałam się - napisałam o tym ciut wyżej, zerknij, proszę. Ty wytrwałaś w emocjonalnej huśtawce 2 lata. Ja obecnie, po 4 miesiącach od momentu ZERO, MUSIAŁAM się wyciszyć, aby nie oszaleć z bólu. Widzę, że ten mój spokój, którego początki zaczęły się pojawiać jakieś2 tyg., jest dla Niego zagadką. Tak samo, jak codziennie większa samodzielność i żądania szacunku dla mojej osoby. Wiem, że muszę być silna. I ostrożna - wiesz, dlaczego, bo sama przez to przechodziłaś. Zaczynam się odseparowywać. dla własnego i córki dobra.
Nie chce byc złym prorokiem ale dwie sprawy:
Po poerwsze- Tesciowa. Ostrożnie. Moja tez przez chwile udawała, ze jest za mna a kiedy on dowiedział sie o naszej rozmowie, wszystkiego sie wyparła i powiedziała, ze wszystko zmyslilam.
Drugie: wtedy, żyjąc w tym kołowrocie tez "udawałam" silna. Przed nim, przed sobą, przed dziećmi. Zimna, oddalona. Udawałam, tak. A to sie kumulowało i raz na miesiąc/dwa wybuchalam. Płacz, rozterki, próby rozmów... Potem kac moralny i żal do siebie, ze znowu sobie nie poradziłam. Smutek i rozpacz. I znowu silna, twarda, gdzieś z boku... Tak przez rok. Pomimo pracy, dzieci i sportu... Ja nie siedzialam w domu ale zajmowałam sie sobą ale czasami dopadały mnie dni, ze zaczynałam płakać w pracy, na fitnessie albo spotkaniu ze znajomymi. Ot tak. Czasami wychodzilam na balkon i musiałam z niego uciekać bo bałam sie, ze wyskocze a on żył, był, śmiał sie obok do monitora/telefonu... Tak jakby nic sie nie stało. Nie widział tego, wszystko działo sie w mojej głowie.
To trwało rok. Po roku zaczęłam stawać na nogi i stanęłam ale ten drugi rok tez nie był łatwy. Spokojny ale ciężki. Tych emocji wreszcie nie było.
Moj terapeuta twierdzi, ze symptomy były wczesniej, ze jest piotrusiem panem i nigdy nie dojrzeje, ze on nie ma świadomości pewnych czynów i kierują nim emocje. Ze to ja trzymałam ta rodzine, ze odgrywałaby role zony, matki i kochanki.
Ze maz ma skłonności socjopatyczne i póki nie zgodzi sie na terapie, to nigdy sie nie zmieni. Ze z wiekiem to sie pogłębia i wpływa na to wiele czynników. U moje męża było to osiągniecie wysokiego statusu materialnego, wysokie stanowisko w pracy. Władza.
A ja? Tak jak ty jestem walcząca do upadłości lwicą. Ma szczęście potrafiłam zacząć walczyć o siebie.
Z perspektywy czasu wiem, ze zbyt wiele wybaczyłam a on przesuwał granice az do punktu, gdzie zaczął żyć zupełnie bez zobowiązań. Wtedy tego nie dostrzegalam. Myślałam, ze wyrośnie, ze każdy ma wady, ze przeciez sie kochamy i jesteśmy pomimo tego, bardzo dobrani- idealni wrecz. Wszystko nas łączyło.
A to ze niewiele z siebie dając, ma nierealne oczekiwania wb mnie?
Stawiałam sie ale w głębi, wciąż czekalam na jego ocenę i staral sie zeby tylko dobrze wypaść. We wszystkim...
Cóż. Czasami wydaje mi sie ze on ma dwa oblicza. Jeden z nich, to moj facet, który mnie kochał, pozadal, dbał o mnie i kochał. Dobry człowiek. Drugi to jakis oziębły, egoistyczny, zakompleksiony i pełny uzależnień tyran i drań.
Kiedys widziałam tylko tego pierwszego a drugiego wybielalam. Teraz widze tylko tego drugiego ( pomimo zupełnej neutralności w jego zachowaniu) a kiedy pojawiają sie przecieki ad tego pierwszego, to nawet temu nie ufam. Biorę to za chwilowy brak kontroli. Bo on gra. Gra zeby zachować twarz. Tak mi sie wydaje.
Napisałam to, bo moze ty tez czegoś nie widzisz, moze pomijasz. Przeanalizuj wszystko i bądź ze sobą szczera. Moze cos ci sie rozjaśni...
Tak sobie myślę, że w przypadku Twojego męża to sanatorium to był tylko taki katalizator. Coś w Waszej relacji musiało się wcześniej psuć, gdyż nikt tak po prostu z dnia na dzień nie porzuca emocjonalnie miłości swojego życia szczególnie jeśli spędził z nią ćwierć wieku. No chyba, że zachorował psychicznie. Na psucie związku mógł się też nałożyć klasyczny kryzys wieku średniego, który pewnie przechodzi Twój mąż. Dodaj do tego jakąś atrakcyjną, wszystko rozumiejącą , nową i dostępną kobietę i tragedia gotowa.
Jesteś lwicą piszesz, o bardzo silnym charakterze. Może Twój mąż czuł się przez Ciebie tłamszony, ale nie potrafił się temu przeciwstawić ? I teraz, gdy poczuł jakieś wsparcie - wybuchł niczym Super Nova ? To są tylko takie dywagacje, całkiem możliwe, że niesłuszne.
Tak czy siak jedynym sposobem na odzyskanie Go jest, o paradoksie, dać Mu wolność i przygotować się mentalnie na to, że być może nie będzie chciał z Tobą być.
18 2015-06-21 10:21:27 Ostatnio edytowany przez CatLady (2015-06-21 10:35:15)
Po pierwsze nie wierzę, że zawsze było tak idealnie, super, wspólnie, razem. Coś musiało się dziać, i to od dawna. Coś czego nie dostrzegałaś lub nie chciałaś dostrzec. Jakby było tak idyllicznie, jak piszesz, to mąż nie zachowywałby się teraz tak, jak to opisujesz. Nie zdradzałby Cię na wyjeździe. Wyjechałby jako szczęśliwy małżonek i jako taki by wrócił. Absolutnie nie wierzę, że po 3 tygodniach w sanatorium postanowiłby porzucić tą idyllę małżeńską.
Jemu to sanatorium dało dystans i czas do przemyśleń. Pewnie od dawna bił się z myślami, teraz miał czas i dystans, by sobie w głowie poukładać, więc wrócił z przekonaniem, że ma dość kontynuacji tego związku.
Tu już nie ma czego naprawiać. Rozwód, alimenty i do przodu.
PS. Ciągle piszesz, że on jest zmanipulowany przez kochankę. A czy pisząc tak troszkę go nie usprawiedliwiasz? To jest dorosły człowiek, jakby nie chciał, to by się nie dał zmanipulować.
niestety żyjemy w takim świecie gdzie , dużo każdy może , propagowane jest singielstwo , wolność , sex , jak się coś nie podoba to wypad , itd... nie ma wartości , długi staż związku budzi zdziwienie , wszystko dzieki mediom , internetowi , celebrytom , reklamie itp... nasi chłopi wariacji dostają, ( kobiet tez nie brakuje)mówi się kryzys wieku średniego , młodego , wiekowego -bzdura , jedno jest wspólne jak się kocha to się walczy , gorzej jak partner dzięki takiej pseudo wolności nagle się odkochuje bo świat stoi otworem ! najbardziej szkoda dzieci ,co te kwiatuszki są winne że mamie lub tacie odechciało się rodziny ![]()
Opowiem anegdotkę.
W dawnych czasach państwo Kowalscy dostali wczasy z FWP ale w oddzielnych turnusach.
Pierwszy pojechał mąż nad morze do wspaniałego domu wczasowego "MEWKA".
Po tygodniu igraszek śle telegram: "Kochanie podejmij z książeczki 10 tys zł i przyślij ekspresem"
Po 10 dniach również naglący telegram: "Kochanie sprzedaj mojego Rolexa i przyślij mi 20 tys zł"
Po dwóch tygodniach pełna dramatyzmu treść: "Kochanie sprzedaj naszą działkę za 50 tys zł. Pieniądze szybko"
Wspaniała żona zrobiła co do joty o co prosił mąż.
Po powrocie męża z wczasów minął tydzień przez który nic a nic nie rozmawiali na temat tych dramatycznych dni.
Żona spakowała walizki i wyjechała.
Po tygodniu mąż dostaje przekaz z adnotacją: " Kochanie masz tu 10 tys zł i wpłać na konto PKO"
Po 10 dniach następny przekaz: "Kochanie przesyłam 20 tys zł, wykup Roleksa z komisu. Całuski żona"
Po dwóch tygodniach kolejny przekaz: " Kochanie ślę 100 tys zł odbierz działkę z zastawu i dokup drugi kawałek od sąsiada. Kocham i do zobaczenia"
Teraz powstaje pytanie. Kto lepiej spędził urlop i dlaczego ?
Nie chce byc złym prorokiem ale dwie sprawy:
Po poerwsze- Tesciowa. Ostrożnie. Moja tez przez chwile udawała, ze jest za mna a kiedy on dowiedział sie o naszej rozmowie, wszystkiego sie wyparła i powiedziała, ze wszystko zmyslilam.
Drugie: wtedy, żyjąc w tym kołowrocie tez "udawałam" silna. Przed nim, przed sobą, przed dziećmi. Zimna, oddalona. Udawałam, tak. A to sie kumulowało i raz na miesiąc/dwa wybuchalam. Płacz, rozterki, próby rozmów... Potem kac moralny i żal do siebie, ze znowu sobie nie poradziłam. Smutek i rozpacz. I znowu silna, twarda, gdzieś z boku... Tak przez rok. Pomimo pracy, dzieci i sportu... Ja nie siedzialam w domu ale zajmowałam sie sobą ale czasami dopadały mnie dni, ze zaczynałam płakać w pracy, na fitnessie albo spotkaniu ze znajomymi. Ot tak. Czasami wychodzilam na balkon i musiałam z niego uciekać bo bałam sie, ze wyskocze a on żył, był, śmiał sie obok do monitora/telefonu... Tak jakby nic sie nie stało. Nie widział tego, wszystko działo sie w mojej głowie.To trwało rok. Po roku zaczęłam stawać na nogi i stanęłam ale ten drugi rok tez nie był łatwy. Spokojny ale ciężki. Tych emocji wreszcie nie było.
Moj terapeuta twierdzi, ze symptomy były wczesniej, ze jest piotrusiem panem i nigdy nie dojrzeje, ze on nie ma świadomości pewnych czynów i kierują nim emocje. Ze to ja trzymałam ta rodzine, ze odgrywałaby role zony, matki i kochanki.
Ze maz ma skłonności socjopatyczne i póki nie zgodzi sie na terapie, to nigdy sie nie zmieni. Ze z wiekiem to sie pogłębia i wpływa na to wiele czynników. U moje męża było to osiągniecie wysokiego statusu materialnego, wysokie stanowisko w pracy. Władza.A ja? Tak jak ty jestem walcząca do upadłości lwicą. Ma szczęście potrafiłam zacząć walczyć o siebie.
Z perspektywy czasu wiem, ze zbyt wiele wybaczyłam a on przesuwał granice az do punktu, gdzie zaczął żyć zupełnie bez zobowiązań. Wtedy tego nie dostrzegalam. Myślałam, ze wyrośnie, ze każdy ma wady, ze przeciez sie kochamy i jesteśmy pomimo tego, bardzo dobrani- idealni wrecz. Wszystko nas łączyło.
A to ze niewiele z siebie dając, ma nierealne oczekiwania wb mnie?
Stawiałam sie ale w głębi, wciąż czekalam na jego ocenę i staral sie zeby tylko dobrze wypaść. We wszystkim...Cóż. Czasami wydaje mi sie ze on ma dwa oblicza. Jeden z nich, to moj facet, który mnie kochał, pozadal, dbał o mnie i kochał. Dobry człowiek. Drugi to jakis oziębły, egoistyczny, zakompleksiony i pełny uzależnień tyran i drań.
Kiedys widziałam tylko tego pierwszego a drugiego wybielalam. Teraz widze tylko tego drugiego ( pomimo zupełnej neutralności w jego zachowaniu) a kiedy pojawiają sie przecieki ad tego pierwszego, to nawet temu nie ufam. Biorę to za chwilowy brak kontroli. Bo on gra. Gra zeby zachować twarz. Tak mi sie wydaje.Napisałam to, bo moze ty tez czegoś nie widzisz, moze pomijasz. Przeanalizuj wszystko i bądź ze sobą szczera. Moze cos ci sie rozjaśni...
