Miłość mojego życia (jak wtedy myślałam) zerwał ze mną z dnia na dzień dla innej dziewczny. Byłam z nim 5 lat i kochałąm jak nigdy nikogo, i nie sądzę bym kiedykolwiek tak pokochałą. Bo tak oddanie kocha się tylko raz. Po rozstaniu chciałam szybko się pozbierać, by móc znów żyć. Zmieniłam otoczenie, dostałam nową pracę, zaczęłam nowe studia. Miesiąc po rozstaniu już byłam w nowym związku. Nie dlatego, że człowiek był cudowny, nie dlatego, że miłość rzuciła mnie na kolana. NIE. Po prostu jakoś tak się stało. Fajnie spedzałam czas, odkrywałąm nowe uroki życia, komus sie spodobałam, z poczucia braku bliskości. Wybierzcie co chcecie. Jestem juz z nim pół roku. około. W poprzednim związku po tym czasie miłość kwitła, kochalismy sie for ever. Teraz nie ma szalenstwa, nie czuję miłości, ale jest zakochanie, pojawiło się. Tęsknie jak głupia za nim, czuję się bardzo szczesliwa i uwielbiam spędzać z nim czas - uwielbiam go. Ale tak samo jak słowa kocham cię nie powiem, bo nie byłoby to szczere, tak czując ze go uwielbiam, ze uwielbiam jego fizyczność, jak to jakim jest człowiekiem. Uwielbiam! Tak nie potrafie powiedzieć tego sama z siebie. On czasami mówi: uwielbiam cie. Ale nie odpowiadam tym samym bo nie chce by to wyszło ze wypowiadam to bo on to powiedział. Ze niby z przymusu. NIe chce by tak myslał. Ale zawsze mnie ubiega. A tak bardzo chciałąbym mu to powiedzieć, by w to uwierzył.
Wiem ze to brzmi tak jakbym go kochała, ale moja miara miłości jest odpowiedzenie sobie na pytanie: czy byłabym w stanie oddać życie za druga osobą, gdyby była taka potrzeba.
W tym wypadku nie byłobym.
Ale sens w tym tkwi - bo mysle ze okazuje mi to jak bardzo mi na nim zalezy jak bardzo to uwielbiam, on mi tez okazuje swe uczucia i mówi o nim. Chciałąbym mu to powiedzieć, tylko w garle mi to grzęźnie. Tak sobie z nim poradzić?
Wazna sprawa: ja mam 22 on 24.