Mój problem jest złożony,ale spróbuję go dla ułatwienia zamieścić w jednym zdaniu "jest nam dobrze, chce ze mną być, ale mnie nie kocha".
Jesteśmy razem 3 lata, on 27 lat ja 22. On - wcześniej w długoletnim związku, zaręczony, nie wyszło im. ja-rozczarowana pierwszym związkiem,
zdradzana,ale wyszłam na prostą.
Jest nam dobrze, szanujemy się, nikt nie rozumie mnie jak On, i na odwrót. Intensywne 3 lata, dużo problemów świata zewnętrznego (np. Jego praca), Jego depresyjna natura, ale zawsze wspólnie. Byliśmy praktycznie nierozłączni.
Ale...Sama nie jestem wylewna. Jednak gdy słowo "kocham" nie pojawiło się po roku, dwóch latach zaczęłam się niepokoić. Jego zachowanie, zaangażowanie wskazywało że coś czuje. Wiedziałam, że ma problemy z komunikacją, rozumieniem własnych i czyiś uczuć(ma problemy z podejmowaniem decyzji, jest chwiejny emocjonalnie, bym rzekła chłodny emocjonalnie). Jednak pewnego dnia spytałam wprost. Odpowiedź w jednej sekundzie zburzyła mi wszystko co myślałam, czułam. Powiedział, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, jeden dzień beze mnie to dzień stracony, czuje wiele ale to nie TO. Chce być ze mną i (co mnie bardzo zdziwiło) nie rozumie że aż tak bardzo mi zależy na miłości. I bez tego, Jego zdaniem, można stworzyć udany związek, rodzinę.
Teraz decyzja należy do mnie-zdecydować się na związek z rozsądku (bez miłości) z cudownym,lojalnym,uczciwym,po prostu dobrym człowiekiem czy odwrócić się i czekać na kogoś kto umie kochać.
A może to mi się nie zdarzy i będę żałować że zostawiłam swoją bratnia duszę?
Dziękuję z góry za głosy odzewu, decyzje mam podjąć dziś wieczorem.