Mam to samo z moją żoną, ale powiem wam, że zauważam dość częstą zależność u tych zdradzaczy- wielu miało popaprane rodziny- przykład idzie niestety z góry. Najgorsze jest to, że nie chcą nic zrobić ze swoimi ranami, które potem przenoszą na innych.
niestety żyjemy w takim świecie gdzie , dużo każdy może , propagowane jest singielstwo , wolność , sex , jak się coś nie podoba to wypad , itd... nie ma wartości , długi staż związku budzi zdziwienie , wszystko dzieki mediom , internetowi , celebrytom , reklamie itp... nasi chłopi wariacji dostają, ( kobiet tez nie brakuje)mówi się kryzys wieku średniego , młodego , wiekowego -bzdura , jedno jest wspólne jak się kocha to się walczy , gorzej jak partner dzięki takiej pseudo wolności nagle się odkochuje bo świat stoi otworem ! najbardziej szkoda dzieci ,co te kwiatuszki są winne że mamie lub tacie odechciało się rodziny
Zgadzam się,religia i wartości na bok - tak działa zło, robiąć ludziom siekę z mózgu przez media, a nasze społeczeństwo "na dorobku" się tym zachwyca odrzucając rodzinę.
23 2015-06-22 10:26:58 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-06-22 10:36:59)
Właśnie: NIE CHCE nic z tym zrobić. Dlaczego? Bo nie chce i tyle. Ja wiem, że to odpowiedź na poziomie przedszkolnej piaskownicy. Bo ludzie dojrzali ze sobą rozmawiają - nawet o najtrudniejszych sprawach. Może te rozmowy bardziej czasem przypominają emocjonalną szarpaninę czy kłótnie, ale jeśli problem jest poważny i jedna ze stron staje na rzęsach, aby to wszystko naprawić, to zwyczajnie, po ludzku i na logikę rzecz biorąc, dialog powinno się podjąć.
Próby rozmów nie pomagają. Sugestie i propozycje, aby pójść na terapię - też nie. Powiedziałam Mu wielokrotnie - bo widzę Jego problemy - że pójdziemy RAZEM, bo to nasza wspólna sprawa. Ale gdzie tam... To ja mam nie po kolei w głowie i powinnam się leczyć, a moja miłość jest chora i psychicznie skrzywiona. Boli, strasznie, kiedy od człowieka którego nada się kocha, przez którego było się kochanym przez tyle lat, który nigdy w mojej obecności ne przeklął, był czuły, słyszy się "odpier... się ode mnie. Narzucasz mi się. Dobrze, że jeszcze nie rzygam na Twój widok" itp, itd. Próbuje mnie zniszczyć, nie dopuszczając do siebie samego ŻADNEJ myśli, że i On ma poważne problemy.
Syndrom Piotrusia Pana - oj, widziałam już dawno temu, ale nie dopuszczałam tego do swojej świadomości. Bo za bardzo tłumaczyłam, usprawiedliwiałam. I tak jak inni - przesuwałam granicę tolerancji wyskoków (widać za bardzo). Wszystko było OK, kiedy nie było problemów. Jak się pojawiały, On najczęściej wymiękał. Ja trzymałam wszystko do kupy - tłumacząc Jego wrażliwością. Kiedy oczekiwałam partnerstwa w trudnych chwilach, czułam, że zostałam znów sama, a Jego ciągnęłam za rękę. Jak matka a nie jak żona. Nawet kilka razy Mu to powiedziałam, że nie chcę mieć dwójki dzieci, w tym jednego w postaci męża; tylko chcę mieć jedno - to które mamy - i MĘŻA! Że nie jestem Jego matką, aby mówić Mu, jak powinien postępować (kiedy popełniał fatalne błędy albo zachowywał się jak rozkapryszone, co rusz obrażające się dziecko, które sobie dopowiada do tego, co powiedzieli inni). Że jestem Jego żoną i partnerką, a On moim mężem i dorosłym człowiekiem, który powinien być odpowiedzialny za swoje życie, decyzje i czyny. Grochem o ścianę.
Taki to paradoks: z jednej strony był przecudowny: odpowiedzialny, kochający, fantastyczny facet. O nieprzepartym uroku czarującego mężczyzny (atrakcyjny to On jest jak diabli). Z drugiej: niedojrzały, dziecinny w reakcjach, działający wg zasady: o! nowa zabawka, muszę ją mieć (nowe modele telefonów co rusz, koszmarnie drogie markowe ciuchy dla siebie, kiedy ja zadowalałam się parą dobrze leżących i dobrych jakościowo spodni za 1/5 ceny Jego gaci, bo wiedziałam, że np. dziecku trzeba kupić jeszcze wyprawkę do szkoły czy zapłacić wyższe rachunki w danym miesiącu), itd.
Na początku związku (to była naprawdę ogromna miłość; ale MIŁOŚĆ a nie tylko zauroczenie i pożądanie), byłam przyjacielem,partnerką, kochanką, żoną. Od urodzenia dziecka stałam się matką również dla Niego. To dziwne, ale kiedy jeszcze przed narodzinami dziecka pojawił się w naszym domu pies, On zaczął go traktować źle - jak rywala, który zabiera Mu część mojej miłości. Tak jakby był zazdrosny o to, że kochałam również psa, a nie TYLKO Jego. Kiedy na świat przyszła córka, przez pierwsze miesiace fruwał ze szczęścia i pomagał mi naprawdę b. dużo. Z czasem zaczął się odseparowywać. Znów zauważyłam, że jakby był zazdrosny o moją miłość do córki - jakby miał do dziecka pretensje, że zabrało Mu część mojej miłości. Kiedy to zauważyłam, wyjaśniłam czule, że pies i dziecko to są inne rodzaje kochania, a moja miłość do Niego to miłość do tego jedynego mężczyzny i męża. Ale dalej był zazdrosny - myślałam, że tylko ja widzę, jak źle traktował psa i jaki był obcesowy dla córki. Ale nie - na to samo zwróciło uwagę kilka zaprzyjaźnionych osób i część rodziny. Pytali mnie, dlaczego On tak postępuje. Że to aż przykre patrzeć na Jego zachowanie. Kiedy delikatnie próbowałam rzecz z Nim wyjaśniać, obrażał się. I wpadaliśmy w błędne koło: mojego matkowania, czyli tłumaczenia Mu niesłuszności postawy, i Jego fochów i obrażania się.
Bez sensu to było. Teraz wiem, że to postawa niedojrzałego emocjonalnie człowieka.
Takich schematów postępowania było w naszym związku wiele. Jestem szczera ze sobą: jestem silnym charakterem, lubię dominować, ale w małżeństwie ZAWSZE dyskutowaliśmy o danej sprawie przed podjęciem decyzji.Nie było tak, że ja tupnęłam nogą i miało być po mojemu. On teraz wyrzuca mi, że Nim manipulowałam przez cale życie i Go wykorzystywałam. To ja się pytam: gdzie On był przez te wszystkie lata, jeśli tego nie widział??? I dlaczego nie powiedział, że tak się czuje?
Nie mam pojęcia, jakimi drogami jego myśli szły, że doszedł do takich wniosków. Odnoszę wrażenie, że będąc w sanatorium zwyczajnie zakosztował życia z drugiej, rozpasanej strony - tej, która daje tyle przyjemności i zabawy, tak lubianych przez Niego. Zero problemów, zero obowiązków, zero dpowiedzialności i wszystko podane pod nos. Wszystkie chętne, wszyscy mili, serdeczni, do kieliszka i do tańca oraz do udzielania rad w oparciu o własne poparane życie (wiem, bo powiedział mi, że jego towarzysze sanatoryjni z poobijanych małżeństw otworzyli Mu ponoć oczy na to, jak to powinno być pomiędzy małżonkami, aby to mężowi było dobrze). I przeprali Mu mózg, nasycając nienawiścią do mnie.
@Jlx: masz racje, tak działa zło. Szkopuł w tym, że zło ma bardzo atrakcyjny front, ale koszmarnie ohydne wnętrze. Wartości się dla mojego męża już nie liczą. Nawet to, co przeżywa nasza córka już Go nie obchodzi. Podeptał miłość, wierność, uczciwość małżeńską, lojalność, oddanie, czyli wszystko to, co dotychczas było ważne dla NAS obojga. Dlaczego? Bo jak powiedział, teraz Obn chce żyćWŁASNYM życiem. Że ma do tego prawo, a ja i rodzina Go tylko ograniczamy i ograniczaliśmy. Że przez nas ma takie życie a nie inne. "Ty nawet ne wiesz, ile w życiu jest rzeczy ważnych" - powiedział mi niedawno, kiedy odwoływałam się do przysiegi małżeńskiej. Przysięgał również przed Bogiem, a powiedział mi, że to co z tego, że tak sobie tylko mówił, że to ne było dozgonnie... Tym położył mnie psychicznie "na podłodze".
24 2015-06-22 12:28:18 Ostatnio edytowany przez ania2000 (2015-06-22 12:31:20)
Viollace, kiedy czytam co piszesz, to zastanawiam się czy to jest możliwe...
jestem w szoku, to tak, jakbyś wyjmowała mi słowa z ust i z moich wspomnień, te same sytuacje, te same sowa, te same reakcje... nawet sytuacja z psem i córką są IDENTYCZNE!
tylę, że u mnie nie chodziło o zazdrość ale o wymagania, o spełnianie jego oczekiwań i o uratę uczuc i empatii do nas tutaj w domu
bardzo źle traktował córkę, umniejszał i mnie i jej, musiałam z nią chodzić do psychologa bo zaczęła mieć zachowania autodestrukcyjne, potrafił szturchać starego, schorowanego psa bo mu przeszkadzał- wszystko mu przeszkadzało w domu pomimo, że bywał tu kilka godzin na dobę
Mamy chyba bardzo podobne charaktery, pomijając już nawet ten sam znak zodiaku a nasi mężowie są nawet fizycznie podobni- mój również bardzo zadbany, przystojny, świetnie ubrany, zawsze pachnący, zawsze wystylizowany (więcej czasu spędza w łazience niż ja). do tego dusza towarzystwa, pomocny, uśmiechnięty, żartowniś. Fakt, trochę jest w nim postawy "podliza" do ludzi na stanowiskach ale generalnie- uwielbiany! Dla kobiet- ohhh... każda to księżniczka, każdą koleżankę dopieszcza, komplementuje albo puszcza żarciki...
Ze spraw domowych, ogarnia tylko auto i garaż- te dwie rzeczy są jego i są wypielęgnowane jak nic innego.
Ja ogarniam wszystko ale dla niego, ja nic nie robię.
Taki przykład, komunia syna, godzina 9rano- wstał, zabrał worek z kosmetykami i garniturem i wyszedł, do mamusi, tam się wykąpał, wypachnił, zrobił włoski, mamusia uprasowała koszulę, ubrał się i przyjechał po nas 10min przed wyjściem do kościoła. Ja miałam 2jkę dzieci, siebie do naszykowania, nakarmić, posprzątać, spakować wszystkie rzeczy do zabrania, koty do nakarmienia itd. itp. Skwitował- ale co niby ty takiego musiałaś robić? No nic... leżałam tylko- co miałam mu powiedzieć...
Edit: dodam, że i u nas była ogromna miłość. To było trzęsienie ziemi. Było wszystko i miało być do końca. Spędziliśmy ze sobą dokładnie połowę naszego życia.
