Do tej pory cały mój świat zajmował mąż z synem, każde moje działanie było nakierowane na ich szczęscie. Dążyłam do tego aby byli zadowoleni, niczego im nie brakowało. Mój mąż to osoba ciepła, inteligentna, pracowita i towarzyska - zawsze imponował mi tym, że miał swoje zasady, inne niż wszyscy jego rowieśnicy i się tych ustaleń trzymał- IDEAŁ. Przez kilka lat naszej znajomości nieba mi uchylal, nie opuszczał ani na krok, wymyślał niespodzianki, przynosił kwiatki, prawił komplementy. Po ślubie równiez było dobrze, zachowanie męża jednak zaczęło wzbudzać mój niepokój. W jego rodzinie zaczęły piętrzyć sie problemy, stresy w pracy i z rodzicami odreagowywał poza naszym domem - uczestniczył we wszystkich mozliwych imprezach, spotkaniach towarzyskich, wyjsciach z kolegami - tam mógl sie wyluzować, pił prawie do nieprzytomnosci, wracal nad ranem. Nie oponowałam, bo było mi go żal. Po jakims czasie zaczelam odczuwać samotnośc w czterech scianach, mąż dalej prowadził bogate życie towarzyskie, w domu bywał w przerwach miedzy silownią a spotkaniami. Byłam zazdrosna o tych znajomych, mąż jak wypił zapominał o bozym swiecie, nawet gdy bylismy razem(a byłam w zaawansowanej ciązy) zostawiał mnie samą przy stoliku.
Nie rozumiałam dlaczego sie ode mnie oddala. im bardziej domagałam sie uwagi, tym mniej jej otrzymywałam. Myslałam, że go obarczam, dusze swoja osobą, musi miec przecież jakąś odskocznie. W czasie spotkania ze znajomymi"podsłyszałam" że bral jakies prochy. Sprawe wyjasniliśmy następnego dnia - prosilam, błagałam: wiesz przeciez jak to sie moze skończyć, nie bierz. Obiecał że nigdy wiecej nie siegnie po narkotyki.
Teraz to dopiero rodziły sie w mojej głowie lęki i obawy, pod nieobecnośc męża szalałam ze strachu o niego. Miałam swiadomośc że jest bardzo podatny na wpływ kolegów; do tego mąż nie czuł granicy, kiedy powiedziec sobie: dość. zaczęłam uwaznie przyglądac sie naszym znajomym, starałam sie ograniczyc kontakt z nimi.
Na imrezy chodzilismy owszem, ale raczej razem. Urodził sie nam syn. I było przez moment pieknie. Do momentu kolejnej imrezy u znajomych, po powrocie z której mój raczkujący syn wyjął z torby taty woreczek z białym proszkiem. Amfetaminą. Teraz byłam wsciekła. Ta sytuacja uswiadomiła mi że nie tylko nie liczy sie z moim zdaniem, łamie obietnice, okłamuje ale równiez naraża nasze dziecko.
Tym razem nie prosiłam go o nic. Zażądalam zerwania kontaktu z tymi znajomymi, żadnych imprez i znajomych - chyba że za moja zgodą. Mąż wyraził skruchę i przystal na te warunki. Płacząc zapewniał że jestesmy dla niego najwazniejsi i juz nigdy mnie nie okłamie.
Ostatnie miesiące żylismy jak w pustelni, każdy w osobnej, mąż miał serie trudnych egzaminów. Usuwalam sie z domu, zabierałam malucha do dziadków, aby stworzyc mu warunki do nauki. Tuz przed ostatnim egz. znów znalazłam w jego ubraniach narkotyki. Byłam zła, to kolejny raz - ale może to przez te egzaminy, tłumaczyłam go sama przed sobą...
Mąż tym razem w szczerej rozmowie wyznał mi wszystko: bierze juz od lat, praktycznie na kązdej imprezie, najpierw co dwa miesiące, teraz co dwa tygodnie, dwa dni. Nasi "przyjaciele" o tym wiedza, czasem biora z nim; kryja go no bo przecież głupio powiedziec zonie. Nie zerwał kontaktu z kolegami, a ma ich na peczki. Jak sie dowiedziałam prochy są doskonałe na zabawę, naukę, na katar...
To wszystko załamało mnie. Zawiadomiłam jego i swoich rodziców, rozmawiałam tez z naszymi "przyjaciółmi" sugerując żeby dali mu spokój. Bliscy przekonali mnie że trzeba go z tego wyciągnąć, ustalilismy wszyscy wspólnie że poszukamy pomocy w poradni, mąż zmieni nr telefonu i bezwzglednie straci kontakt ze znajomymi. Mąż deklarował że przyznał sie do wszystkiego, teraz ma czyste konto i nie musi kłamac, możemy zacząć od nowa, nigdy mnie nie oszuka, nie bedzie miec tajemnic. Bałam sie zaufać, skoro tyle razy zawiódł. Ostatnia szansa.
Po dwóch dniach skruchy, w tajemnicy ponowił kontakt do znajomych. Otworzył fikcyjne konto, w mailach pisał że "musza teraz przejśc na kontakt mailowy bo wykasowałam mu wszystkie nr"; prosił żeby sprawdzili mu czy "towar załatwiony przez P. zostanie wykryty na teście narkotykowym" i żalił się na mnie.
Brak mi juz sił. Mam depresję, schudłam 10 kg w ciagu miesiąca.
Jedyna osobą dla której "jakoś się trzymam" jest mój SYN. Nie będe narazac GO na kontakt z narkotykami. Nie bede narażać SIEBIE ponownie na życie w strachu, stresie odbierajacym apetyt i chęć do życia. Nie będę żyć z osoba która podawała sie za kogos innego niz jest w rzeczywistości. Kazałam mu się wyprowadzić. Chcę rozwodu. I nie mam siły podejmowac walki o małżeństwo w którym nie ma zaufania i uczciwości. Czy jestem tu jedyna? macie podobne doswiadczenia? Co jeszcze mogę zrobić w tej sytuacji?