Witam,
prosze Was drogie kobiety o radę. Ja mam 23 lata, Ona ma 23 lata. Jesteśmy ze soba od 3 miesięcy. Od poczatku nie było łatwo, kilka kłótni, fochów z jej strony, ale wszystko szybko wracało do normy. Byliśmy obaj szczęśliwi. Mielismy wspólne plany i przepiękne marzenia. Kochaliśmy się, i miłość nam służyła niesamowicie. Wiecie zresztą jak to jest... pozytywna energia nawet w deszczowe dni.
Problem pojawił się, gdy wspomniałem kiedyś przy rozmowie o swojej byłej. Wiadomo - była to przeszłość, coś co się nie liczy, gdy w życiu pojawia się nowy etap. Ale ona czasami do mnie pisała... były to oczywiście relacje przyjacielskie, ale Ona myslala, ze jednak dalej cos do niej czuje... ze sie spotykamy i gadamy często. Nie dała sobie nic powiedziec.
Czesto płakała przez to. Czesto obrzydzenie ją brało gdy np. chcielismy sie kochac, jednak w myślach przypominało jej się, że kiedyś ta moja była robiła to samo. Dziwne, ale nienawidziła jej.
Był to trudny okres, ktory jakby z kazdym dniem i z kazda rozmowa o tej przeszłość stawał się być lepszy. Mowila ze rozmowa jej pomaga i ja też widziałem że jest lepiej.
Szczytem tego wszystkiego jednak bylo co innego... po krótce wróce do przeszłości, zeby pomoc Wam to odwzorować...
Moi rodzice dawno stracili do mnie zaufanie, gdyż w wieku nastolatka robiłem różne głupoty. Często nie wracałem na kilka dni do domu, piłem, nadużywałem życia. Robiłem to, co normalny facet w moim wieku (16-20 lat), tylko że podwójnie, potrójnie, a czasem nawet poczwórnie przesadzałem. Mój brat w tym czasie zrobił sobie dziecko (mając 18 lat), więc sytuacja w moim domu była jeszcze bardziej napięta. Gdy chciałem wrócić do normalności, bo zdałem sobie sprawę, że takie zycie nie jest fajne, rodzice powiedzieli że już nigdy mi nie zaufają. Kłamałem jak z nut. Nawet jak starałem się mówić prawdę, to i tak czułem że nie do końca w to wierzą. Kontrolowali mnie na każdym kroku. Gdzie, z kim, po co, do 22 w domu! Tak mi mówili, gdy miałem 22 lata! Uwierzycie?!
Potem poznałem ją... razem chcieliśmy odbudować te moje stracone zaufanie. Tak bardzo ją pokochałem, że nie mogłem wytrzymać. Każda wolna chwile spędzaliśmy razem. Czasami bywało i tak, ze prosto z pracy jechałem do niej i wracałem do domu po dwóch dniach. Rodzicom oczywiście tłumaczyłem, ze mam wazne sprawy do pozałatwiania (nie zgodzili by sie nigdy, zebym u niej nocował!).
A u niej? Jej matka na wszystko nam pozwalała dopoki jej ojca nie było. Gdy tata wracał wszystko musiało być jak w zegarku. Dużo w zyciu przeszedł...
No i od tego czasu moi rodzice na nowo zaczeli się niepokoić. Martwili się, gdy znowu znikałem. Nie przemawiało do nich to, jak bardzo ją kocham, że chce z nia spedzac każdy wolny czas, że planujemy przyszłość. Bali się, bali się, że znowu stanie się tak jak kilka lat temu, gdy mój brat zrobił dziecko. Z jednym małym szczególem - ja już nie mam 18stu lat!
Sprawa skomplikowała się, kiedy pewnej nocy, mój tata zapukał do jej mieszkania. Mnie już tam nie było - wyszedłem troche wczesniej, ale on o tym nie wiedział i widocznie minelismy się po drodze.
Moj tata rozmawiał z jej tata i razem doszli do wniosku, że zachowujemy sie juz jak małżenstwo! Krzyczał potem na Nią, ze co sobie ona nie wyobraza. Jej tata jest bardzo sumienny i stanowczy. Doszło do tego, ze teraz on stracił do niej zaufanie. Mama poki co z nimi nie mieszka, więc Ona jest z tata tylko sama. Musi chodzic od teraz jak w zegarku, musi siedziec jak myszka pod miotla, bo on jest zdolny do tego, zeby ja wyrzucic z domu. Mówił jej, ze bardzo mu wstyd. Ze od dzisiaj ja nie moge juz przychodzic, a co dopiero zostawac na noc! że skonczyly się dobre czasy.
Ja sam nie moge przebolec tego, że mój tata tam poszedł. Nienawidze go za to, a rozmowa nic nie pomaga.
Dzisiaj była u mnie ona... powiedziała co czuje, jak to teraz wygląda. Płakała i powiedziała, ze to nie ma sensu. Od poczatku wiedziala ze moi rodzice jej nie lubia (kiedys po 23:00 moja mama wyprosila ja z domu, bo "za pozno na odwiedziny"), że kontrolują mnie na kazdym kroku, nawet jesli mowie ze jestem z nią... No i teraz stalo się tak, że jej tata jej nie ufa i patrzy na nią jak na wroga.
Przytuliliśmy się, powiedziała że to już koniec. Podziękowała za to że byłem z nią, powiedziała żebym dalej kroczył swoimi marzeniami, żebym poznał inna, lepsza kobiete, ktora bym pokochał i ktora by pokochali również moi rodzice.
Ja (nie wiem czemu) też podziekowałem. Płakałem wypowiadajac jej wszystkie dobre chwile, ktore razem przezylismy. Za dotyk, za łzy i uśmiech. Przeprosiłem też za kazdy dzien, w ktorym płakała przeze mnie, i życzyłem jej wszystkiego dobrego w życiu, zeby znalała prawdziwego faceta o ktorym marzyła, dodając że ją ciągle kocham.
Wygląda to na klasyczne pożegnanie - każdemu się to zdarza, wiem. Nie jestem sam. Ale... po tych słowach ubrała się, głęboko pocałowała, przytuliła i powiedziała z łzami w oczach "kocham Cię!" i wyszła.
Co ja moge przez to rozumieć? Kocha mnie, ale twierdzi że tak bedzie lepiej, to co to za miłość?
Co ja powinienem teraz zrobić? Doradźcie mi drogie Panie, bo oszaleje!! Czego Wy byście oczekiwali od kogoś, kogo kochacie w takiej sytuacji?