25 2015-06-22 16:48:20 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-06-22 16:51:56)
@ Ania2000 Nie, u nas trochę jednak inaczej, bo mój mąż ogarnia wszystko - jak i ja, więc jest po partnersku (no, prawie :-), bo np. auto myje i sprząta On, a edukacją córki zajmuję się ja). Ale jak w ciąży byłam, to On okna mył i pucował mieszkanie, to z Nim robię/łam przetwory na zimę, to ja z nim rąbałam drzewo na opał, kiedy mieszkaliśmy na początku naszej drogi życiowej w stareńkim domku, gdzie wiatr hulał w szparach okien szerokich na palec, każde z nas myje/ło kibelki w domu, robi zakupy, odkurza i sprząta. Przeszliśmy naprawdę dużo razem - sporo w naszym życiu było niesamowitych wydarzeń, traumatycznych, tragicznych - to scala i w dodatku silnie. Zawsze był dla mnie podporą (a ja dla Niego), otworzył mi oczy na wiele spraw (a ja Jemu), nauczył mnie wielu rzeczy (ja Jego również). Kwiaty od Niego były na porządku dziennym: z okazji rocznic przepiękne bukiety (tak cudne, że fotografowałam je, żeby zachować wspomnienie na zawsze, bo szkoda było, kiedy więdły), bez rocznic - ot, tak sobie, zawsze czerwona róża z oberwanymi kolcami, żebym się broń Panie nie ukłuła. Kiedy nie mógł mi osobiscie wręczyć kwiatów, bo np. wiedział, że ma pracę na zmiany, a chciał, abym od rana cieszyła się naszą rocznicą, przesyłał mi bukiety i liściki przez posłańca. Inne dla Niego nie istniały - jedyną księżniczką, królową byłam ja. Czarujący w towarzystwie, jeszcze bardziej pociągający we dwoje, lubi piękne kobiety, nie ma siły, aby nie zauważył, jaki któraś np. miała pod przezroczystą bluzką stanik czy szacował, czy są stringi pod obcisłymi spodniami. Zawsze mi o takich spostrzeżeniach mówił -śmialiśmy się z tego razem, ja Mu delikatnie i z przekorą zawsze dopowiadałam, że tam siega, gdzie wzrok nie sięga, tylko że jak lodówkę otworzy, to się pyta, gdzie jest masło;-). Uciechy mieliśmy z tego, o niemiara. Potrafił przy 20 stopniowym mrozie po 19 latach małżeństwa odciągnąć mnie od towarzystwa podczas kuligu i zabrać za zasypaną śniegiem bacówkę na chwilę szalonej intymności. Dla mnie to były normalne zdarzenia - bo taki mój mąż był cały czas. Bielizna jak marzenie - uwielbiałam takie prezenty od Niego. Wszyscy nam zazdrościli tej miłości i tego ognia.
Zatem wyobraź sobie, jakim szokiem dla mnie było to, co zrobił. I fakt, ze wykrzyczał mi, że mnie już nie kocha. Dla mnie to był koniec wszechświata.
Żeby ne idealizować, to napiszę, że idealnie nie było, bo kochać Go było trudno: ma swoje za uszami i dwukrotnie doprowadził swoim zachowaniem do tego, że prawie wszystko się we mnie wypaliło. Ale kiedy się opamiętał, znów był cudowny (nie, nie chodzi o inną kobietę, bo tu mam pewność, że nie było żadnej) - pomimo wszystko. A ja znalazłam dość siły, aby wybaczyć i pozwolić Jemu i sobie rozpalić tę miłość na nowo. Teraz twierdzi, że to był mój błąd, że trzeba było Go zostawić, a On nie chce i nie będzie niczego naprawiał, bo nic mi nie jest winien. Tragedia...
Ale chyba teraz nie powinno dziwić, że ja walczę o to małżeństwo i związek, o tego kochanego przeze mnie wciąż człowieka.
@ Ania2000
Aniu, możemy pogadać na priv: gg, e-mail, etc? Rzeczywiście mamy podobną sytuację i wiele wspólnego. Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o tym, jak sobie radziłaś z napadami mężowskiego humoru i będąc w tej koszmarnej sytuacji. Być może możemy sobie nawzajem nieco pomóc, a nie wszystko chce się na publicznym forum opowiadać. Daj znać.
Witajcie, przypomnę ten wątek - bo sprawa zaczyna mieć drugie albo i trzecie dno. Mieszkamy nadal razem, śpimy osobno, w ciągu tych kilku tygodni doszło do brzydkich posunięć ze strony mojego Męża: szantaż emocjonalny i finansowy, przekleństwa (nigdy w mojej obecności nie klął ani tym bardziej nie kierował inwektyw w moją stronę). Do tego mocny drenaż mojej psychiki (np. sprawdzanie jak zareaguję na jego wynurzenia nt. tego, jakie kobiety mu się podobają i ile się ich za nim ogląda (cytuję jego słowa: "Boli cię?... Boli, prawda? Bo widzę jak patrzysz na mnie"). Do tego manipulowanie mną i rodziną, nastawianie przeciw mnie znajomych i rodziny. Człowiek, który jeszcze 4 miesiace temu był wzorem mężczyzny i męża, działa teraz wg pewnego okrutnego schematu zniszczenia mnie: jak maniak, jakby sobie coś z góry zaplanował i obsesyjnie chce mnie zniszczyć. Działa wg zasady: na zewnątrz zachowuje się jak normalny facet. W domu przeradza się w psychicznego oprawcę. Wrzeszczy i irytuje się z byle powodu lub bez powodu. NIE WIERZY że go kocham i kochałam cały czas. Do tego zorientowałam się, że chyba zbiera na mnie dowody na małżeńską niesolidność (podejrzewam że chce się zabezpieczyć przed rozwodem z jego winy, bo w rodzinie i u znajomych rozpowiada, jaki to on biedny był w małżeństwie, jak sprzątał, obiadów nie dostawał i inne bzdury wierutne, bo sprzątaliśmy oboje, obiad zawsze miał pod nosek i cieplutki, śwezutki, ubrania wyprane, itd.). Tego nie da się ogarnąć rozumem. Zero skrupułów, zero poczucia winy i wyrzutów sumienia.Zaprzeczanie i przekręcanie faktów. Zaczęłam podejrzewać zaburzenie psychiczne, np. faza maniakalna w CHAD, bo ta obsesyjna chęć niszczenia mnie przeraża. Albo rzeczywiście to jakieś skrzywienie socjopatyczne. Czy ktoś na forum ma z tym doświadczenie?
28 2015-07-05 22:34:05 Ostatnio edytowany przez Paweło (2015-07-05 22:39:24)
Masakra ile jeszcze z nim wytrzymasz z powodu głupiej wiary. ile byliście razem ? będziesz się męczyć jak matka Teresa. To nie ma najmniejszego sensu znajdź pracę rozwód i wymień wszystkie zamki w drzwiach. Z reszta jak z winy męża to będziesz miała pieniądze z racji zubożenia. Nie ma sensu sklejać czegoś co już nie istnieje.
Masakra ile jeszcze z nim wytrzymasz z powodu głupiej wiary. ile byliście razem ? będziesz się męczyć jak matka Teresa. To nie ma najmniejszego sensu znajdź pracę rozwód i wymień wszystkie zamki w drzwiach. Z reszta jak z winy męża to będziesz miała pieniądze z racji zubożenia. Nie ma sensu sklejać czegoś co już nie istnieje.
Razem byliśmy od 24 lat. W małżeństwie - w tym roku minęło 20. Nie do końca jestem przekonana, że to wszystko, co było, nie istnieje. Może to głupia wiara, ale kiedy masz na uwadze, że było pięknie przez tak długi czas i ZNASZ, naprawdę znasz tę dobrą stronę drugiego człowieka, w dodatku wciąż kocha się tego faceta, którym był, oraz ma się pewne wspólne zobowiązania, trudno przyjąć wersję najprostszą. Jak pisałam kilka tyg. temu, dałam wolność i czas. Na razie jesteśmy na wakacjach - osobno. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Ja czuję, że jestem bez Niego spokojniejsza. Być może na tej właśnie świadomości spokoju bez Niego uda mi się oprzeć moje odseparowywanie się od tej dla mnie wciąż silnie emocjonalnej relacji...
Viollace wiem co czujesz, bardzo podobna sytacja do mojej. Musisz byc dzielna kobieto, innego wyjscia nie masz. Trzymaj sie dzielnie, nie pros, nie blagaj i nie placz...wiem ze to ciezko, tym bardziej gdy sie kocha i nie chce sie stracic kochanej osoby. Ale to nic nie da....
Hej Ninka123, jak u Ciebie sytuacja wygląda? Trzymacie się jeszcze razem z mężem? Napisz, jak sobie radzisz i radziłaś z emocjami.
Ninka123 napisał/a:Viollace wiem co czujesz, bardzo podobna sytacja do mojej. Musisz byc dzielna kobieto, innego wyjscia nie masz. Trzymaj sie dzielnie, nie pros, nie blagaj i nie placz...wiem ze to ciezko, tym bardziej gdy sie kocha i nie chce sie stracic kochanej osoby. Ale to nic nie da....
Hej Ninka123, jak u Ciebie sytuacja wygląda? Trzymacie się jeszcze razem z mężem? Napisz, jak sobie radzisz i radziłaś z emocjami.
Hej Viollace,
nie ja juz z mezem nie jestem, a raczej on ze mna nie jest...w dalszym ciagu sie nie odzywa, zyje z kochanka. Ja nie chce nic o nich wiedziec, kazde wspomnienie sprawia mi bol, kazde pytanie zadane przez znajomych czy sasiadow rozrywa rane. Unikam miejsc gdzie moge go spotkac bo wszystko powraca i zaczyna sie wszystko od nowa, nie moge spac i nie moge jesc... a tak zyc nie mozna, wykoncze sie w ten sposob. Wszystko uklada sie OK jak nie mam z nikm kontaktu z jego rodziny, znajomych.... , czuje sie duzo lepiej ale niestety calkiem z tego jak widzisz nie wyszlam mimo ze minelo 7 miesiecy...
Jak sobie radze z emocjami ? Nie za bardzo sobie radze, poprostu daje im wziasc gore, placze wtedy az chyba nie ma we mnie wiecej lez bo przestaja leciec, az do nastepnego razu...za dwa, trzy albo za jeden dzien, zalezy co sie wydazylo, co mi go przypomnialo. Nie tlumie tego w sobie, nie wymyslam roznych zajec dla siebie jezeli czuje ze nie potrafie tego czy tamtego zrobic. Nie umie tak na sile, widocznie potrzaeba mi wiecej czasu niz inym. Widocznie kochalam za bardzo.
A Ty jak sie czujesz ?
Hej Viollace,
nie ja juz z mezem nie jestem, a raczej on ze mna nie jest...w dalszym ciagu sie nie odzywa, zyje z kochanka. Ja nie chce nic o nich wiedziec, kazde wspomnienie sprawia mi bol, kazde pytanie zadane przez znajomych czy sasiadow rozrywa rane. Unikam miejsc gdzie moge go spotkac bo wszystko powraca i zaczyna sie wszystko od nowa, nie moge spac i nie moge jesc... a tak zyc nie mozna, wykoncze sie w ten sposob. Wszystko uklada sie OK jak nie mam z nikm kontaktu z jego rodziny, znajomych.... , czuje sie duzo lepiej ale niestety calkiem z tego jak widzisz nie wyszlam mimo ze minelo 7 miesiecy...Jak sobie radze z emocjami ? Nie za bardzo sobie radze, poprostu daje im wziasc gore, placze wtedy az chyba nie ma we mnie wiecej lez bo przestaja leciec, az do nastepnego razu...za dwa, trzy albo za jeden dzien, zalezy co sie wydazylo, co mi go przypomnialo. Nie tlumie tego w sobie, nie wymyslam roznych zajec dla siebie jezeli czuje ze nie potrafie tego czy tamtego zrobic. Nie umie tak na sile, widocznie potrzaeba mi wiecej czasu niz inym. Widocznie kochalam za bardzo.
A Ty jak sie czujesz ?
Czuję się fatalnie. Bo mataczy, kłamie, drwi, manipuluje mną, szantażuje, niszczy - teraz już mnie (bo to, co ratowałam, podbudowana Jego słowami, On konsekwentnie niszczył - co zresztą mi sam powiedział i za kilka dni tej wypowiedzi się wyparł). Wrzeszczy i irytuje się z najbłahszego powodu, dopowiada sobie, insynuuje, rani psychicznie - no cuda wianki. Mieszkamy razem, ale nawet pewnośi nie mam teraz, czy ta zdrada rzeczywiście miała miejsce, bo tak mataczy. Silę się na obojętność i staram się trzymać pionu, bo wciąż kocham, a robię to wszystko, ponieważ jego zachowanie jest tak nieracjonalne (paniczny strach przed jakąkolwiek konfrontacją lub próbą rozmowy), momentami obsesyjne i z logicznego punktu widzenia niewytłumaczalne (bo przecież znam Jego prawdziwe oblicze i wiem, że jest <a moze powinnam napisać: był> dobrym człowiekiem, wspaniałym mążczyzną i mężem, cudownym przyjacielem). I zastanawiam się coraz bardziej nad tym, czy to nie jest wynik zaburzenia osobowości. Wiem, że On potrzebuje fachowej pomocy. Ale na terapę nie chce iść. Mi wmawia, że jestem psychicznie chora. Gdyby nie pomoc psychologa, to bym pewnie teraz chyba zaczęła się zastanawiać, czy to, co próbuje mi wmawiać, nie jest przypadkiem prawdą i czy to przypadkiem mi się coś z pamięcią niedobrego stało, że wiele spraw pamiętam zupełnie inaczej niż On. Wytyka mi na każdym kroku błędy, próbuje zniechęcić do siebie za wszelką cenę, przed rodziną i ludźmi gra normalnego faceta, tyle że bez okazywana mi jakichkolwik pozytywnych uczuć (ale potrafi się zapomnieć i zwrócić do mnie per "Kochanie"). Panicznie boi się przyjęcia jakiejkolwiek części winy na siebie. Krzyczy, że nie będę mu robić z mózgu sieczki (choć jego umysł już został przerobiony przez manipulantów sanatoryjnych). Ale co najciekawsze: po kilkutygodniowym marazmie i nicnierobieniu w domu zabrał się za wykończenie... naszej sypialni. Wprawdzie na głos mówi, że wcale mu na tym nie zależy i że to go wcale nie cieszy, ale dziś np. chwalił się przed swoim tatą zdjęciami naszego domu i był z domu dumny. Mało tego: pojechaliśmy razem na wakacje, ale wypoczywaliśmy osobno nad dwoma róznymi jeziorami i kiedy spotkaliśmy się po kilku dniach niewidywania się, ucieszył się na widok naszej córki. A córka widziała, że UCIESZYŁ się też, kiedy i ja pojaiwłam się kilka minut po przywitaniu się z dzieckiem w zasięgu Jego wzroku. Oczywiście przy mnie był na maxa obojętny, tylko błysk w jego oku mnie zastanowił. (Fakt, wyglądałam, jak milion dolarów - bo wypoczęta, opalona, uśmiechnięta, w sexi ciuszkach :-).) Zatem nie odpuszczam Go sobie jeszcze, bo jestem uparta jak sam diabeł. Mam chwile w dołku - wtedy płaczę, ale baaaardzo rzadko. Teraz stosuję taktykę obojętności i rzutami zwiększanej pewności siebie - to działa, bo wytrąca go z tej zadufanej w sobie równowagi i przekonania o jego własnej wyższości nade mną. A juz do szału doprowadziło go, jak "pograłam" tak samo jak i on, czyli zero tłumaczenia, zero wyjaśniania, zero rzeczowych informacji.Dla mnie to dziecinada. ale muszę wypróbować wszelkie możliwe sposoby, aby ruszyć jego normalne myślenie.
"Teraz stosuję taktykę obojętności i rzutami zwiększanej pewności siebie - to działa, bo wytrąca go z tej zadufanej w sobie równowagi i przekonania o jego własnej wyższości nade mną. A juz do szału doprowadziło go, jak "pograłam" tak samo jak i on, czyli zero tłumaczenia, zero wyjaśniania, zero rzeczowych informacji.Dla mnie to dziecinada. ale muszę wypróbować wszelkie możliwe sposoby, aby ruszyć jego normalne myślenie" i tak trzymaj, bo tylko jako silna i obojętna na niego kobieta wzbudzisz w nim jakieś zainteresowanie i ciekawośc co się stało, ze już za nim nie płaczesz. Może to przyniesie pozytywny skutek dla waszego małżeństwa.
Gdyby mój maż stosował względem mnie przemoc słowna nagrałabym go i założyła niebieską kartę, niechby widział, że mam siłę bronić sie, a nie tylko płakać i skamleć. Litości u kogoś takiego nie ma co oczekiwacj, lepszy skutek przyniesie pewność siebie i postawa, a rób co chcesz, nie zależy mi tak bardzo na tobie.
Nawet jak nie uda się uratować małżeństwa to przynajmniej za jakiś czas pomyślisz (jak już żal po utraconym małżeństwie przejdzie), że porażke przyjęłaś godnie i nie poniżałas się przed nim, on tez nie bedzie miał takiej odwagi dręczyć cię, a robi to bo widzi, że jego postępowanie przynosi zamierzony skutek, niestety zło sie lubi nakręcać.
@Manilla2: nad niebieską kartą już myślałam. Pomimo całej mojej miłości do człowieka, którym BYŁ jeszcze 4 miesiace temu, nie zawaham się jej założyć. Im więcej we mnie pewności siebie, tym częściej On traci grunt pod nogami i panowanie nad sobą. Tu sprawdza się zasada, że najlepszą obroną jest atak (albo postępowanie dokładnie wg schematu, jaki stosuje przeciwnik).
Swoją drogą: kiedy mąż (obecnie mój wróg) traci pewność siebie, zaczyna Mu normalnieć spojrzenie. Widzę wtedy te same kochane, łagodne oczy, a w nich zagubienie i panikę oraz przebłyski zrozumienia tego, że robi źle i potworny strach przed tym, że może poczuć wyrzuty ze strony własnego sumienia i doświadczyć wyrzutów z mojej strony. To ogromny strach przed przyznaniem się do winy. Trwa to moment. Potem on jakby sobie coś przypominał i jego wzrok staje się znów zimny, on sam robi się potwornie nerwowy i zaczyna atakować wyrachowanym zachowaniem albo pogróżkami.
Próbuję to jakoś ogarnąć rozumem, ale jego zachowanie nie jest racjonalne. Bo gdyby zechciał choć podjąć rozmowę na temat naszego małżeństwa i tego, co się nie podobało - jak dorosły, dojrzały człowiek... Ale jakakolwiek próba wywołuje tylko Jego straszną irytację, krzyki, próby szantażu. Możemy porozmawiać o wszystkim: o pogodzie, o sąsiadach, kolorze farby na ścianę czy jego nowych gaciach (i śmiać się przy tym jakby między nami nie było żadnych problemów). Nie do ogarnięcia logiką, prawda? Więc postanowiłam traktować go na razie jak człowieka w kryzysie emocjonalnym. Staram się tym nie przejmować, co mówi (choć to strasznie trudne i boli). Znajomy, który przeszedł prawie identyczny kryzys, jak mój mąż, twierdzi, że za kilka miesięcy powinien zacząć się budzić z tego swojego amoku. Psycholog mówi to samo, plus jeszcze to, że jak facet NAPRAWDĘ chce odejść, to pakuje manatki i odchodzi a nie zajmuje się domem i nie remontuje sypialni (nawet jeśli przy tym twierdzi, że to Go nie cieszy). Obaj panowie podkreślają, że danie mojemu Mężowi czasu i wolności to najlepsze, co mogłam teraz zrobić. Pora na zajęcie się sobą - bo kiedy się obudzi, będę musiała mieć dość siły, aby - być może - wtedy samodzielnie i z MOJEJ incjatywy postanowić o losie naszego związku i małżeństwa. Na rozwód czy separację zawsze jest czas, a to na razie stanowczo za wcześnie, aby takie decyzje podejmować.
Ja jeszcze walczę choć nie wiem jak długo i jakie będą koszty. Moje koszty. To nieprawdopodobne jak wiele sytuacji jest prawie identycznych. Schemat czy co ? Po 30 latach funkcjonuje jak duży chłopiec. Miało być na dobre i złe. Było od zawsze - nie znam innego życia
Chcę być pewna ,że zrobiłam wszystko. Tylko gdzie jest jakaś granica ?
Uwierzyć w to trudno, co się stało i dzieje u nas, ale po kolei. Może to, co napiszę, przyda się komuś, kto znajdzie się w takiej samej sytuacji, jak jak.
Spędziliśmy osobno wczasowy tydzień (ja z córką nad jeziorem, On u swojej mamy po sąsiedzku), w tym był jeden dzień wspólny (trudno powiedzieć czy z inicjatywy męża, bo zadzwonił i zakomunikował, że po nas przyjedzie i tyle, a teściowie rozegrali to tak, że zostali w domu i gotowali nam obiad). Było zatem plażowanie oraz rodzinne igraszki nad jeziorem. Oboje spokojni, wyciszeni. Odpoczęliśmy od siebie przez te kilka dni. To było widać po naszych reakcjach. Po powrocie do domu mąż był jakiś inny - łagodniejszy, można z Nim porozmawiać (nawet baaaardzo powolutku dotykając tematu MY) i wyczułam w Nim jakąś maleńką chęć do tego, aby poukładać nasze sprawy. Od teściowej wiem, że On chce to jakoś poukładać (cokolwiek to miałoby znaczyć, już sam fakt, że tak powiedział, daje do myślenia - mnie nastroił pozytywnie, bo wciąż tego człowieka kocham). On dalej twierdzi, że jest Mu wszystko obojętne. Ale ja mam ustabilizowane emocje i czuję, że panuję nad sytuacją, a nie płynę z tym szalonym nurtem emocji, jaki był jeszcze niedawno. On się jeszcze miota, irytuje, ale przynajmniej mnie na razie nie niszczy. NIE interesuje mnie, czy ma kogoś na boku - może to dziwne, ale odseparowując się od tego tematu jest mi prościej skupić się na MOIM celu i efektywniej działać.
Córka pojechała na wakacyjny obóz i zostaliśmy sami. Bałam się, że się pozabijamy będąc sami w domu, ale na szczęście mam mnóstwo zajęć i pracy, on chodzi na zmiany do pracy i jakoś to leci.
Dzień po naszym powrocie zdarzyło się nieprawdopodobne: przyjechali nasi przyjaciele, zrobiłam imprezę, taką z tańcami w domu na 2 pary. Bawiliśmy się cudownie. Czułam, że mąż mnie w pewien sposób sprawdza: nawet w tańcu - czy dam się Mu prowadzić, czy będę chciała dominować (bo zauważyłam, że On chce być niekwestionowaną głową rodziny i przewodnikiem stada). Byłam kochającą, powolną Jego woli żoną - ale nie uległą - i flirtującą z naszym przyjacielem. Ubrałam się tak i zachowywałam, że żaden facet nie umiałby mi się oprzeć: uwodzicielska, roześmiana, pewna siebie, ale dla Niego - czasem ze spuszczonym skromnie wzrokiem;-) - nie zawsze było to wykalkulowane zachowanie. Wieczorem mój Mężczyzna zaproponował mi wspólną kąpiel i... seks. Nie odmówiłam. Było ekstra. Czułam, że mnie szalenie pragnie, choć nie był pewny, czy ja będę tak samo Go chciała. Spać poszliśmy osobno. Nie nalegałam na więcej. Następny dzień spędziliśmy niby osobno, ale trochę razem: podczas posiłków, na krótkich rozmowach o byle czym i o kilku ważnych sprawach dla NAS. Dwa dni potem była ważna dla nas obojga rocznica; zrobiłam niespodziankę: kolację przy świecach i z dobrym winem. Wrócił późno z pracy. Zaskoczyłam Go, a On mnie - pewnym drobiazgiem. Podczas kolacji znów poczulam ból, słysząc że Mu nie zależy. Ale zaraz poprawił swoją wypowiedź, zmieniając ją na "jest mi to obojętne". Guzik prawda - wiem o tym, że jest inaczej. Powiedziałam Mu szczerze i spokojnie, co myślę o Jego zachowaniu, o dziecinadzie, którą uprawia, o tym, że zrobił źle, zdradzając mnie i traktując bez serca i sumienia po powrocie; i że nie tak postępuje dojrzały człowiek, i o tym... jakim jest wspaniałym mężczyzną, o którego warto jednak się starać - pomimo wszystko. Zakończyłam tę krótką wypowiedź tym, co mi się w Nim podoba, co jest i było DLA MNIE ważne w tym, co mi ofiarował przez te wspólne lata, co się zmieniło w Nim przez te kilka miesięcy na plus (unikałam już przypominania negatywów) i jakim JA Go potrzebuję: mocnym stanowczym ,męskim; jaką żoną chcę być i czego JA chcę. Efekt był piorunujący: słuchał. SŁUCHAŁ z szeroko otwartymi oczami!!! Aż w końcu miał dość i mi przerwał. Ale i tak powiedziałam wiele. Cały czas zachowywałam spokój i serdeczny ton. Widziałam, że dotarło.
Co będzie dalej - nie wiem. Wiem na razie, że pomimo tego szalonego bólu, jaki mi zadał, warto było znaleźć w sobie siłę na te chwile, które nadeszły. Wiem, że spokój i opanowanie oraz czasem zwyczajny śmiech (i walory osobiste też) są moją potężną bronią. W domu ubieram się seksownie ale niewyzywająco. Ot, na dno szafy schowałam dawniejsze tzw. domowe ciuchy, a używać zaczęłam tych od wyjścia. Czasem o coś zapytam, czasem się podroczę, czasem "niechcący" musnę dłonią po ramieniu. Pewny siebie chód, uwodzicielsko rozkołysany, czasem spojrzenie spod rzęs po porcji irytacji z Jego strony. Zmieniam się jak kameleon. NIE jestem uległą, zapłakaną łanią, choć czasem pokazuję Mu, jak bardzo liczę na jego męską siłę (np. przy odkręcaniu słoika ;-)). On czasem za mną nie nadąża - i to go pozbawia tej aroganckiej pewności siebie. Leciutki uśmiech i miłe spojrzenie dla przypadkowo spotkanego obcego faceta (im przystojniejszy, tym lepszy efekt;-)), który we mnie wlepia oczy (ale koniecznie tak, aby Mąż zauważył i spojrzenie tego gościa i mój uśmiech ;-)) - to działa. Wprawdzie mój Mężczyzna mi nic nie mówi i nawet Mu powieka nie drgnie, ale WIEM, że to Go rusza. Potem znów jako oddana, pełna cierpliwosci i wyrozumienia, uśmiechnięta żona w domu... i okresowo"szpilka" z mojej strony o tym, że On nie jest bez winy. O wszystkim dotyczącym nas mówię w liczbie mnogiej: MY, NAS, NASZE, NAM - wiecie o co chodzi. Ale już: JA, MI, SOBIE - kiedy podkreślam swoją odrębność i prawo do stanowienia sama o sobie. NIE daję się zastraszać. Pokazuję Mu swoją wartość i nie daję się wyprowadzić z równowagi. Robię swoje, nie narzucam się. Czekam. On wie - bo Mu to powiedziałam, że jak nie będę już chciała na Niego czekać lub nie będę chciała już JEGO, to Mu to zwyczajnie powiem. Powiedziałam też, że gdybym Go nie kochała, to po tym, co zrobił, już dawno bym Go rzuciła. Nie zapominam przy tym dodać, że inne na moim miejscu już dawno by to zrobiły (usłyszałam: To mnie rzuć. Odpowiedziałam krótko, patrząc z przekornym uśmiechem prosto w oczy: NIE! ;-)). W ten sposób daję do zrozumienia, że to, co zrobię, to będzie MOJA decyzja.
Może ktoś skorzysta z powodzeniem dla swojego związku z tego, co tu napisałam. Może komuś to pomoże - szczerze życzę. Nie mam pojęcia, jak to się dalej u nas potoczy. Ale wiem, że można podnieść się z dna psychicznego (ja tam wylądowałam dwukrotnie), podnieść się, nabrać siły, umieć odseparować się od destrukcyjnych emocji i powoli stawać na nogi. Co jest tu ważne: schować uczucia na dno serca ale ich nie wyganiać. Niech czekają na lepszy moment. I robić swoje - kierując się intuicją i znajomością osobowości tego drugiego człowieka. I nie tracić wiary (ani rozsądnej czujności). Znienawidzić można bardzo szybko. Zobojętnieć i przekreślić też. Ale to zbyt proste rozwiązania, jak dla mnie.
Ja jeszcze walczę choć nie wiem jak długo i jakie będą koszty. Moje koszty. To nieprawdopodobne jak wiele sytuacji jest prawie identycznych. Schemat czy co ? Po 30 latach funkcjonuje jak duży chłopiec. Miało być na dobre i złe. Było od zawsze - nie znam innego życia
Chcę być pewna ,że zrobiłam wszystko. Tylko gdzie jest jakaś granica ?
Granicę wyznaczasz TY - nie on. Tak sobie postanów i poinformuj go o tym. Ja tak zrobiłam. I dałam wolność.
Koszty są ogromne, ale musisz je skalkuować, czy Ci się to opłaca - w sensie uczuciowym. 30 lat to b. dużo. o kilka więcej niż ja spędziłam z moim Mężem. Moj mąż też działa jak duży chłopiec.I dalej mataczy i kłamie choć jest w Nim już odrobina woli poukładania tego wszystkiego. Dopóki jego zachowanie nie uderza w nasz dom i stabilność finansową, dopóty nie ingeruję. Niech się czuje wolny. Jak zaatakuje i zacznie niszczyć na nowo - będę się bronić i walczyć dla dobra córki i swojego . Jak napisałam wyżej, nie mam pojęcia, co nas czeka. Oby dobro. Napiszę jeszcze coś: pomaga mi (nam?) moja modlitwa. Prawdziwa rozmowa z Bogiem, która dodaje otuchy. Nie należę do osób nakręconych religijnie, a raczej do pragmatyków, ale modlitwa daje mi siłę. Modlę się głównie za Męża.
Modlitwa za byłego ![]()
:
Wróć!
Ile bym dał(a)
{dla ułatwienie piszę w rodzaju żeńskim}
by na stare tory wróciło,
by rodzina była cała.
Siniaki w mgle rozmyło
Wróć...
Psychika się załamała,
coś w serce bach! uderzyło.
Pani Los ukarała?
Jest pusto i dlaczego miło.
Wróć?
Już nie jestem taka mała,
nowe życie za progiem.
...czy siebie okłamałam?
Przeproszę się z Bogiem.
komu świat rujnuje?
W niepewności zwlekam,
na zgliszczach buduje!
JUŻ NIE UCIEKAM.
A ty były mój eks,\
bądź jak pies
panu bądź wierny,
do następnego razu
Nieśmiertelny.
39 2015-07-20 13:17:30 Ostatnio edytowany przez smallangel (2015-07-20 13:19:09)
Viollace - skąd u Ciebie taka zmiana frontu, plan na odzyskanie Męża ( bo tak to odczytuje) ? Ktoś Ci to zasugerował jak postępować?
Nie traktuj tego jak złośliwe pytanie, jestem po prostu ciekawa ![]()
Viollace - skąd u Ciebie taka zmiana frontu, plan na odzyskanie Męża ( bo tak to odczytuje) ? Ktoś Ci to zasugerował jak postępować?
Nie traktuj tego jak złośliwe pytanie, jestem po prostu ciekawa
Daleka jestem od takiego traktowania Twojego pytania:-). Jak prześledzisz mój wątek od początku, to zobaczysz najpierw rozpacz, niepewność, potem stawanie na nogi z nastawieniem cały czas, że nie odpuszczam. Więc to żadna zmiana frontu :-). Ja męża po prostu bardzo kocham - nadal. Wybaczyłam, co złe, odkreśliłam wszystko grubą krechą, nie wspominam (chyba że On przyjdzie z propozycją porozmawiania na ten temat) i stoję na nowej drodze ku wspólnemu budowaniu. Przez cały czas chcę, abyśmy byli nadal razem: aby na nowo trafić do jego serca i wyprostować mu myślenie (zmasakrowane jeszcze po sanatorium). Mi nie wystarczy BYCIE obok siebie. On wie, czego ja chcę. ja wiem, co on na razie deklaruje słowem - tu się mijamy, ale nie rozmijamy całkiem. I widzę nas oboje na razie jako dwie kule bilardowe: raz się zderzamy i przez chwilę turlamy razem, potem nagły odrzut każde w swoją stronę, by znów za jakiś czas turlać się razem. On się stara po swojemu (czasem wpada w manię niszczenia i Piotrusia Pana) - wprawdzie miłości nie deklaruje a wręcz przeciwnie mówi, ale "po owocach ich poznacie" - a ja widzę, że stara się być fair w stosunku do mnie. Mieszkamy nadal razem. Posiłki też jemy wspólnie, finanse mamy wspólne i pomimo tego, że zostaliśmy w domu sami, bo nasze dziecko jest obecnie na wakacjach, nie pozabijaliśmy się. On mnie sprawdza, czy go kocham, jak robię swoje - na razie się toczy. Poczekamy, zobaczymy. Bo co nagle, to po diable.
Zaproponowałam zaczęcie na nowo tak, jak to było poprzednio: od przyjaźni. ponad 20 lat temu on musiał strasznie o mnie zabiegać i czekał, już mocno kochający, aż ja zdecyduję się, czy iść w stronę mojej dawnej miłości, od której nie umiałam się odciąć przez długie miesiące, czy jednak być z nim. Wiemy, ile jesteśmy warci jako ludzie, ile sobie zawierzyliśmy nawzajem, ile traum przeżyliśmy. On ma swoje ogromne wady, ale na tym etapie - choć jestem ich w pełni świadoma, skupiam się na tym, co w nim dobre, bo tylko w ten sposób mogę nastawić pozytywnie myślenie.
Mój plan na odzyskaniu męża się nie kończy - jak się uda, będzie to pierwszy krok w kierunku dalszym.
Jeśli kochasz naprawdę - jesteś w stanie zrobić wszystko. Pamiętaj.
41 2015-07-20 15:11:43 Ostatnio edytowany przez smallangel (2015-07-20 15:15:19)
Viollace - przepraszam, źle się wyraziłam. Zmiana frontu - miałam na myśli właśnie to, że nie, że zmieniłaś front w sensie odzyskanie Męża tylko wpadłaś na pomysł by zacząć to tak jak kiedyś. Czytałam Twój wątek i myślę, że jeżeli dalej tak będziesz postępowała jak postępujesz - to, może Mąż wpaść ponownie jak śliwka w kompot. W sensie - pozytywnym
.
Czemu tak myślę, sama żyje z Mężem po zdradzie. Podobnie, bardzo podobnie działałam i dziś jestem tam gdzie jestem
. Z Mężem.
Może u mnie było troszkę inaczej z tym, że Mąż nie chciał odejść.
Jeśli kochasz naprawdę - jesteś w stanie zrobić wszystko. Pamiętaj.
Wiem. Zrobiłam wszystko ![]()
Viollace - przepraszam, źle się wyraziłam. Zmiana frontu - miałam na myśli właśnie to, że nie, że zmieniłaś front w sensie odzyskanie Męża tylko wpadłaś na pomysł by zacząć to tak jak kiedyś. Czytałam Twój wątek i myślę, że jeżeli dalej tak będziesz postępowała jak postępujesz - to, może Mąż wpaść ponownie jak śliwka w kompot. W sensie - pozytywnym
.
Czemu tak myślę, sama żyje z Mężem po zdradzie. Podobnie, bardzo podobnie działałam i dziś jestem tam gdzie jestem. Z Mężem.
Może u mnie było troszkę inaczej z tym, że Mąż nie chciał odejść.Jeśli kochasz naprawdę - jesteś w stanie zrobić wszystko. Pamiętaj.
Wiem. Zrobiłam wszystko
Nie trzeba przepraszać, bo nie ma za co :-). Cieszę się, że Ci się udało :-) - szacunek dla Ciebie, smallangel.
Nikt poza moją własną intuicją i znajomością charakteru mojego męża i mojego własnego mi nie zasugerował rozpoczynania na nowo od przyjaźni. Całe życie lepiej dogadywałam się z facetami niż z kobietami - więc wiem, że kontakty z płcią przeciwną idą mi to całkiem nieźle. Doświadczyłam cudownej, niespotykanej wręcz prawdziwej przyjaźni damsko-męskiej (przyjaźnimy się nadal - już rodzinnie :-)) - potwierdzam zatem, że taka przyjaźń istnieje. I wiem, że moim mężem też całe życie się lubiliśmy i byliśmy dla siebie także przyjaciółmi. Od tego zaczęliśmy, bo tak postanowiliśmy oboje już na drugiej randce (choć to ja wpadłam Mężowi w oko i był tak uparty, aby mnie od razu poznać i się ze mną umówić, a ja tak uparta, żeby się z nim nie umówić, że jego koledzy zaczęli już zakłady robić, ile razy dam mu jeszcze kosza :-)). Wierzę (a chyba nawet wiem), że potrafiliśmy się świetnie dogadać - pomimo życiowych burz, fochów i uprzedzeń. I jeśli tylko uda nas się nawiązać i utrzymać pozytywną komunikację, z czasem ta więź się pogłębi. Byłoby prościej, gdyby mąż zechciał pójść na terapię, ale on nie chce.
Zdradzisz swoje sposoby na odzyskanie męża? Jak nie chcesz publicznie, to daj znać, skontaktujemy się na priv.
Napiszę Wam, że coś drgnęło pozytywnie w komunikacji między moim Mężem, a mną - zaczął się starać nieco. Potrafimy porozmawiać, dotykając ostrożnie tematu "My" (w maleńkich dawkach, ale jednak :-)). Jestem ostrożna, więc nie piszę tu HURRA - bo nie wiadomo, co będzie dalej. Ale staram się myśleć pozytywnie i taką też postawę przyjmuję przed moim Mężem - konsekwentnie, w każdej sytuacji, pokazuję Mu to, o czym Go poinformowałam: że tamten rozdział odcięłam grubą krechą i tworzę nową jakość naszych relacji. I on też ma zrobić to samo - bo to jedyne rozwiązanie. Poinformowałam, że jeśli będzie chciał, zawsze możemy porozmawiać o NAS: o teraźniejszości, przeszłości i przyszłości (bo sam spytał, czy wiem, że nie wszystko zostało przegadane - oj, wiem, wiem doskonale i Mu to potwierdziłam) - ale nie chcę znać ŻADNYCH szczegółów zdrady, bo temat dla mnie nie ma znaczenia. Liczy się dla mnie tylko to, co On i ja tworzymy razem, bo Go kocham i nie straciłam w Niego wiary. Trzymajcie kciuki, proszę.
ale nie chcę znać ŻADNYCH szczegółów zdrady, bo temat dla mnie nie ma znaczenia. Liczy się dla mnie tylko to, co On i ja tworzymy razem, bo Go kocham i nie straciłam w Niego wiary. Trzymajcie kciuki, proszę.
Viollace świetnie, że idziesz do przodu
Chciałabym napisać kiedyś to co Ty..na razie te szczegóły zdrady właśnie często mnie dobijają.
Powodzenia Ci życzę!
Viollace świetnie, że idziesz do przodu
Chciałabym napisać kiedyś to co Ty..na razie te szczegóły zdrady właśnie często mnie dobijają.
Powodzenia Ci życzę!
Im więcej razy będziesz myśleć o zdradzie, roztrząsać to, wyobrażać sobie, etc., tym gorzej dla Twojej równowagi emocjonalnej. Ja się od tego całkiem odcięłam. Jeden jedyny raz pokusiło mnie, aby przez moment wyobrazić sobie mojego męża kochającego się z tamtą. Brr.... Umiem fantazjować - z detalami. Wyszedł obraz baaaardzo przekonywujący: było to obrzydliwe, bolesne i rozdzierało mnie od środka na nowo. Postanowiłam, że nigdy więcej nie będę wodzić mojej wyobraźni na pokuszenie - bo i po co? Żeby się katować bezsensownie? Mało jeszcze mi krzywdy wyrządził i bólu zadał?
Wyznaczyłam więc sobie cel - MÓJ cel. I konsekwentnie realizuję to, co postanowiłam. Nie wiem, czy uda mi się męża odzyskać, ani czy wykonam to zadanie całkowicie, ale wiem, że cokolwiek zrobię i postanowię, to będzie MOJA decyzja. Dzięki takiej postawie udało mi się wyciszyć emocje, tę moją ogromną miłość ulokować bezpiecznie w sercu, wiedząc, że nie grozi jej zastąpienie nienawiścią i zgorzknieniem. Odcięłam się od tego, co złe, znów dumnie podniosłam głowę i odzyskałam szacunek do siebie. Mąż wyczuwa, że jestem silniejsza i próbuje mnie deprecjonować - wie, że mam mocny charakter i jestem tak samo uparta, jak on w realizacji wyznaczonego celu. Miłość wymaga stanowczości. To dlatego dałam Mężowi wolność, samej sobie nałożyłam całkowity zakaz myślenia o zdradzie, a Jego poinformowałam, że jeśli tylko zechce rozmawiać - o NAS, jestem do Jego dyspozycji. Być może kiedyś przyjdzie taki czas, że sama będę chciała wiedzieć coś więcej na temat Jego zdrady, ale to raczej wątpliwe i nie przypuszczam, aby było to prędzej niż za wiele lat.
Odetnij się, a będzie Ci prościej. Skup myśli na innym priorytecie - na tym, co naprawdę ważne. Ja - zanim odcięłam się od tematu zdrady - wykonałam ogromną pracę nad zrozumieniem tego, co się u nas stało, nad zrozumieniem siebie i Jego. Skupiłam się najpierw na analizie - po kobiecemu rozebrałam wszystko na drobne, a potem dokonałam syntezy tego, czego się dowiedziałam. Weź to dziewczyno na rozum, a nie na emocje i skup się na tym, co NAPRAWDĘ istotne dla Ciebie - jeśli to zdradę umieścisz na podium to raczej nie ruszysz do przodu.
46 2015-07-23 16:30:01 Ostatnio edytowany przez smallangel (2015-07-23 16:42:13)
Viollace - zdrada nie bierze się znikąd.
Wiem, że to kontrowersyjny temat, czy zgadzasz się z tym?
Jeżeli tak, to czy znalazłaś powody kryzysu, który mógł być następstwem zdrady?
Viollace - zdrada nie bierze się znikąd.
Wiem, że to kontrowersyjny temat, czy zgadzasz się z tym?
Jeżeli tak, to czy znalazłaś powody kryzysu, który mógł być następstwem zdrady?
Tak, doszłam do przyczyn tego, co się stało - to bardzo złożony problem. Samodzielnie układałam "puzzle", bo mój Mąż mi słowem niczego nie wyjaśnił. Nawet teraz nie ma odwagi o tym mówić - choć doskonale wie, że ja jestem na tę rozmowę już od pewnego czasu gotowa. On,niestety, nie uporał się jeszcze ze swoimi emocjami, zaprzeczeniem poczucia winy u siebie i panicznym strachem przed przyjęciem odpowiedzialności za to, jak mnie skrzywdził swoim nieludzkim postępowaniem. Ja swoje grzechy rozliczyłam - mówiąc Mu o nich oficjalnie. Czekam, aż Mąż będzie gotowy. Ma dużo czasu - bo nadal Go kocham i widzę, że - jakkolwiek nie zwać Jego mikroskopijnych kroczków w moim kierunku - stara się, aby te nasze relacje jakoś poukładać.
Weź to dziewczyno na rozum, a nie na emocje i skup się na tym, co NAPRAWDĘ istotne dla Ciebie - jeśli to zdradę umieścisz na podium to raczej nie ruszysz do przodu.
Viollace masz racje- jednak w praktyce ciężkie do wykonania..
Tak, ja też mam niestety bujną wyobraźnie ...i te obrazy mnie często niszczą, nie potrafię ich jednak odgonić tak szybko jak Ty..Chyba każdy ma na to swoje tempo..
Viollace - ja również sama układałam puzzle. Od Męża nigdy nie usłyszałam, że to moja wina. Doszłam do problemów - zniwelowałam i dziś jest naprawdę super ![]()
Zawsze zazdrościłam tym, którzy umieli/umieją swoje myśli skierować na inny tor. Ja męczyłam się z tymi myślami, dobre dwa lata.
wiem wiem - zdrad nie powinno być . bo to feee !! jednak uważam ,że tzw jednorazowy strzał można postarać się wybaczyć , jednak długotrwały skok - w bok jest beznadzieją, która niszczy związek i poczucie szacunku do samej siebie
Chyba trochę "z podziwu" wyjść nie mogę czytając wątek.
Szkoda życia na takie szarpanie się z osobą, która tak nas nie chce w imię jakiejś wyimaginowanej walki tracąc po troszę szacunek do samej siebie, przecież to upokarzające?
Nawet, jeśli się uda, to żyć ze świadomością, że coś sobie na siłę wywalczyliśmy?
W takiej sytuacji puściłabym wolno skoro tak bardzo ktoś mnie poniewiera i ma za nic. Siebie też należy kochać. I to niech on się stara, żeby odzyskać, jeśli naprawdę to było cenne tak samo dla jednej jak i drugiej strony.
To tylko moja opinia, ale nie potrafię tego zrozumieć.
Czuję, że coraz silniej łapię wiatr w żagle :-). Rozmawiamy coraz więcej ze sobą (często On zaczyna temat), śmiejemy się razem, On jeszcze często się irytuje (już go rozszyfrowałam i wiem, że tak objawia swój strach), ale widzę, że i On powoluteńku coraz lepiej oswaja swoje emocje. Kiedy ja znikam mu z oczu na dłużej, On zaczyna mnie szukać (oczywiście, udając, że akurat potrzebował czegoś z pomieszczenia, w którym mnie znalazł); kiedy zmieniam jakiś utarty schemat postępowania (nawet jeśli to drobiazg), zauważa to. Zawsze kochałam lato, a teraz błogosławię upalne dni, bo zakładam same zwiewne, seksowne ciuszki i nie zapominam "zapomnieć" dopiąć guzika przy dekolcie, ramiączka sukienek czy bluzek reguluję tak, aby mimowolnie czasem same się lekko zsuwały z ramion (opalonych na złoto;-)). Staję, siadam czy układam się na tapczanie tak, aby Mąż mógł na czym zawiesić oko. Tak: uwodzę Go - z premedytacją, ale szalenie dyskretnie i w maleńkich dawkach, bo znamy się przecież doskonale i wiem, że inaczej szybko by mnie rozszyfrował i się spłoszył. Mam uśmiech na twarzy i śmieję się często - do Niego. Jestem wesoła i widzę, że to Go zastanawia, intryguje. Bagatelizuję Jego fochy i pokonuję napady złego humoru spokojem lub obracam to w żart - wytrącam Mu w ten sposób "broń" z ręki. I nie narzucam się. Jestem. Tylko czasem (b. rzadko) na moment musnę "przypadkiem" ramieniem o ramię, a odbierając rzecz z Jego dłoni robię to tak, aby nasze palce się dotknęły, i oczywiście udaję, że te dotknięcia nie docierają do mojej świadomości.
Coraz częściej słyszę "Kochanie", choć przez długi czas nie używał tego zwrotu (ale oczywiście udaję, że nie ma to dla mnie żadnego jakiegoś extra znaczenia - ot, po prostu, zwyczajna naturalna wypowiedź męża do żony, nad którą nie należy się trząść z zachwytu).
Dziś doszłam do chyba przedostatniego rozmiaru "szpilek winy", którymi przez wiele tygodni kłułam od czasu do czasu męża sumienie, próbując je poruszyć w ten sposób.
Spytał mnie dziś, czy uważam, że on w tym swoim nowym wydaniu jest zły i czy to, co robi jest złe. Odpowiedziałam, że nie straciłam wiary w Niego i że w moich oczach nadal jest wartościowym człowiekiem, który wprawdzie popełnił poważne błędy i nie wszystko to, co robi teraz, mi się podoba, ale to Go nie przekreśla w moich oczach. Ostrzegłam Go, że na dwa zdania muszę wrócić do czasu, który już zamknęłam. A potem powiedziałam zwięźle, patrząc Mu cały czas prosto w oczy, że złe jest, iż mnie zdradził, i bardzo złe jest to, jak nieludzko mnie potraktował po przyjeździe (zdanie numer 1). Skrzywdził mnie ogromnie w ten sposób i mocno zranił, zadając wiele bólu i wpędzając w rozpacz, a wystarczyło zacząć od rozmowy (zdanie numer 2).
Bałam się, że ucieknie, zacznie krzyczeć, że mam przestać mówić, ale nie: wytrzymał i nie uciekł nawet ze spojrzeniem, choć widziałam, że nie było Mu łatwo. Po krótkim milczeniu wybuch emocji z Jego strony, że po co wracam do TEGO. Ale dzielnie nadal siedział naprzeciw mnie i nie uciekł. Przeczekałam wybuch, milcząc i patrząc prosto w oczy.
Dziś wydarzyło się jeszcze kilka istotnych epizodów - to drobiazgi, które dają nadzieję, że jednak idziemy w lepszym kierunku i że warto podejmować wysiłek naprawy - pomimo wszystko.
Chyba trochę "z podziwu" wyjść nie mogę czytając wątek.
Szkoda życia na takie szarpanie się z osobą, która tak nas nie chce w imię jakiejś wyimaginowanej walki tracąc po troszę szacunek do samej siebie, przecież to upokarzające?
Nawet, jeśli się uda, to żyć ze świadomością, że coś sobie na siłę wywalczyliśmy?
W takiej sytuacji puściłabym wolno skoro tak bardzo ktoś mnie poniewiera i ma za nic. Siebie też należy kochać. I to niech on się stara, żeby odzyskać, jeśli naprawdę to było cenne tak samo dla jednej jak i drugiej strony.
To tylko moja opinia, ale nie potrafię tego zrozumieć.
Widzisz, ja puściłam wolno. Teoretycznie może robić, co chce.I teoretycznie powinnam Go sobie darować. Zauważ: teoretycznie. Ale teoria to łatwa dziedzina, pełna schematów - tak bardzo przecież bezpiecznych, prawda? Bo przewidywalnych. Znacznie trudniejsza jest praktyka. I tu dopiero każdy z nas ma szansę wykazać się swoimi umiejętnościami i determinacją w rozwiązywaniu problemów. Teraz właśnie - będąc wolnym - wraca przykładnie do domu, zmienia się na lepsze, zaczyna rozmawiać o tym, czego nie umiał omówić przedtem. Warto? Warto - bo wbrew temu, co piszesz, widząc TAKIE efekty, nie tylko nie tracisz szacunku do siebie, ale wręcz odwrotnie: zyskujesz go dla siebie, bo przekonujesz się, ile masz w sobie siły. Nie zrobić nic, mając solidne fundamenty, na których można dokonać odbudowy i postawić nowy, lepszy dom, to wg mnie poddanie się walkowerem. I to jest upokarzające. Przegrana - w walce - nie rodzi upokorzenia, ale daje pewność, że zrobiło się wszystko, co było w ludzkiej mocy. To moje zdanie.
Ne wiem, czy nam się uda. Ale Kolumb, płynąć do Indii, też nie wiedział - że odkryje Amerykę.
Viollace - Przeczytałem twe posty i jestem pełen podziwu dla twej determinacji w walce o swój związek .... naprawdę pełen szacunek. Odebrałem Cię jako osobę która powinna w tym związku nosić spodnie i chyba tak jest....Naprawdę silna z Ciebie kobieta !!! Zastanawia mnie fakt że właśnie po tak długim stażu małżeńskim jednemu w małżeństwie "odbija" ,często właśnie po dwudziestu czy dwudziestu kilku latach. Nie wiesz nawet jak bardzo Ci życzę aby się WAM udało. Sam pracuję też nad tym samym chociaż ma sytuacja jest całkiem inna ale cel taki sam.
Pozdrawiam i życzę szczęścia - rumpel
Amare napisał/a:Chyba trochę "z podziwu" wyjść nie mogę czytając wątek.
Szkoda życia na takie szarpanie się z osobą, która tak nas nie chce w imię jakiejś wyimaginowanej walki tracąc po troszę szacunek do samej siebie, przecież to upokarzające?
Nawet, jeśli się uda, to żyć ze świadomością, że coś sobie na siłę wywalczyliśmy?
W takiej sytuacji puściłabym wolno skoro tak bardzo ktoś mnie poniewiera i ma za nic. Siebie też należy kochać. I to niech on się stara, żeby odzyskać, jeśli naprawdę to było cenne tak samo dla jednej jak i drugiej strony.
To tylko moja opinia, ale nie potrafię tego zrozumieć.Widzisz, ja puściłam wolno. Teoretycznie może robić, co chce.I teoretycznie powinnam Go sobie darować. Zauważ: teoretycznie. Ale teoria to łatwa dziedzina, pełna schematów - tak bardzo przecież bezpiecznych, prawda? Bo przewidywalnych. Znacznie trudniejsza jest praktyka. I tu dopiero każdy z nas ma szansę wykazać się swoimi umiejętnościami i determinacją w rozwiązywaniu problemów. Teraz właśnie - będąc wolnym - wraca przykładnie do domu, zmienia się na lepsze, zaczyna rozmawiać o tym, czego nie umiał omówić przedtem. Warto? Warto - bo wbrew temu, co piszesz, widząc TAKIE efekty, nie tylko nie tracisz szacunku do siebie, ale wręcz odwrotnie: zyskujesz go dla siebie, bo przekonujesz się, ile masz w sobie siły. Nie zrobić nic, mając solidne fundamenty, na których można dokonać odbudowy i postawić nowy, lepszy dom, to wg mnie poddanie się walkowerem. I to jest upokarzające. Przegrana - w walce - nie rodzi upokorzenia, ale daje pewność, że zrobiło się wszystko, co było w ludzkiej mocy. To moje zdanie.
Ne wiem, czy nam się uda. Ale Kolumb, płynąć do Indii, też nie wiedział - że odkryje Amerykę.
Sama wiesz najlepiej czy warto i czy to ma sens. To była tylko moja opinia na podstawie tekstu, który przeczytałam, a słowa nie zawsze oddadzą sytuację, co akurat rozumiem.
Życzę więc wytrwałości i szczęścia, bo zasługujesz na to ![]()
56 2015-07-26 11:20:26 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-07-26 11:38:57)
Viollace - Przeczytałem twe posty i jestem pełen podziwu dla twej determinacji w walce o swój związek .... naprawdę pełen szacunek. Odebrałem Cię jako osobę która powinna w tym związku nosić spodnie i chyba tak jest....Naprawdę silna z Ciebie kobieta !!! Zastanawia mnie fakt że właśnie po tak długim stażu małżeńskim jednemu w małżeństwie "odbija" ,często właśnie po dwudziestu czy dwudziestu kilku latach. Nie wiesz nawet jak bardzo Ci życzę aby się WAM udało. Sam pracuję też nad tym samym chociaż ma sytuacja jest całkiem inna ale cel taki sam.
Pozdrawiam i życzę szczęścia - rumpel
Dziękuję, Rumpel :-) - masz rację: jestem silna i wiem o tym (ale jakże miło usłyszeć potwierdzenie faktu od innych). Trzymaj kciuki za mnie i mojego Męża, bo ja trzymam kciuki za wszystkich, którzy dają z siebie wiele i dają siebie, aby odnowić, naprawić, wyprostować, odnaleźć, uleczyć, etc... miłość (więc i za Ciebie :-))- bo to ona jest najważniejszą wartością w naszym życiu. Wiem, jestem niepoprawną romantyczką, ale - parafrazując słowa przepięknej Pieśni nad Pieśniami - gdybym miłości nie mała, byłabym jako harfa bez strun.
Nie mam pojęcia, dlaczego jednej ze stron po ok. 20 latach odbija, ale patrząc na pary wokół siebie i na mój własny przypadek, śmiem twierdzić, że za ponad 90% takich spraw kryje się nie tyle pewna niedojrzałość partnera, co głęboka frustracja i - spowodowana tą niedojrzałością, niestety - egoistyczna próba uwolnienia się od brzemienia (w sposób prosty, nieskomplikowany i dla zdradzającego bezbolesny prawie).
Może dlatego potem ci, co zostali zdradzeni, nie tylko leczą rany, ale również próbują ratować i angażują się dużo bardziej w naprawę niż ci, którzy zdradzili?...
Sama wiesz najlepiej czy warto i czy to ma sens. To była tylko moja opinia na podstawie tekstu, który przeczytałam, a słowa nie zawsze oddadzą sytuację, co akurat rozumiem.
Życzę więc wytrwałości i szczęścia, bo zasługujesz na to
Dziękuję Amare :-). Tak, warto o to walczyć. Bo i z Jego strony widzę zaangażowanie w sprawę. Już fakt, że potrafimy rozmawiać o naszych sprawach, a nie zamiatać rzeczy pod dywan, daje ogromną nadzieję.
Jak kochasz prawdziwie, to wiesz, że wszelkie przeszkody jesteś w stanie pokonać. Miłość daje siłę.
Bycie dwojga ludzi ze sobą to droga. Czasem się gubimy na niej. Grunt, aby jedno zechciało to drugie (to bardziej "zgubione") odszukać. Jak już "zguba" się odnajdzie, to dalej idzie się razem.
Wierzę też, ba - mam przekonanie! - że WSZYSTKO można naprawić, ale trzeba do tego ogromnej woli, wysiłku, stanowczości, cierpliwości i wyrozumienia. Bo na tym właśnie m.in. opiera się dojrzała miłość.
Mój mąż przemówił! I rzuca mi hasła/zdania - klucze, które dają nowe światło na nasze relacje i na to, co się stało między nami. Ja tez przemówiłam - ale inaczej niż przedtem, bo jestem na nowej drodze i wiem, gdzie i jak chcę iść. Z Nim, oczywiście. I On o tym wie.
Jesteśmy obecnie jak dwa druty bardzo wysokiego napięcia: iskrzy się miedzy nami (oj, iskrzy mocno :-)), czasem są wymieniane myśli, czasem pojawia się Jego irytowanie się, krzyki, moje mocne postanowienie, żeby zachować stoicki spokój pomimo wszystko, Jego spojrzenia, (widzę czasem Jego obawę przed tym, aby zacząć na nowo) , moje dotknięcia i muśnięcia, Jego podchody w moim kierunku, czasem lądujemy w swoich objęciach. Zakochałam się, na nowo; umiem Mu o tym mówić (i widzę, że sprawia mu to przyjemność, jest dla Niego ważne, choć tego na pozór nie okazuje), ale jestem bardzo stanowcza i pokazuję, że Go nie odtrąciłam - pomimo tego, co zrobił. Mówię (lub piszę krótkie listy/karteczki, jeśli nie mamy czasu w ciągu dnia porozmawiać - mąż pracuje na zmiany, więc np. czyta to nad ranem) krótko, konkretnie, bez wytykań, żalów, operuję precyzyjnymi zdaniami - o tym, co czuję, co nasunęło mi się na myśl po Jego kolejnej wypowiedzi. Nie pytam, co sądzi o tym, co usłyszał/przeczytał - bo na ten etap jest jeszcze za wcześnie. Pozostawiam wszystko Jego przemyśleniom. I widzę, że myśli, baaardzo myśli. I bardzo się stara. Łagodnieje. Coraz bardziej angażuje się w prace w domu, planuje z własnej inicjatywy, coraz częściej mówi mi, gdzie jedzie i co będzie robił. Okazuję, że Go uważnie słucham. NIE WRACAMY do tego, co było. Żadne z nas. Jak będzie chciał - możemy o tym rozmawiać.
Oboje na razie staramy się poukładać nasze życie na nowo. Lepiej.
Jak to się wszystko zakończy, nie mam pojęcia. Oby dobrze.
Mój mąż przemówił! I rzuca mi hasła/zdania - klucze, które dają nowe światło na nasze relacje i na to, co się stało między nami. Ja tez przemówiłam - ale inaczej niż przedtem, bo jestem na nowej drodze i wiem, gdzie i jak chcę iść. Z Nim, oczywiście. I On o tym wie.
Jesteśmy obecnie jak dwa druty bardzo wysokiego napięcia: iskrzy się miedzy nami (oj, iskrzy mocno :-)), czasem są wymieniane myśli, czasem pojawia się Jego irytowanie się, krzyki, moje mocne postanowienie, żeby zachować stoicki spokój pomimo wszystko, Jego spojrzenia, (widzę czasem Jego obawę przed tym, aby zacząć na nowo) , moje dotknięcia i muśnięcia, Jego podchody w moim kierunku, czasem lądujemy w swoich objęciach. Zakochałam się, na nowo; umiem Mu o tym mówić (i widzę, że sprawia mu to przyjemność, jest dla Niego ważne, choć tego na pozór nie okazuje), ale jestem bardzo stanowcza i pokazuję, że Go nie odtrąciłam - pomimo tego, co zrobił. Mówię (lub piszę krótkie listy/karteczki, jeśli nie mamy czasu w ciągu dnia porozmawiać - mąż pracuje na zmiany, więc np. czyta to nad ranem) krótko, konkretnie, bez wytykań, żalów, operuję precyzyjnymi zdaniami - o tym, co czuję, co nasunęło mi się na myśl po Jego kolejnej wypowiedzi. Nie pytam, co sądzi o tym, co usłyszał/przeczytał - bo na ten etap jest jeszcze za wcześnie. Pozostawiam wszystko Jego przemyśleniom. I widzę, że myśli, baaardzo myśli. I bardzo się stara. Łagodnieje. Coraz bardziej angażuje się w prace w domu, planuje z własnej inicjatywy, coraz częściej mówi mi, gdzie jedzie i co będzie robił. Okazuję, że Go uważnie słucham. NIE WRACAMY do tego, co było. Żadne z nas. Jak będzie chciał - możemy o tym rozmawiać.
Oboje na razie staramy się poukładać nasze życie na nowo. Lepiej.
Jak to się wszystko zakończy, nie mam pojęcia. Oby dobrze.
To chyba jest dobrze ![]()
Powodzenia w walce, przynajmniej będziesz mieć poczucie, że zrobiłaś ile mogłaś ![]()
To chyba jest dobrze
Powodzenia w walce, przynajmniej będziesz mieć poczucie, że zrobiłaś ile mogłaś
O miłość się nie walczy.
Idąc z takim przeświadczeniem, ktoś zawsze będzie przegranym.
61 2015-09-05 03:26:57 Ostatnio edytowany przez Viollace (2015-09-05 03:29:04)
Amare napisał/a:To chyba jest dobrze
Powodzenia w walce, przynajmniej będziesz mieć poczucie, że zrobiłaś ile mogłaśO miłość się nie walczy.
Idąc z takim przeświadczeniem, ktoś zawsze będzie przegranym.
Witajcie po dość długiej przerwie :-) O miłość nie walczę - bo uważam, że ta prawdziwa nigdy nie umiera. Podjęłam walkę o człowieka,którego kocham. Obecnie jesteśmy na etapie takim, że mogę Męża już musnąć w policzek na dzień dobry i do widzenia (ostatnio sam nawet zaczyna go nadstawiać, kiedy wychodzi lub wraca z pracy - jak dawniej). Śpimy osobno, ale On ma w planach dalej kończenie naszej sypialni. Dziś miałam kompletnego "doła" - moja mama zaczyna przegrywać z rakiem, a Mąż pokłócił się ze mną (robi to dziesiątki razy w tygodniu, bo nadal się wścieka o byle co, dopowiada sobie, etc.). Ale potem zrobił kolację (pierwszy raz od wielu miesięcy) i podał mi pachnące zapiekanki, kiedy siedziałam milcząca i zdołowana przy stole. A kiedy poszłam wypłakać swój żal i ból do łazienki, po raz pierwszy od powrotu z sanatorium (czyli już prawie pół roku) przyszedł i mocno zamknął mnie w ramionach. Długo nie umiałam się przemóc, aby go przytulić tak, jak dawniej. Ale udało mi się. Kiedy się uspokoiłam, znów się odsunął,ale pocieszył słownie.
Jest mi ciężko, ale widzę ogromne postępy w nas obojgu - szczególnie w Nim, bo ja de facto czekam na Męża, ale też podlegam metamorfozie. Nie mam pojęcia, czy z kochanką utrzymuje kontakt, ale podejrzewam, że go chyba ponad miesiąc temu olała, bo był jak wściekły, a skończyły się długaśne rozmowy telefoniczne i do domu wraca przykładnie, jak w zegarku. Daje mi się przytulać, czasem poprosi o masaż obolałych pleców. Nie pytam o przeszłość. Nie wracam do tego, co było - chyba ze muszę, ale wtedy moje "szpilki winy" są mocne i grube. Kiedy je wbijam - z racji rozmiaru i bolesności - dawkuję je bardzo rozsądnie i rzadko. Nigdy nie używam dwa razy tej samej - bo co raz zostało powiedziane, wystarczy, aby zrozumiał. Niewiele ich już zostało do użycia. Działają, choć okupione to jest szalonymi emocjami ze strony Męża. On nadal ucieka przed odpowiedzialnością i bólem.
Coś z emocjami i psychiką mojego Męża jednak jest nie tak, jak trzeba - momentami ma zachowanie maniaka, czasem jak Piotruś Pan i egocentryczny hedonista. A czasem zwyczajnie rozmawiamy. Na terapię iść nie chce, choć powinien. Kiedy zapytałam Go raz zrezygnowana, czy naprawdę chce, abym Go zostawiła i zrezygnowała z Niego, w oczach na moment błysnęła Mu obawa, ale odwrócił szybko wzrok i wzruszył tylko ramionami, ale już tego samego dnia za kilka godzin był inny, taki... ciut bardziej ludzki...?
Nadal nie wiem, jak to się dalej potoczy, ale na razie idzie powoluteńku ku lepszemu w tempie: krok do przodu, kroczek w tył z burzami pośrodku.
Piszę to, aby tych, którzy zaczynają wątpić, przekonać, że walka ma sens. Udowodniłam dzięki temu sobie, że daję radę i wiem, że tylko ode mnie zależy, jak długo to potrwa. Jestem samodzielna; sama decyduję, a nie On.
Tak na marginesie: wystarczyły dwie wizyty w krótkim czasie jednego niesamowicie przystojnego kuriera u nas i wspólna wyprawa na zakupy bez córki, abym przekonała się, że mój Mąż, ponoć ten niekochający i nie mogący na mnie patrzeć, jest o mnie szalenie zazdrosny.
Mnie nie przekonałaś, że ta "walka ma sens" ![]()
Kompletnie tego nie rozumiem - dla mnie to poniżanie się, brak własnej godności, nie wiem... strach?
Ja bym dziada zwyczajnie przegnała gdzie pieprz rośnie, a nie - po tym co zrobił, po zdradzie, po porzuceniu w każdym możliwym zakresie: fizycznym, emocjonalnym, uczuciowym - jeszcze znosiła jego humory, zabiegała o jego względy, podtykała pod nos, brała na siebie współodpowiedzialność, znosiła jego chamskie odzywki, zachowanie... I jeszcze to tłumaczenie, że to "w imię miłości"...
Miłości czyjej? i do kogo?
Raczej strachu i obawy przed samotnością i koniecznością zmierzenia się z własnym życiem... bez oglądania się na innych, z całkowitą odpowiedzialnością za nie...
Może też wygodą (bo byłby blok a nie dom...)...
Pierzesz mu gacie i skarpety i gotujesz obiadki??
Muskasz go w policzek, a on się nadstawia?? Oż kuźwa... jak miło z jego strony!!
Dał Ci - sorki - po mordzie... ale przełknęłaś, bo och! przynajmniej masz mężusia... i domek...
Przepraszam, ale ja czemuś takiemu mówię stanowcze NIE.
63 2015-09-05 15:09:31 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2015-09-05 15:14:10)
Nie zostałam zdradzona i nie wiem jak to jest ale podobnie jak Zorija czuje niesmak czytajac posty Autorki. Gdyby moj maz mnie zdradzil to gdybym nawet dała nam szansę na posklejanie tego to na jego barkach lezaloby udowodnienie mi ze cos zrozumial i zabieganie o resztki mego uczucia. Tu natomiast widzę totalny brak szacunku do samej siebie ..w imię milosci? Czyjej ze tak zapytam? Bo na pewno nie meza. On robi łaskę ze da się uprzejmie rozpieszczac uwodzic i wchodzic sobie w d... po palcu przez Autorke a ona pieje z zachwytu ze jej zrobil zapiekanki na ciepło i cieszy się ze czasem jest wrednym dupkiem ale innym nawet da się do niego podejsc bez kija. No dramat....:/
Ja tu niestety nie widzę morału ze prawdziwa milosc zwycieza tylko taki, że Autorce maz wymierzyl policzek i teraz ona radosnie nadstawia drugi.
Mnie nie przekonałaś, że ta "walka ma sens"
Kompletnie tego nie rozumiem - dla mnie to poniżanie się, brak własnej godności, nie wiem... strach?
Ja bym dziada zwyczajnie przegnała gdzie pieprz rośnie, a nie - po tym co zrobił, po zdradzie, po porzuceniu w każdym możliwym zakresie: fizycznym, emocjonalnym, uczuciowym - jeszcze znosiła jego humory, zabiegała o jego względy, podtykała pod nos, brała na siebie współodpowiedzialność, znosiła jego chamskie odzywki, zachowanie... I jeszcze to tłumaczenie, że to "w imię miłości"...
Miłości czyjej? i do kogo?
Raczej strachu i obawy przed samotnością i koniecznością zmierzenia się z własnym życiem... bez oglądania się na innych, z całkowitą odpowiedzialnością za nie...
Może też wygodą (bo byłby blok a nie dom...)...Pierzesz mu gacie i skarpety i gotujesz obiadki??
Muskasz go w policzek, a on się nadstawia?? Oż kuźwa... jak miło z jego strony!!Dał Ci - sorki - po mordzie... ale przełknęłaś, bo och! przynajmniej masz mężusia... i domek...
Przepraszam, ale ja czemuś takiemu mówię stanowcze NIE.
@Zorija, @feniks35, schematy są łatwe, ale weryfikuje je rzeczywistość. Szanuję Wasz punkt widzenia. Każdy ma prawo do własnego sposobu postępowania.
Kochałyście prawdziwie czy tylko byłyście zauroczone? Miłość to nie motylki w brzuchu (choć one fruwają tam na samym początku) i "ćwierkanie" sobie do ucha, kiedy jest dobrze, a kiedy jest źle, to do widzenia i bye bye. Nie kocha się za coś. W tej dojrzałej miłości kocha się świadomie, a czasem pomimo.
Czy sądzicie, że ja Go "muskam", bo On dalej jest taki sam, jak był w post sanatoryjnym amoku? Gdybym nie widziała w Nim pozytywnych zmian i gdyby On sam nie inicjował pozytywnych sytuacji, gdyby nie nasze rozmowy (fakt, czasem strasznie burzliwe - ale konstruktywne), to chyba nawet moja miłość do Niego nie wystarczyłaby na to, abym tyle czasu trwała w oczekiwaniu na Jego powrót. Ja Go nie przykuwam do siebie. Jest wolny. Wszystko, co robi, robi, bo chce.
Czas. Daliśmy sobie czas. To najmądrzejsze wyjście. On zweryfikuje wszystko i pokaże, czy warto było. Na chwilę obecną uważam, że warto - bo chodzę z podniesioną głową i jestem z siebie dumna, że podjęłam to wyzwanie losu. Dzięki temu przekonałam samą siebie, że jestem silna. A Mąż.... ? Może to się komuś wydać dziwne, ale swoją postawą zmusiłam Go do podjęcia pracy nad sobą. Powiedział mi to.
Wygoda?... Blok a nie dom?... Zorija, kiedy stoisz przed dylematem, czy podjąć trud naprawy i zapewnić własnemu dziecku szczęśliwe lata w domu, czy też wybrać łatwy pomysł na własne życie osobno, ale w zaciszu skromnego mieszkanka i w ten sposób zabrać DZIECKU Jego szczęście i marzenia, to moim zdaniem wygodą jest to drugie.
Mój Mąż powiedział mi pewnego razu (już w czasie post sanatoryjnym) takie oto zdanie: "Rozwód? Wziąć rozwód to najprostsze rozwiązanie. Ale żyć dalej - razem, dobrze, ze świadomością tego, co się stało i pomimo tego - to dopiero jest sztuka, prawda?". To daje do myślenia.
I jeszcze jedno: najważniejsze jest to, co masz w sercu i co dyktuje intuicja plus zawsze doza zdrowego rozsądku. A ja mam pewność, że obrałam właściwą drogę. Za dużo w życiu przeszłam, żeby bać się tego, o czym piszesz, Zorija. I za dużo widziałam, aby nie mieć pewności, że WSZYSTKO jest do naprawienia - ale trzeba do tego ogromnej siły i chęci. Mam w rodzinie przykłady małżeństw, w których działo się bardzo źle przez wiele lat przed totalnym kryzysem, z alkoholizmem i znęcaniem się psychicznym włącznie. Ci ludzie się prawie rozlecieli - ale jedno z każdego z tych małżeństw wykazało się determinacją. Obecnie są najlepszymi małżeństwami, jakie znam. To, co wydawało się niemożliwe, stało się realne.
Nie widzę powodu, abym ja nie miała wykazać tej determinacji, kiedy w moim małżeństwie miłości i pieknych chwil było tak wiele, że na niejeden związek by starczyło.
Rozwód można wziąć zawsze.
Viollace-jestem w szoku,czytając Twoje wpisy! Bardzo, ale to bardzo pogubiłaś się w życiu.Jak tak można dać sobą pomiatać?Gdzie jest granica?Ty straciłaś kontakt z rzeczywistością.Przepraszam jeśli sprawiłam Ci przykrość ale tak jest.Ratuj siebie i dzieci,Twojego małżeństwa już nie ma i nigdy nie będzie,no chyba,że na papierku.Wszystko ma swoje granice,też jestem kobietą po przejściach i bardzo wiele przeszłam ale wierz mi Twój mąż to jakiś psychopata,on ma wspaniałą zabawę znęcając się nad Tobą psychicznie.Ty tego nie widzisz?Co jeszcze musi się stać,żebyś wreszcie przejrzała na oczy?I pamiętaj jeszcze jedno,jeśli mąż ie śpi razem ze swoją żoną to znaczy,że ma kogoś na boku a Tobie pokazuje miejsce w szeregu.Ty nie zasługujesz na to by spać z panem i władcą.